Reklama

Nie wybierasz drogi, to ona cię wybiera

Nie wybierasz drogi, to ona cię wybiera

25.06.2016
Czyta się kilka minut
Phra Ajahn Ekaggata, buddyjski mnich: Im więcej spotkań międzyreligijnych, tym lepiej. Problem może powstać tylko, jeśli ktoś nie jest zakorzeniony w swojej tradycji. Wtedy się miota.
Phra Ajahn Ekaggata Fot. Archiwum prywatne
P

PIOTR SIKORA: Amerykanin z San Francisco, obecnie obywatel Australii, po bujnym i – jak sam mówi – „nie-klasztornym” życiu w wieku 60 lat zostaje buddyjskim mnichem, kilka lat temu osiada w leśnym klasztorze w Tajlandii. A teraz spotykamy się w Polsce. Co tu Brata przygnało?

PHRA AJAHN EKAGGATA: Przyjechałem oddać hołd ofiarom Shoah. Uznaję, że Shoah był czymś unikalnym (i mam nadzieję, że się nie powtórzy). Choć w masakrach w Kambodży zginęło chyba więcej osób, czuję w pewnym sensie większą bliskość z ofiarami Shoah – urodziłem się w Ameryce, gdzie żyje więcej Żydów niż w Izraelu. Mam więc zamiar spędzić tydzień w Auschwitz. Nie wiem, co się stanie – jestem otwarty na niespodziewane doświadczenie. Będę medytował, chciałbym śpiewać sutry – choć powiedziano mi, że nie mogę tego robić głośno – więc przynajmniej po cichu. Najważniejsze – po prostu być tam. Urodziłem się 75 lat temu, gdy trwała eksterminacja tylu ludzi, nie tylko Żydów, także Polaków, Romów, homoseksualistów. Pomyślałem, że powinienem spędzić tam swoje 75. urodziny i być otwartym na to, co się stanie.

Rozumiem, że takiej właśnie otwartości służy medytacja. Jak ona konkretnie wygląda w Brata tradycji buddyzmu therawada?

Jest zatrzymaniem zwykłego sposobu myślenia. Zazwyczaj nasze życie jest zdominowane przez racjonalne myślenie. Jest ono konieczne, ale nie służy głębokiemu pokojowi umysłu. Oczywiście – jeśli nie będziesz myślał racjonalnie, znajdziesz się w domu dla obłąkanych albo w więzieniu. Ale potrzebna jest medytacja jako droga przekroczenia sfery racjonalnej, przejścia z głowy do serca, osiągnięcia sfery transcendentnej. Dotyczy to zwłaszcza ludzi Zachodu. Jesteśmy uwikłani w racjonalne myślenie do tego stopnia, że nie potrafimy słuchać naszego serca. Gdy spytasz Tajlandczyka, gdzie jest jego umysł – pokaże na serce. Gdy spytasz Europejczyka albo Amerykanina – na głowę. Zupełnie różne podejścia. Dlatego właśnie żyję w Tajlandii.

Jak możemy sprowadzić swój umysł do serca?

Są różne sposoby. Mnie bardzo odpowiada taki, który nazywa się „jednopunktowością” umysłu. To właśnie znaczy moje imię: Ekaggata. Musisz się skoncentrować na jednym przedmiocie, zamiast na setkach, o których mógłbyś myśleć. Może to być kontemplacja śmierci, może to być oddech, lub metta – miłujące współczucie; albo mantra, a także formuła Modlitwy Jezusowej. Są dziesiątki możliwości. Ważne, byś skoncentrował się na jednym punkcie, a ten jeden punkt wyeliminuje całą resztę treści umysłu, na końcu zaś sam zniknie. Ostatecznie więc nie myślisz już o niczym – znika na przykład potrzeba mantry. Choć w początkowej fazie mantra jest bardzo przydatna, dajmy na to taka, jakiej używają koreańscy buddyści zen: „co to jest?”.

Powtarzasz tylko: co to jest?, co to jest?, co to jest?... Nie jest to pytanie o jakiś konkretny przedmiot, ale o życie. I nie o twoje życie – lecz o całość życia: skąd jest, po co?

Ale takie pytanie może się stać źródłem wielu myśli.

