Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Muzyka buntowników

Muzyka buntowników

11.05.2018
Czyta się kilka minut
Prześladowani i pokrzywdzeni w Afryce od dziesięcioleci słuchają ich pieśni. Szukają zrozumienia, ukojenia i pociechy, ale także inspiracji i zachęty do buntu.
Youssou N'dour na koncercie w Warszawie podczas 5. Festiwalu Skrzyżowanie Kultur / fot. Henryk Kotowski / Wikimedia / CC BY-SA 3.0
Youssou N'dour na koncercie w Warszawie podczas 5. Festiwalu Skrzyżowanie Kultur / fot. Henryk Kotowski / Wikimedia / CC BY-SA 3.0
K

Kiedy czarne Zimbabwe walczyło z białą Rodezją, trzydziestoparoletni Thomas Mapfumo zagrzewał czarnoskórą młodzież do czynu i zbrojnej walki o wolność. Dziś, mając ósmy krzyżyk na karku, wzywa młodych, żeby zbuntowali się i przejęli władzę, zanim starzy zniszczą im życie.

Zbuntujcie się

Nie było go w kraju przez długich czternaście lat. Wrócił dopiero, gdy jesienią w bezkrwawym puczu zimbabweńskie wojsko obaliło panującego od prawie 40 lat prezydenta Roberta Mugabego. Kiedy pod koniec kwietnia przyjechał do Harare, żeby odwiedzić krewnych i wystąpić z pierwszym od lat koncertem, zastrzegał, że nie zamierza wtrącać się do polityki, ani nawet o niej rozmawiać. Sam się rychło przekonał, że – jak dawniej – w Zimbabwe od polityki nie da się uciec.

„Odsunięcie od władzy Mugabego to jedynie dobry początek. Rządził przez trzydzieści siedem lat i co dziś z tego mamy? Długo mnie nie było. Wróciłem i widzę biedę, bezrobocie, kolejki, wszędzie kolejki. ludzie muszą stać w kolejce nawet po to, żeby wypłacić w banku własne pieniądze. Szpitale są w ruinie, szkoły są w ruinie” – mówił w wywiadach udzielanych zagranicznym i krajowym dziennikarzom. – „Widzę drogi pełne dziur, ale widzę też ludzi jeżdżących drogimi limuzynami. Kraj nie ma nawet własnej waluty. Bogaci się jeszcze bardziej bogacą, a biedni klepią coraz gorszą biedę. Korupcja! Mdli mnie, gdy o niej myślę. To się musi zmienić, ale potrzebna jest prawdziwa zmiana, a nie tylko upudrowanie starej gęby”.

W innym wywiadzie wezwał młodych, żeby w zapowiedzianej na lipiec wolnej elekcji, pierwszej, w której nie wystartuje i nie zwycięży Mugabe, wybrali sobie nowych przywódców kraju. Mapfumo przestrzegł młodych, że marnie widzi ich przyszłość, jeśli pozwolą, by decydowali o niej starzy, tacy jak on. „Starzy się już nie zmieniają, więc nie możecie liczyć, że odmienią wasz los. A to wasza przyszłość i wasz kraj. Nie pozwólcie im, żeby go wam jeszcze bardziej zniszczyli, bo może się okazać, że nie będziecie w ogóle mieli gdzie żyć. Zbuntujcie się, powiedzcie »dość tego«. To wasza jedyna szansa”.

W Zimbabwe, gdzie o odebraną 94-letniemu Mugabemu władzę rywalizować będą w lipcu głównie jego dawni, nieco tylko młodsi towarzysze z partyzantki i partii, słowa Mapfumo odebrano jako poparcie dla czterdziestoletniego Nelsona Chamisy, przywódcy opozycyjnego Ruchu na Rzecz Demokratycznej Zmiany (przejął partię po zmarłym na początku roku Morganie Tsvangirai’u, dawnym związkowcu i dysydencie, najgroźniejszym rywalu Mugabego). Kiedy na koncercie w stołecznej Glamis Arena zagrał utwór „Chauya Chauya” – „Niech się dzieje, co chce”, widownia zaczęła skandować imię Chamisy i wznosić okrzyki na cześć opozycyjnego Ruchu.

