Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Miłość i diabeł

Miłość i diabeł

13.05.2008
Czyta się kilka minut
Wielka książka o miłości
K

Kobieta, która obsługuje sonograf, delikatnie wyjaśnia: "Czaszka dziecka nie zamknęła się prawidłowo w okresie embriogenezy. Mózg rozwija się, wychodząc na zewnątrz czaszki i tworząc rodzaj wypukłości z tyłu głowy". Sophie i siedzący na końcu leżanki Damien, jej mąż, pytają: "Ono umrze?". Odpowiedź jest lakoniczna: "Tak". Wypytują jeszcze, czy cierpi, kiedy i dlaczego tak się stało.

"»Czy chcecie zachować to dziecko?«. Damien i ja patrzymy na siebie nieco zaskoczeni, po czym oboje odpowiadamy: »Tak«". Sophie - ma wówczas dwadzieścia cztery lata i od czterech i pół miesiąca jest w ciąży z drugim dzieckiem - napisze potem, że nie była to decyzja podjęta z powodów religijnych, że wtedy nie miała w głowie żadnego filozofowania. Napisze, że była to przede wszystkim "kwestia ludzka, reakcja rodziców".

Jean Vanier określił spisane przez Sophie stronice przymiotnikiem "promienne" i trudno o trafniejsze określenie tego świadectwa, które jest czymś znacznie więcej niż tylko opisem zmagań z trudami dramatycznego rodzicielstwa. Opowiada ono - znów Jean Vanier - o tym, "w jaki sposób On mówi i objawia się w słabym człowieku i ludzkiej słabości, tak jak Jezus jest obecny w najsłabszych". To nie jest "książka budująca" ani nawet wzruszająca. To zapis wielkiej ludzkiej mądrości, przemawiający silniej niż wielkie traktaty z zakresu filozofii, antropologii filozoficznej czy teologii. Wielka książka, choć liczy zaledwie sto stronic.

Lekarz uprzedza, że malformacja mózgu dziewczynki likwiduje odruch ssania. Tymczasem Filipina na pierwszy w życiu posiłek wysysa z matczynej piersi 30 gramów mleka. Sophie stwierdza, że dziewczynka jest piękna, ma regularne rysy i wielkie, ciemne oczy. Jednak narośl w tyle czaszki jest tak okropna, że nawet nie wszyscy z personelu medycznego mają dość siły, by na nią patrzeć.

Sophie: "Ci, którzy widzą najpierw Filipinę, a nie jej problem, mogą zbliżyć się do niej, dotknąć jej, popatrzeć jej w twarz, odkryć jej osobowość, poznać ją (...). Jeżeli biorę pod uwagę przede wszystkim defekty osoby, którą spotykam, niemożliwe staje się dla mnie poznanie, kim ona jest".

Wbrew przewidywaniom lekarzy Filipina nie umiera. Dziś, w 2008 roku, ma już ponad siedem lat. Narośl została zoperowana. Całkowicie uzależniona od otoczenia, Filipina pozostaje na poziomie rozwoju dziecka między trzema a sześcioma miesiącami życia. Komunikacja z nią ogranicza się do cienia uśmiechu w chwilach, gdy jest szczęśliwa. Gdy jest niezadowolona - krzyczy, gryzie własne ręce. Nie potrafi pić, ma trudności z przełykaniem. Ma rozwinięte zmysły powonienia, smaku i dotyku. Praktycznie niczego nie widzi: nieco światła i jakieś cienie. Słyszy dźwięki, ale słowa nie mają dla niej żadnego znaczenia, choć jest wrażliwa na ton głosu. Nadmiar hałasu ją męczy. Pozostaje dotyk.

"Dostrzegam - notuje jej matka - że ona posługuje się pewną formą inteligencji. Nie jest to jednak inteligencja spekulatywna, ale w jakimś sensie doświadczalna" i dodaje: "komunikowanie się z Filipiną jest jednym z  największych znanych mi wyzwań". Bez tego pozostaje machinalne wykonywanie niezbędnych posług.

Jeśli nawet tak pobieżny opis stanu dziewczynki nieuchronnie prowokuje w nas pytanie o sens jej życia, co mówić o tych, którzy dzień i noc, nieprzerwanie z nią są. Damien (ojciec Filipiny): "Paradoksalnie jej życie nadaje intensywność mojemu. Zdarza się czasami, że nie wiem, kto kogo podtrzymuje". Sophie: "Jaki jest sens jej życia? Pozornie niczemu ono nie służy. Jednak czy ja, koniec końców, czemuś służę? Czy moje życie ma więcej sensu niż jej z tego tylko powodu, że myślę, mówię, rozumiem, działam? (...) Czy jakiekolwiek życie ma obniżoną wartość?".