Oczywiście. Dlatego właśnie pytanie musi płynąć nie z głowy, tylko z serca, tj. z całego ciebie. Wówczas, ostatecznie, może przenieść cię poza język, a nawet myślenie. Stopniowo przestajesz mówić „co to jest?”, potem myśleć „co to jest?”, na końcu zostaje samo niewyrażalne pytanie, na które nie ma odpowiedzi. W tym cała rzecz. Ale to się wydarza. I nie dzięki naszej woli czy wysiłkom z naszej strony. Takie całkowite wyciszenie umysłu wydarza się dzięki łasce. To bardzo katolickie sfomułowanie, ale wierzę, że stosuje się do wszystkich. Jest to wydarzenie trwałego ujawnienia się lepszej strony naszego umysłu. Pojawia się ona, gdy nasz umysł staje się cichy. Ujawnia się wtedy inteligencja serca. To może brzmi jak sprzeczność pojęciowa, ale nią nie jest: istnieje inteligencja serca. Choć najczęściej jej nie słuchamy. Nasze ego mówi: O nie, ja wiem lepiej.

Mieszka Brat w lesie, a nie w mieście. Dlaczego?

Bo w lesie jest mniej zewnętrznych rozproszeń.

Istnieje więc jakiś konkretny sposób życia sprzyjający temu wydarzeniu wyciszenia, które nas spotyka dzięki łasce, istnieją ogólne metody walki ze zgiełkiem myśli.

Oczywiście. Ale większość ludzi nie chce tego robić. Można to zarzucić także sporej części zachodnich buddystów. Nie chcą oni niczego porzucić. Nie chcą powściągnięcia zmysłów. A to jest potrzebne. Nie wystarczy po prostu medytacja. Istotnym wymiarem buddyzmu jest sila – nauka moralna: zakaz rozwiązłości seksualnej, kradzieży, spożywania alkoholu, brania narkotyków, plotkowania, mowy raniącej innych. Jest masę czynów, które nie są dla nas dobre. Ale ludzie, niestety, żyją w taki sposób. Stanowi to znaczną część tego, co nazywamy egzystencją samsaryczną – niosącą cierpienie. Jeśli chcesz więc wyrwać się z samsary – musisz porzucić masę rzeczy, których ludzie nie chcą porzucić. Porzucić pragnienie ego, by rządzić.

Ważny jest także wymiar fizycznego oderwania się – wygospodarowania czasu na odejście, na odosobnienie, rekolekcje, zorganizowania sobie czasu i przestrzeni w domu przeznaczonych tylko na medytację, gdzie nie będzie telewizora, komputera, gdzie wszystko będzie sprzyjało wyciszeniu umysłu – np. świeca, ołtarzyk – jest tu wiele możliwości do osobistego wyboru. Ale istotne jest ograniczenie rozpraszających bodźców.

Czy w Brata tradycji są jakieś konkretne metody medytacji?

Tak. Ponad czterdzieści. Niektóre niezbyt przyjemne – na przykład medytowanie rozkładającego się ciała i szkieletu. Albo inna – związana z jedzeniem, tego, co się z nim dzieje w procesie trawienia. Na Zachodzie jesteśmy bardzo przejęci jedzeniem. Buddyjskie metody krążą wokół opanowania zmysłów, uwolnienia się od przywiązań, i uspokojenia. Dlatego wielu zachodnich celebrytów, którzy prezentują się jako buddyści, nawet medytują, ale żyją niezgodnie z moralnymi zasadami, nie medytuje dobrze – gdyż całe ich życie kręci się wokół tego, co jest dokładnie przeciwne buddyjskiej ścieżce moralnej.