Mapfumo otwarcie popierał Tsvangiraia, kiedy ten na przełomie wieków rzucił wyzwanie Mugabemu. Ale nawet jemu nie pozwalał, by jego pieśni były wykorzystywane przez opozycję jako polityczne hymny. „Nie jestem politykiem i do żadnej politycznej partii nie należę – oznajmił. – A moje pieśni należą do ludu. Jestem głosem tych, którym głos odebrano”.

Jakże się myliłem

Zaczęło się to jeszcze w latach 70., gdy czarnoskórzy partyzanci pod wodzą m.in. Mugabego, podnieśli zbrojny bunt przeciwko białemu, rasistowskiemu rządowi ówczesnej Rodezji. Gdyby nie wydarzenia na świecie, a zwłaszcza rewolucja młodych oficerów w Lizbonie i przyznanie przez nich niepodległości portugalskim koloniom Angoli i Mozambikowi, partyzantom z Zimbabwe-Rodezji nigdy pewnie nie udałoby się wygrać wojny z białym rządem. W Mbare, czarnoskórym przedmieściu Salisbury (dziś Harare), gdzie wychowywał się Mapfumo, o powstańcach i ich bohaterstwie opowiadano sobie jednak legendy. Zafascynowany nimi szesnastoletni Thomas zarzucił umiłowany jazz i zaczął układać pieśni chimurengi. Tak nazywano zbrojne powstanie.

Jego pieśni szybko zdobyły sobie rozgłos i miano hymnów rewolucji. Obok muzyki Boba Marleya były najchętniej słuchane w partyzanckich obozowiskach. Pod koniec lat 70., uznając Mapfumo za niebezpiecznego wywrotowca, białe władze wtrąciły go na sto dni do więzienia. Zabroniły też rozgłośniom radiowym nadawać jego utwory, a wytwórniom płytowym nagrywać jego muzykę. Kiedy w 1980 r. Zimbabwe zdobyło niepodległość, Thomas Mapfumo wystąpił obok Boba Marleya na świątecznym koncercie.


Czytaj także: Wojciech Jagielski - Bob Marley wraca do Zimbabwe » 


Nie minęło jednak dziesięć lat, a Thomas Mapfumo zwrócił się przeciwko swoim dawnym bohaterom, partyzantom z buszu, którzy w niepodległym Zimbabwe zasiedli w rządowym ławach i w parlamencie. Wydana w 1989 r. płyta „Korupcja” piętnowała nadużycia nowych władz, łatwość, pazerność rewolucjonistów i ich podatność na przywileje, które oferuje władza, łatwość, z jaką wyrzekają się Wielkiej Sprawy.

„Kiedyś myślałem, że wystarczy, by władzę kraju przejęli nasi ludzie, czarni, a zaraz wszyscy posmakujemy wolności. Jakże się myliłem! Dziś wiem, że czy jesteś biały, czy czarny, możesz czynić zarówno dobro, jak zło. A jeśli będziesz wyrządzać ludziom zło, ja będę pierwszy, który o tym głośno zaśpiewa – powiedział. – Korupcja to zaraza. Gdybym spotkał kiedyś Mugabego, powiedziałbym mu w twarz, że schrzanił sprawę i sam jest sobie winien, że odebrano mu władzę. Występowałem przeciwko niemu kiedy jeszcze rządził, bo nie było prawa, ani porządku, za to coraz bardziej panoszyła się dyktatura. A ja nie cierpię dyktatury”.

Nie wierzcie politykom

Teraz to Mugabe, jak kiedyś białe władze Rodezji, zabronił nadawać pieśni Mapfumo w zimbabweńskim radio i telewizji. Zakazany muzyk swoją odwagą i bezkompromisowością zyskał w kraju jeszcze większy szacunek i rozgłos. Zaczęto go nazywać „Lwem”, „Huraganem”, Gandangą-Buntownikiem”. „Nie boję się niczego – zapewniał. – Uważam się za bojownika o wolność, takiego samego partyzanta, jak ci z buszu”.