Jej godność ludzka? Sophie: "Definicja arystotelesowska, zgodnie z którą człowiek to rozumne zwierzę, nie ma tu zastosowania (...). Najbardziej ewidentny wymiar godności mojego dziecka polega na jego dziecięctwie. Filipina jest naszą córką. Nigdy zaś nie widziano, by mężczyzna i kobieta zrodzili kogoś innego niż istotę ludzką".

Filipina w 2004 roku, w święto Zesłania Ducha Świętego, przyjęła - przy wsparciu proboszcza i za zgodą biskupa - sakrament bierzmowania i pierwszą Komunię. Komunię przyjmuje w każdą niedzielę. (Sophie: "Jeśli się mówi czasem o  bierzmowaniu jako o sakramencie dojrzałości chrześcijańskiej, nie należy mylić dojrzałego wieku wiary z dojrzałym wiekiem rozwoju naturalnego"). Wiek nie był przeszkodą, bo dla niej "wiek używania rozumu" nie ma większego znaczenia. Tym, którzy się dziwią lub gorszą, widząc Filipinę przystępującą do Komunii św., zakłopotanym księżom, którzy się zetknęli z tym po raz pierwszy, Sophie odpowiada: "Wyobraźmy sobie Jezusa, kiedy wyjaśnia komuś, że jest zbyt głupi, by zbliżyć się do Niego". Przed ciężkimi operacjami ortopedycznymi Filipina przyjęła sakrament namaszczenia chorych. "Filipina nie może podjąć dobrowolnego kroku, lecz jej istnienie mówi o Bogu wielu osobom, które o tym mówią. Nie jestem pewna, czy moje własne istnienie mówi tak wiele o Bogu".

Książka opisuje mnóstwo codziennych doświadczeń Sophie i rodziny, prześwietlonych refleksją, której te sytuacje nieustannie wymagają. Dlatego jej uwagi w sprawie tzw. "afery Perruche’a" mają szczególną wagę. Szło o to, "czy dziecko urodzone jako upośledzone może domagać się reparacji za szkody wynikające z jego upośledzenia, jeśli to ostatnie jest bezpośrednią przyczyną błędów popełnionych przez lekarza w wypełnianiu umowy zawartej z matką i jeśli te błędy uniemożliwiły matce skorzystanie z wyboru przerwania ciąży". Mówiąc prościej - o to, czy upośledzone dziecko za to, że nie zostało w porę zgładzone, ma prawo do odszkodowania.

Wśród wielu wątków książki, których nie sposób tu zaprezentować, chcę, za Jeanem Vanierem, zwrócić uwagę na jeden, szczególnie ważny: "Książeczka ta ujawnia nie tylko odwagę głęboko zjednoczonych rodziców Filipiny, lecz również pełną miłości kompetencję całej rzeszy specjalistów, współczucie i solidarność dziadków, całej rodziny i wielkiej liczby przyjaciół". Wszystko to dzieje się (dziś, teraz) we Francji.

Słyszy się czasem, że nowoczesna cywilizacja to ponura cywilizacja śmierci.

Doświadczenia Sophie, Damiena i Filipiny pokazują także coś wprost przeciwnego: potężną i skuteczną cywilizację życia, "wizję społeczeństwa - napisał Jean Vanier - naprawdę ludzkiego, zorientowanego na życie wszystkich, w szczególności zaś tych najsłabszych".

Realistyczne listy

To rzeczywiście i całkiem dosłownie listy. Pisane w latach 2000-2007 z Syberii, a ściśle mówiąc w ogromnej większości z Irkucka. Kim jest autorka, można się jedynie domyślać, bo nigdzie wprost się nie określa.

Jest - jak sądzę - jedną ze świeckich wolontariuszek-misjonarek. Często zresztą używa tego określenia, nie lubianego przez prawosławnych w ustach katolików. Pisze, że była nastawiona na zajmowanie się duchowością, przypadło jej jednak w udziale zajmowanie się niesieniem pomocy ludziom uzależnionym. Barbara Zięba nie jest pisarką i trzeba ostrzec przyszłych czytelników, że nie znajdą tu barwnych opisów przyrody (zachwyty, owszem, ale dość ogólnikowe) ani błyskotliwych portretów spotykanych ludzi. Sporo odniesień do religii, ale bez wgłębiania się w fenomen zderzenia świata komunistycznego ateizmu z propozycją wiary.

A jednak książka warta jest lektury. Nasza misjonarka bowiem nie ulega częstej u misjonarzy tendencji do zjednywania sobie czytelnika opowiadaniem spektakularnych wydarzeń, które naprawdę zdarzają się raz na siedem lat. Te listy odzwierciedlają codzienność. Opowiedziana niemal beznamiętnie, pełna powtórzeń, jak życie, daje wyobrażenie, jak tam jest naprawdę.