Na Zachodzie medytacja jest często rozumiana jako rozważanie religijnych tematów, np. świętych tekstów…

Tak, wiem, istnieją rekolekcje, podczas których dużo się czyta, w których chodzi o wykształcenie sobie idei. Być może jest z nich pożytek – gdy nasze myśli są zajęte czymś bardzo przyziemnym, dobrze będzie, jeśli zajmiemy je czymś bardziej subtelnym. Ale zasadnicza praca nie może się dokonać w głowie. Chodzi o aktywację serca, przejście na jego poziom. Tu myślenie o ideach niewiele pomaga. Budda wprowadzał wiele przedmiotów medytacji – zaczynając od śmierci, na współczującej miłości kończąc. Ale on sam uzyskał oświecenie, po prostu obserwując swój oddech. Dlatego oddech nazywany jest królem przedmiotów medytacji. Często medytuję właśnie w ten sposób. Lubię też mantrę – ale jaka to ma być mantra, zależy do sytuacji i przychodzi z serca, a nie z głowy. Najważniejsza jednak jest cierpliwa wytrwałość – znoszenie fizycznego dyskomfortu, zgiełku rozproszeń i cierpliwe czekanie. W końcu życie stanie się ciche – zmęczy się myślami, tym całym hałasowaniem. To może zająć tygodnie, miesiące, nawet lata. Ale przyjdzie. I znajdziesz się w zupełnie innym – magicznym – miejscu. To przyjdzie przez łaskę, ty musisz po prostu być w miejscu, które nie jest rozpraszające. Bardzo trudno, żeby stało się to w tramwaju, w tłumie ludzi. Dlatego właśnie żyję niemal samotnie, w klasztorze. Jeśli żyjesz w wielkim mieście, musisz sobie inteligentnie zorganizować czas i przestrzeń. Pożyteczna jest też sieć kontaktów z ludźmi, którzy dążą do tego samego. Ale najważniejsza i najcięższa praca ma miejsce wtedy, gdy jesteś sam – tylko ze sobą.

Cichość serca – to pięknie brzmi. Ale wielu ludzi, gdy tylko próbuje być cicho, tylko ze sobą, natychmiast doświadcza zgiełku myśli.

To spotyka niemal wszystkich. Jest z tym trochę tak, jakbym ci powiedział: nie myśl o słoniu. Ponieważ ci to powiedziałem, właśnie pomyślałeś o słoniu. Dlatego musisz pracować, pracować, pracować – a to przychodzi przez łaskę. To bardzo prosty proces.

Co mają robić ludzie, którzy chcą trwać w ciszy, a nie mogą?

Powiedziałbym raczej, że – w głębi – nie chcą. Bo to ich ego napędza ten kołowrót myśli. Ludzie nie chcą porzucić siebie jako poznającego i swojego przedmiotu poznania. Bez tego porzucenia nie można otworzyć się na mądrość serca. Ego, powiązane z głową, nie chce słuchać serca – bo to by znaczyło, że nie jest już pierwsze. Każdy musi odnaleźć swój sekret, jak sobie z tym poradzić. Ja odnalazłem swój – czasami działa, czasami nie. Gdy nie działa, muszę coś zmienić. Ale nie mogę sformułować ogólnej recepty, gdyż za każdym razem, gdy siadam do medytacji, dzieje się trochę coś innego. Nie da się tego ogólnie opisać. To by znaczyło, że opisujemy proces myśli – a to wiązałoby się z poszatkowaniem na kawałki czegoś, co stanowi płynną całość.

Żyjąc na co dzień w klasztorze w dżungli, jak się Brat czuje w takim mieście jak Kraków? Czy to sprawia jakąś trudność w podążaniu buddyjską ścieżką?

W żadnym razie. Choć za dużo mówię.

Bo ja pytam.

(śmiech) Nawet niepytany mówię za dużo. Ale właściwie to jest mi chyba za łatwo. Słyszę muzykę, mam ochotę tańczyć – gdybym mógł, ale nie mogę. Widzę piękne kobiety, szybkie samochody, rozglądam się i podziwiam: o!, o!... Zbyt łatwo się rozpra- szam. Lubię ludzi. Choć lubię także być sam.

Przed zamieszkaniem w klasztorze żył Brat w jeszcze większych miastach niż Kraków. Czy ten czas w odosobnieniu zmienił coś w percepcji wielkiego miasta?

Wcześniej byłem chyba bardziej zrelaksowany, gdyż było to dla mnie coś oczywistego. Teraz jest to nowe doznanie. To rodzi pewien niepokój. Miasto ma w sobie pewną energię, napięcie – które jest pociągające dla niektórych. Dla mnie nie jest pociągające, jest interesujące. Mam wrażenie, że nie jest dla mnie dobre. Być może nie powinienem przyjeżdżać do Krakowa, jest za elegancki, za bogaty, za bardzo tętni życiem. Nie jest to miejsce sprzyjające wyciszeniu. Trudno by mi było tu żyć – mimo że mógłbym to miasto polubić. Trochę mi przeszkadza, ale jest przyjemne.