W 2003 r. wyjechał jednak z kraju. A właściwie do niego nie wrócił z zagranicznej trasy koncertowej. Występował w Ameryce, gdy ostrzeżono go, że w Zimbabwe rząd Mugabego zamierza go oskarżyć o handel skradzionymi samochodami, skazać na długie lata więzienia. Bogaty przyjaciel z Eugene w stanie Oregon podarował mu dom, a drugi sprezentował muzykom z jego zespołu. „Zrobiłem to ze względu na dobro dzieci – tłumaczył potem Mapfumo. – Chciałem, żeby poszły do dobrych szkół i miały lepsze życie. A w Zimbabwe wszystko szło ku gorszemu. I w gospodarce, i w polityce”.

Podczas pierwszego od czternastu lat występu w Harare grał przez całą noc, do białego rana. Ale wracać do Zimbabwe już nie zamierza, mówi, że Ameryka stała się jego nowym domem.  Co do polityki, od której w Zimbabwe nie da się uciec, zwłaszcza przed zbliżającymi się wyborami, powtarza z przekonaniem, że „muzycy, dzięki ich pieśniom, słowom i czynom mogą przyczyniać się do odmiany losu innych”. Przywołując jedną ze swoich pieśni sprzed ponad dwudziestu lat przestrzega też młodzież, by nie wierzyła politykom. „Będą was zapewniać, jak bardzo was kochają” – mówi Mapfumo. – „Ale tak naprawdę mają was za nic, a zależy im tylko na sobie”.

Republika Afrobeatu

Niczego dobrego o politykach nie miał do powiedzenia także Nigeryjczyk Fela Anikulapo Kuti, król afrobeatu będącego połączeniem afrykańskich rytmów jazzem i rockiem. „Kiedy sam zostanę prezydentem, cała Afryka zatańczy, jak jej zagram” – twierdził nigeryjski muzyk.

Nie miał szans, żeby uciec polityce. Jego matka działała w nigeryjskim ruchu niepodległościowym i osobiście znała Kwame Nkrumaha, pierwszego prezydenta niepodległej Ghany i najzagorzalszego piewcę panafrykanizmu. Polityką i kultem buntu przesiąkł podczas pobytu w Ameryce w burzliwych latach 60. i 70.

Zza oceanu wracał do Nigerii rządzonej przez wojskowych dyktatorów i podnoszącej się tragedii ludobójczej wojny domowej, w której wyniku, od kul, z głodu i chorób zginęło milion ludzi. Po kilkunastu zaledwie latach wolności, niepodległa Nigeria została zawłaszczona i splądrowana przez niekompetentnych, za to chciwych i skorumpowanych polityków i generałów.

Fela śpiewał o polityce odkąd postawił nogę na nigeryjskiej ziemi. Wyszydzał żołdacką mentalność nigeryjskich junt, obłudę i cynizm cywilnych polityków. Ponieważ śpiewał po angielsku, słuchano go nie tylko w całej Nigerii, ale także w sąsiedniej Ghanie i Kamerunie. Sława muzyka coraz bardziej niepokoiła władze, które odpowiadały prześladowaniami, policja regularnie dokonywała nalotów na dom muzyka i należący do niego klub „Afrykańska Świątynia”. W końcu Fela Kuti kazał otoczyć swój dom zasiekami z drutu kolczastego i ogłosił swoją posiadłość „niepodległą republiką Kalakuty”. Trzy lata później „republika” spłonęła, gdy nocą tajemniczy podpalacze podłożyli pod nią ogień. Muzyk wraz żonami, dziećmi, matką, krewnymi i świtą przeniósł się do „Afrykańskiej Świątyni”, ale i tam zawitała wkrótce policja, demolując lokal, bijąc muzyków i gwałcąc tancerki. Matka Feli, wypchnięta przez okno, zmarła.  

W 1979 r. Fela Kuti założył własną partię polityczną Ruch Ludu i zgłosił się do ogłoszonych przez wojskowych wyborów prezydenckich. Obiecywał, że oczyści kraj ze złodziejstwa, ale komisja wyborcza odrzuciła jego kandydaturę. Przed następnymi wyborami w 1983 r. znów został zdyskwalifikowany, a wkrótce potem wojskowi dokonali kolejnego zamachu i znów przejęli władzę.