Dowiadujemy się m.in., jak wiele dobrego robi tam Kościół. Ale i tu autorka nie ulega nabożnej poprawności. Obcując na co dzień z narkomanami - narkomania rozwija się tam błyskawicznie, jeśli się to nie zmieni, w roku 2010 cała tamtejsza młodzież będzie zażywać narkotyki - nie bez goryczy patrzy na (niektórych) beztroskich duszpasterzy i zakonnice bawiące się z rozkosznymi, parafialnymi dziećmi. Sprawa szerzącej się narkomanii po prostu nie interesuje księży (z Polski), zakonnice nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Wyjątek: siostry, które zajmują się dziećmi bezdomnymi i zaniedbanymi, bo te już są toksykomanami, już piją alkohol.

W jednym z listów (z 27 sierpnia 2002 r.) ta pozytywna, życzliwa ludziom i  światu kobieta daje jednak upust swoim odczuciom: "Piszę o tym z pewną goryczą, bo jednym z głównych moich problemów jest minimalne zainteresowanie sprawą (narkomanii i alkoholizmu młodzieży - AB) ze strony tutejszych proboszczów i ich znikome chęci do współpracy w tym temacie. Już sama czasem nie wiem, co jest tego przyczyną: czy elementarne uciekanie przed prawdą o rzeczywistości, czy brak podstawowej wiedzy z tej dziedziny, czy może po prostu lęk przed grozą sytuacji - a wtedy najłatwiej jest odpychać problem i udawać, że nas to nie dotyczy. A może oni mają jakieś podświadome poczucie swojej tymczasowości na rosyjskiej ziemi, bo przecież wszy­scy jesteśmy tu obcy i przyjezdni. Czy więc tak naprawdę, do szpiku kości, do samego rdzenia kręgosłupa obchodzi nas to, że ten naród umiera, że popełnia zbiorowe samobójstwo. O ileż łatwiej zająć się po prostu wcielaniem polskich parafialnych wzorców, zamykając oczy na istotę problemu".

Barbara Zięba nikogo nie przekonuje do wyjazdu, nie mami, nie kusi egzotyką. Pokazuje jednak, że taka jak jej i wielu innych ludzi obecność tam ma sens.

Gdzie tkwi diabeł?

Dla większości z nas diabeł jest zdecydowanie najciekawszą postacią chrześcijaństwa" - taką, znakomitą także z punktu widzenia promocji, obserwacją rozpoczyna się książka "Po co jest diabeł" niemieckiego teologa biblijnego Klausa Bergera. Czy diabeł jest? A jeśli jest, to po co - pyta dalej autor we wprowadzeniu do książki, która znakomicie łączy wiedzę biblijną ze sposobem myślenia (o diable i nie tylko) współczesnego człowieka. Jako znawca Biblii Berger konfrontuje to, co rzeczywiście w Biblii znajdujemy na temat szatana, z wiedzą i doświadczeniem współczesnym, psychiatrią, satanizmem itd.

Lektura dla nieprzywykłego do teologii czytelnika trudna, trudna także dla nawykłego do poruszania się wśród zużytych schematów myślowych czytelnika zaprawionego w pobożnych lekturach. Autor czasem zaskakuje, np. stosunkowo częstym (i dla tematu pożytecznym) odwoływaniem się do Marcina Lutra. Zaintrygowany chciałem się dowiedzieć, czy mam do czynienia z teologiem katolickim, czy protestanckim. Wydawca, w myśl zasady, by słuchając, nie pytać, kto mówi, ale co mówi, tego nie precyzuje. Znalazłem jednak w internecie wzmiankę o autorze i jego przynależności wyznaniowej. W listopadzie 2005 r. watykańska Sala Stampa wydała komunikat, dementujący głoszone w mediach twierdzenie, jakoby kardynał Joseph Ratzinger, późniejszy papież, aprobował podwójną przynależność wyznaniową Klausa Bergera, profesora teologii Nowego Testamentu na uniwersytecie w Heidelbergu. Według publikacji prasowych kardynał znał formalny aspekt sprawy i nie zgłosił żadnych zastrzeżeń. Rzecznik Watykanu oświadczył, że to fałsz, bo nie było wiadomo o rzekomo podwójnej przynależności teologa. Ale - zaznaczył - "nie istnieje żaden motyw do zajmowania przez niego (kardynała Ratzingera) stanowiska w kwestii przynależności wyznaniowej pana Bergera". Prawo kościelne, rzecz jasna, wyklucza równoczesną przynależność do Kościoła katolickiego i do protestanckiego Landeskirche. Według informacji prasowych profesor Berger pozostawał katolikiem potajemnie, jednocześnie płacąc Kirchensteuer - podatek kościelny - na rzecz Kościoła ewangelickiego, a to dlatego, by móc wykładać na wydziale ewangelickim w Heidelbergu.

Tak czy inaczej książka warta jest uwagi. Polecam ją zwłaszcza tym, którzy się zajmują zjawiskiem opętania, by dokładnie się dowiedzieli, kim diabeł biblijny, a kim - diabeł z ludowych opowieści.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]