Spytałem, ponieważ dla wielu ludzi, którzy poszukują pokoju czy oświecenia, miasto jest normalnym środowiskiem życia. Muszą właśnie w mieście nie utracić tego, co w uważności i medytacji najcenniejsze…

Nie wiem, co tu poradzić. Może „miejski arhat” [oświecony – red.] to oksymoron. Na pewno jest to bardzo trudne. Kiedyś byłem na spotkaniu z Thich Nhat Hanhem, jednym z największych współczesnych buddyjskich mistrzów duchowych. Ktoś powiedział: „wy, mnisi, to macie trudne życie – żadnych kobiet, żadnej muzyki, jeden posiłek dziennie…”. Thich odpowiedział: „Nie, my mamy łatwo. To wy, mając żony i mężów, dzieci, kredyty, korki uliczne, telewizję – wy macie o wiele trudniej”. Mówię to ludziom, których czasem uczę medytacji: podziwiam was, ja w waszej sytuacji nie byłbym w stanie nawet zacząć medytować. Być może pożyteczna byłaby sugestia jednego z mistrzów naszej tradycji, therawady: „W medytacji chodzi o skupienie na jednym punkcie; ale jeśli w waszym życiu nie możecie utrzymywać stale takiego skupienia, to starajcie się przynajmniej o przytomną świadomość; jeśli będziecie stale przytomni, to może dojdziecie do skupienia; ale jeśli nawet nie – to ta stała przytomność będzie was chronić przed depresją; nieustanna przytomność – nawet gdy jesteście zmęczeni czy zniechęceni – będzie waszym ostatecznym schronieniem, które nie zawiedzie; nie da się jej osiągnąć bez nieustannego wysiłku – a to nie jest łatwe; jeśli jednak zaniechacie tego wysiłku – zagubicie się”. Ta przytomność (mindfulness) to bycie uważnym w każdym momencie życia.

Jej przeciwieństwem jest robienie jakiejś rzeczy, a myślenie o zupełnie innej. Także ja próbuję to robić. Nie jestem mistrzem medytacji – próbuję medytować od piętnastu lat i nie za bardzo mi wychodzi. Ale stale – i świadomie – próbuję. To jest bardzo głęboka praktyka. Właściwie cały od niej zależę. Chodzi o to, by być świadomym tego, co się robi. Inaczej się gubimy. Wielofunkcyjność – to jest problem. Jest oczywiście postrzegana przez świat jako coś wspaniałego. Ale nie z punktu widzenia celu medytacji: wielofunkcyjne skupienie to sprzeczność.

Skoro jednak najgłębszą „drogą” jest ta stała uważna przytomność, to można spytać: po co cały buddyzm? Uważna przytomność nie jest przecież ani buddyjska, ani chrześcijańska.

Do przytomnej uważności buddyzm nie jest potrzebny. Czy jesteś buddystą, chrześcijaninem czy osobą w ogóle niereligijną – warto, byś ją pielęgnował, bez niej sabotujesz sam siebie. Buddyzm jest potrzebny ze względu na powiązanie medytacji z resztą życia – o czym już mówiłem. Ja wybrałem buddyzm, bo mi odpowiadał, na przykład nie przemawiała do mnie idea Boga Stwórcy. Buddyzm stanowi kompletne nauczanie, sformułowane przez Buddę w bardzo dla mnie jasny i logiczny sposób. Nie można wziąć z niego tylko jednego elementu. Uważność jest jednym z elementów szerszego obrazu, który do mnie przemawia: ośmiorakiej szlachetnej ścieżki. Pozostałe to właściwe: pogląd, intencja, mowa, działanie, sposób życia, wysiłek, medytacyjne skupienie. Ale w chrześcijaństwie też istnieją praktyki bardzo podobne do medytacji buddyjskiej – na przykład modlitwa czysta praktykowana przez Ojców Pustyni. Jeśli więc idea Boga do kogoś przemawia, może wybrać chrześcijaństwo. Ważne, aby dokonać wyboru i być w nim konsekwentnym. Nie da się praktykować wielu sposobów naraz.