Generał Mohammadu Buhari, który od 2015 r. znów rządzi Nigerią już jako cywilny prezydent, nie znosił Feli Kutiego za jego niewyparzoną gębę. Jako asceta i muzułmanin nie znosił rozwiązłego stylu życia muzyka, fanatycznego wyznawcy kultu „seksu, narkotyków i rock’n’rolla” (zmarł w 1997 r. na AIDS). Buhari skazał go za przemyt waluty, ale Amnesty International zaliczyła Felę Kutiego do więźniów politycznych i domagała się jego uwolnienia. Spędził za kratami prawie dwa lata.

Czym jest moje życie

Papa Wemba, zmarły przed dwoma laty król „kongijskiej rumby” (umarł podczas występu na scenie), podobnie jak Nigeryjczyk w Lagos, założył pod Kinszasą własną wioskę i ogłosił się jej królem. Ale w przeciwieństwie do Feli Kutiego starał się trzymać od polityki z daleka.

Uwielbienie, którym darzyli go rodacy za jego talent i dobre serce (fundował z własnych pieniędzy stypendia i zasiłki), a także zasłużona sława, którą zdobył sobie w świecie, zaprowadziły go jednak na ławę oskarżonych i do więzienia,  dokąd trafił jako handlarz żywym towarem.

W 2003 r. francuscy policjanci aresztowali artystę i oskarżyli, że za pieniądze szmugluje Kongijczyków do Europy. Kłopoty muzyka zaczęły się w 2001 r. kiedy z grupy stu członków ekipy muzycznej, która zjechała do Paryża, by towarzyszyć mu w nagraniach i występach, nikt nie wrócił już do Afryki. Kiedy kilka miesięcy później zjechała do Francji kolejna ekipa towarzysząca, zaintrygowani policjanci zauważyli, że muzycy nie przywieźli ze sobą z Afryki żadnych instrumentów. Wszczęto śledztwo, które ujawniło, że Papa Wemba rzeczywiście za 3,5 tys. euro od osoby załatwiał Kongijczykom „muzyczne” wizy i w ten sposób ułatwiał im nielegalną imigrację do Europy. Skończyło się na wyroku 30 miesięcy więzienia, z czego dwadzieścia sześć zawieszono, a cztery miesiące w areszcie wliczono w poczet kary.

Na wolności wystąpił jeszcze między innymi na wielkim koncercie, zorganizowanym w Londynie z okazji 90. urodzin Nelsona Mandeli.

Głosem pokrzywdzonych w Etiopii stał się Haacaaluu Hundeessa, młody muzyk, wywodzący się z ludu Oromo, najliczniejszego, za to od lat spychanego przez rządzących Tigrejczyków – a wcześniej także Amharów – na margines. Trzy lata temu nagrał utwór „Czym jest moje życie”, a pieśń ta stała się natychmiast hymnem zbuntowanej młodzieży, która w ulicznych rozruchach z policją protestowała przeciwko prześladowaniom Oromów. Koncerty Haacaaluu Hundeessy przeradzały się w opozycyjne wiece, a udział w nich traktowany był wśród Oromów za przejaw patriotyzmu.

Nie mogąc stłumić rebelii, Tigrejczycy, sprawujący od 1991 r. władzę w kraju postanowili ustąpić i na nowego przywódcę partii i państwa wybrali Ahmeda Abiya, wywodzącego się spośród Oromów. Podczas pierwszej w roli premiera podróży w rodzinne strony, nowy przywódca wziął udział w koncercie Haacaaluu Hundeessy.

Alpha Blondy z Wybrzeża Kości Słoniowej nazywany jest „Afrykańskim Marleyem”. Podobnie jak Jamajczyk, tyle że skuteczniej, wykorzystywał swoją muzyczną sławę (wtórował mu m.in. sławny piłkarz Didier Drogba), by przerwać kilkunastoletnią wojnę domową w ojczyźnie (1999-2011).

Jako rastafarianin zabiega o pokój na całym świecie. Przekonuje do zgody chrześcijan, mahometan i Żydów, a na koncertach śpiewa w kilku językach, w tym po hebrajsku.

Nie chcę być politykiem

Niewiele brakowało, by prezydentem Senegalu został najsławniejszy chyba z afrykańskich muzyków Youzssou N’Dour. W 2012 r. Senegalczyk zapowiedział niespodziewanie, że zawiesza swoją błyskotliwą karierę muzyczną, by zająć się polityką, wystartować w wyborach prezydenckich i pokonać starego satrapę Abdoulaye Wade.

Zanim został prezydentem, Wade uchodził w całej Afryce za przykład szlachetnego, wiernego demokratycznym zasadom dysydenta. Objąwszy w końcu władzę, nie chciał się z nią jednak rozstać. Mimo że konstytucja pozwala senegalskim prezydentom panować tylko przez dwie kadencje, Wade zamierzał ubiegać się o trzecią reelekcję, a na swojego następcę szykował syna, Karima. N’Dour, który niegdyś należał do gorących zwolenników Wade, postanowił przeciwko niemu wystąpić. „Był czas, gdy nazywał mnie swoim synem” – przyznał N’Dour w wywiadzie dla „Jeune Afrique”. – „Jednak odkąd został prezydentem, nasze drogi się rozeszły. Kiedyś słuchał w stereo, a teraz odbiera tylko w mono, pozbywa się wszystkich, którzy mówią mu prawdę”.

Wyznaczona przez prezydenta komisja wyborcza nie dopuściła N’Doura do wyborów twierdząc, że połowa z dziesięciu tysięcy podpisów pod jego kandydaturą została sfałszowana. Muzyk się nie poddał. Zabiegał o zjednoczenie beznadziejnie skłóconej opozycji, by wystawiła w wyborach wspólnego kandydata. Uczestniczył w ulicznych demonstracjach, śpiewał z trybun, straszył rewolucją. Podczas jednej z demonstracji został postrzelony w nogę.

To m.in. dzięki jego wysiłkom w rozstrzygającej o prezydenturze dogrywce głosowania, popierany przez N’Doura Macky Sall pokonał starego Wade. Zamiast prezydentem, 59-letni dziś muzyk został ministrem kultury, a potem rozrywki i turystyki, a obecnie pełni obowiązki prezydenckiego doradcy do spraw promocji Senegalu w świecie.

Nie brakowało głosów, że do polityki popchnął muzyka nie tyle idealizm, co obawa o rozliczne interesy, które prowadzi w Senegalu – a posiada telewizję, rozgłośnie radiowe, najpopularniejszą gazetę, studia nagraniowe, bank i klub nocny. Wystąpił przeciwko Wade zaraz po tym, jak władze odmówiły jego telewizji przedłużenia koncesji.

Nigdy jednak nie wahał się zabierać głosu w sprawach polityki, zarówno małej, krajowej, jak i wielkiej, światowej. Uczestniczył w kampaniach Amnesty International na rzecz uwolnienia z więzienia Nelsona Mandeli i obalenia apartheidu w RPA, występował na koncertach dobroczynnych, został ambasadorem UNICEF. Po najeździe USA na Irak, odmówił występów w Ameryce.

„Nie chcę być politykiem, bo w polityce trzeba czasami kłamać albo składać obietnice bez pokrycia. Ja chciałbym poprzez swoją muzykę nieść ludziom polityczne przesłanie” – powiedział w wywiadzie dla brytyjskiego „Observera”. W rozmowie z BBC przyznał natomiast, że choć jest w polityce żółtodziobem, to wcale nie czuje się z tym źle. Podobnie jak były piłkarz George Weah, wybrany pod koniec zeszłego roku na prezydenta nieodległej Liberii. „Ludzie mają już powyżej uszu tych tak zwanych zawodowych polityków, którym idzie tylko o to, żeby się dorwać do państwowych pieniędzy i na nich dorobić” – powiedział N’Dour. – „Ja mam przynajmniej czyste ręce. Daję pracę i zarządzam ponad tysiącem ludzi. Uważacie nie umiałbym rządzić całym krajem?”.


STRONA ŚWIATA – analizy i reportaże Wojciecha Jagielskiego w specjalnym serwisie „Tygodnika Powszechnego” »

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]