Dzisiaj jednak mamy do czynienia z bezprecedensowym „bliskim spotkaniem religii”. Możemy z łatwością zasięgnąć informacji o innych religiach. Można powiedzieć, że praktykujemy swoją religię w kontekście innych. Czy to może być pozytywną inspiracją, czy stanowi raczej kolejne rozproszenie?

Nie sądzę, by było to rozproszeniem. Jeśli bierzesz nauczanie swojej religii poważnie i napotkasz na inne, które jest pomocne – możesz je wykorzystać. Jeśli rozpoznasz, że to inne ci nie pomaga – po prostu je zostawiasz. Ja na przykład czytam i cenię Ojców Pustyni – ponieważ piszą o wielu sprawach, które sam napotkałem w medytacji. Nie mam zamiaru zostać chrześcijaninem, ale bardzo cenię fakt, że nauczanie z innej tradycji wspiera mnie i moją tradycję. Gdy napotykam na coś, co nie pasuje do mojej ścieżki, nie mówię, że jest złe, ale po prostu się więcej tym nie zajmuję. Myślę zatem, że im więcej spotkań międzyreligijnych, tym lepiej. Problem może powstać tylko wtedy, jeśli ktoś nie jest zakorzeniony w swojej tradycji – wtedy się miota: raz chce robić to, raz tamto. Potrzebna jest równowaga. W chrześcijaństwie zostaje się mnichem na całe życie. W buddyzmie jest inaczej – można zostać mnichem, a potem „oddać mnisią szatę” i wrócić do życia świeckiego, i znowu zostać mnichem… Nie ma ślubów na całe życie. Z punktu widzenia buddyzmu umysł się zmienia – można zmienić zdanie, Budda zaś był przeciwny wymuszaniu czegokolwiek. Przymus nie jest częścią nauki buddyjskiej. Nawet w odniesieniu do zasad moralnych – jeśli są w danym momencie przydatne, trzeba je spełniać, jeśli nie – nie trzeba.

A co w sytuacji, gdy jakieś zasady nie są przydatne dla ciebie, ale twoi bliscy bardzo potrzebują, byś je wypełniał? Co, jeśli to, że ich nie wypełniasz, rani ludzi?

To ich problem.

Ich problem?

Tak, bo ty podążasz drogą, która jest pożyteczna dla ciebie. Oni powinni robić to samo – podążać drogą, która jest pożyteczna dla nich.

A czy to nie jest egoizm – troszczyć się o siebie, a nie o innych?

Musisz udoskonalić najpierw siebie samego, zanim będziesz mógł coś zrobić dla innych. Wcześniej jesteś cały czas dotknięty pożądaniem, nienawiścią i złudnym poznaniem rzeczywistości. Oczywiście – musisz brać pod uwagę, że możesz spowodować ból. Ale… Kiedy zostawiałem ostatnią kobietę, z którą żyłem – by zostać mnichem – twierdziła, że mnie kocha, ale natychmiast jej miłość zamieniła się w nienawiść. Myślę, że gdyby była to prawdziwa miłość, pozwoliłaby mi na to, abym żył w sposób, który uczyni mnie szczęśliwym. Jeśli twoi bliscy krzyczą: „nie zostawiaj nas!” – to nie jest miłość. To jest chwytanie, przywiązanie – jedna z przyczyn cierpienia. Jeśli cały czas myślisz o innych, o ich uczuciach, reakcjach – przestajesz zwracać uwagę na to, co nazywamy „najważniejszą grą” – a ona rozgrywa się w twoim sercu. Jeśli uczucia są autentyczne – ludzie pozwalają iść ci własną drogą. Musisz też sam kierować się swoimi własnymi autentycznymi uczuciami. Moje dzieci na przykład uznały, że podejmuję dziwną decyzję, ale wiedzą, że dalej je kocham, one mnie kochają, zaakceptowały mój wybór. Wychowujesz swoje dzieci, stają się dorosłe, możesz opuścić świat. Dotyka to dzieci? Jakoś tak. Ale tak to po prostu jest: ktoś umiera pierwszy, zawsze coś się zostawia. Nie można zawiesić się na kimś martwym albo na kimś, kto może umrzeć. Zresztą: masz tylko jedno życie do przeżycia.

Powiedział Brat: „jeśli uczucia są autentyczne”. Jak odróżnić uczucia autentyczne od egoistycznych?

Tylko każdy sam może to rozpoznać we własnym przypadku.

Wielu mówi, że kieruje się autentycznymi, nieegoistycznymi uczuciami, ale łudzą sami siebie. To inni lepiej widzą, że tamci trwają w złudzeniach i że krzywdzą innych. Czyż nie jest zaleceniem buddyzmu: nie krzywdź innych?

To prawda. Ale trzeba też wziąć pod uwagę krzywdę, którą możesz uczynić, nie podążając swoją własną drogą. Możesz skrzywdzić jeszcze bardziej siebie, jeśli nie pójdziesz drogą dla ciebie przeznaczoną.

Przeznaczoną przez kogo?

Przez nikogo – przez karmę, akumulację doświadczeń z poprzednich żywotów, które doprowadziły cię do określonego punktu. Kiedyś brałem udział w spotkaniu mnichów buddyjskich i benedyktynów. Tak się złożyło, że dyskutowali o różnicach pomiędzy tymi tradycjami. I nagle uświadomiłem sobie, że ci ludzie są, kim są: buddystami albo benedyktynami, tylko z powodu zewnętrznych uwarunkowań. Właściwie nie dokonali wyboru. Albo urodzili się w danej tradycji, albo spotkali nauczycieli, których słowa znalazły w nich oddźwięk. Nie mamy wyboru – tak się po prostu składa, że zostajemy katolikami, Żydami, buddystami. Gdy znajdujesz swoją drogę, to raczej ona cię znajduje. I nie masz wyboru – musisz nią podążać.

Czy nie ma jednak w życiu momentów, w których mamy wybór? Droga, którą przeszliśmy razem w krakowskim muzeum Fabryka Schindlera, kończy się pokojem poświęconym małym – dobrym – wyborom dokonanym w najciemniejszych czasach…

Tak. Z tym że najczystsze nauki mówią, że nawet te wybory nie są tak naprawdę nasze – że są one efektem naszego przeszłego uwarunkowania. Takie podejście eliminuje oczywiście wolną wolę. Całe życie uważałem, że używam swojej wolnej woli, ale teraz – kiedy mam 75 lat – jestem raczej przekonany, że nie mamy wyboru. Nawet kiedy dokonujemy – wydaje się nam, że dokonujemy – niezbyt ważnych wyborów, nie mamy kontroli nad zdarzeniami, które sprawiamy.

Tu się, być może, uwidacznia fundamentalna różnica między chrześcijaństwem a buddyzmem. Chrześcijanie nie sądzą, by nasza wolność była absolutna, uznają rozmaite uwarunkowania, ale wierzą, że istnieje przestrzeń wolności i wyboru.

Niektórzy buddyści z mojej tradycji też tak sądzą – mówi się na przykład, że w naszym wyborze sześć części na siedem jest zdeterminowanych przez karmę, a jedna pozostawiona nam. Inni z kolei uważają, że to, co postrzegamy jako wolność wyboru, też jest pewną iluzją. Ja się skłaniam ku temu drugiemu poglądowi. Czy wolna wola istnieje, czy nie – nie chcę się spierać. Po wielu latach, kiedy chciałem decydować o swoim życiu, przyjąłem nauczanie, które pozwala mi nie musieć wybierać. ©℗

PHRA AJAHN EKAGGATA ma 75 lat. Urodził się w San Francisco, obecnie jest obywatelem Australii. W wieku 60 lat został mnichem w tradycji buddyzmu therawada. Od czterech lat mieszka w klasztorze w dżungli w Tajlandii.

Autor artykułu

Teolog i filozof, publicysta, bloger, redaktor działu „Wiara”. Doktor habilitowany, adiunkt w Katedrze Filozofii Boga i Religii w Akademii Ignatianum w Krakowie. Członek Krakowskiej Grupy...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]