Mamy to

„Czarny niedźwiedź” ma wiele z intelektualnej zabawy i zamiast naskórkowo łaskotać, woli drażnić nasze połączenia nerwowe.

12.04.2021

Czyta się kilka minut

Aubrey Plaza i Christopher Abbott w filmie „Czarny niedźwiedź” / MATERIAŁY PRASOWE
Aubrey Plaza i Christopher Abbott w filmie „Czarny niedźwiedź” / MATERIAŁY PRASOWE

Nie bardzo wiadomo, czym jest tytułowy czarny niedźwiedź. Może być jedynie imaginacją zrodzoną w głowie autorki niszowych filmów, zamkniętej w domku nad jeziorem. Albo wręcz przeciwnie – jedynym realnym elementem w tym pomieszaniu życia i fikcji. Może też być symbolem chaosu, który rządzi niezależnie od tego, czy wspomniany domek letniskowy jest po prostu domkiem, czy planem filmowym z drugiej części „Czarnego niedźwiedzia”. Jednak każda z tych interpretacji wygląda niczym wytwór taniej taksydermii.

Dziki zwierz pozornie ma tutaj status typowego McGuffina, czyli fabularnego pretekstu. Ma zaciągnąć widza do czegoś na kształt leśnej gawry zasklepionej w wieloznacznościach i umownościach. Tymczasem jedna z kulminacyjnych scen (bo takich w filmie mamy kilka) przynosi właściwą podpowiedź – aktorka nazywa czarnym niedźwiedziem reżysera i zarazem swojego męża. Za szorstką czułością kryć się może zarówno słodki miś, jak i groźny drapieżca. Albowiem bizarny ­komediodramat Lawrence’a Michaela Levine’a to także całkiem poważna opowieść o przekroczeniach, jakich często twórcy filmowi dokonują w relacjach z aktorami, żeby po nakręconym ujęciu mogli wreszcie zawołać triumfalnie: „Mamy to!”.

Zaczyna się niczym typowe amerykańskie kino niezależne z ograniczonym budżetem, chociaż sceneria ma w sobie coś z horroru i od razu zyskuje poziom „meta”. Oto w chacie na odludziu para młodych nowojorczyków, ciężarna Blair (Sarah Gadon) i jej partner Gabe (Christopher Abbott), pragnie urządzić dom pracy twórczej, a ich pierwszym gościem jest Allison, offowa reżyserka w kryzysie (w tej roli fenomenalna Aubrey Plaza). Podczas wspólnej wieczerzy suto podlewanej winem nowo przybyła bohaterka, głodna soczystych inspiracji, najwyraźniej usiłuje gospodarzy sprowokować i rozdrażnić, wyciągając ich w mało bezpieczne rejony światopoglądowych sporów. Na dodatek między nią a Gabe’em zaczyna erotycznie iskrzyć, co nie umyka uwadze jego dziewczyny.

Levine oraz aktorzy uprawiają w tych scenach wysokiej jakości werbalną batalistykę, aczkolwiek z góry wiadomo, że inteligentna szermierka musi wcześniej czy później skończyć się zwykłą jatką. Troje narcyzów pod jednym dachem, razem z pretensjami do bycia artystą, z wewnętrznymi blokadami, wielopiętrowymi oszustwami i wzajemną zazdrością, musi stworzyć mieszankę wybuchową.

Ale nie o banalnych kłamstwach życia traktuje „Czarny niedźwiedź”, lecz raczej o wyrafinowanych kłamstwach sztuki. Amerykański reżyser dokonuje bowiem brutalnego przepołowienia filmu i w jego drugiej części znajomy domek, przystań, las, jezioro zamieniają się nagle w plan zdjęciowy, podczas gdy w scenariuszu dla trojga aktorów następują zasadnicze przetasowania ról. I tak Gabe z byłego muzyka przemienia się w ambitnego reżysera, Allison jest tym razem jego żoną i główną aktorką, a potencjalną kochanką (oraz również aktorką) staje się Blair.

Czemu służy ta kobieca zamiana miejsc, łatwo się domyślić, bo przecież w centrum wydarzeń nadal pozostaje Gabe, jego neurozy i fantazje. Tym razem związane są z dziełem, nad którym pracuje, a włożył weń ponoć wszystkie swoje pieniądze (ot, uroki niezależności), i które ma przynieść mu sławę. Widać, że Levine dobrze zna tego typu bolączki. Atmosfera na planie ma niewiele wspólnego z chaosem kreatywnym; jest bezładną bieganiną, potykaniem się o własne nogi i zażegnywaniem kolejnych kryzysów. Niechby chociaż aktorzy spróbowali dać z siebie wszystko. Kiedy Allison mimo kolejnych dubli nie osiąga zamierzonego przez reżysera efektu, Gabe postanawia dyskretnie podkręcić jej grę.

Brzmi znajomo? Levine bezpardonowym gestem dotyka w „Czarnym niedźwiedziu” kwestii głośno dziś dyskutowanych, a związanych z nadużywaniem władzy w filmie, teatrze czy szkolnictwie artystycznym. Jego protagonista w imię „dobrej sceny” napuszcza na siebie aktorki, manipuluje ich emocjami, toleruje stany bliskie alkoholowemu zamroczeniu. Preferuje pracę na żywych tkankach i jeśli zajdzie potrzeba, pozwoli nawet upuścić trochę krwi.

W pierwszej części filmu, kiedy to Allison była reżyserką, w pewnym momencie pada pytanie o jej mało spektakularne aktorskie początki. Słyszymy, że przestano ją angażować, bo uchodziła w branży za „trudną”. Wygląda więc na to, że w drugiej części oglądamy albo napisany przez nią scenariusz, albo wcześniejsze wcielenie tej postaci, czyli aktorkę sprawiającą ongiś kłopoty mało spolegliwą postawą. W pierwszej odsłonie Allison była zatem samodzielną twórczynią, która niejako brała odwet na Gabie, Blair i całym systemie. Darujmy sobie jednak poszukiwanie sztywnych łączy między dwoma aktami filmu. To raczej luźne powiązania i nawiązania. W ten sposób Levine nie tyle unieważnia dopiero co opowiedzianą historię, ile ustawia ją w innym świetle – jako opowieść o tworzeniu opowieści z udziałem (czytaj: kosztem) innych żywych ludzi.

„Czarny niedźwiedź”, przebój ubiegłorocznego American Film Festival, ma przy tym wiele z intelektualnej zabawy i zamiast naskórkowo łaskotać, woli drażnić nasze połączenia nerwowe. Psychologicznie czuje się w tym patronat Johna Cassavetesa, choć bez właściwego mu ciężaru – guru amerykańskiego kina niezależnego chętnie pokazywał rozmaite międzyludzkie przekroczenia w show-biznesie, a i w swym burzliwym związku z aktorką Geną Rowlands miał niejedno na sumieniu.

Prócz tematu, jakim jest nadmierne eksploatowanie aktorskiej psyche, współczesny reżyser zastanawia się także nad kategorią normalności, ściągając artystów z ich piedestałów. I szkoda, że bywa chwilami aż tak dosłowny. Bo największą frajdę w tym filmie sprawia to, co wymyka się językowi czy racjonalnym porządkom. Nie ma też jedynej wykładni, która tłumaczyłaby, która opowieść jest szkatułką, a która jej zawartością, kto tu kogo śni lub opowiada. Gdyby porównać „Czarnego niedźwiedzia” do egzystencjalnych matrioszek Charliego Kaufmana, zdecydowanie więcej u Levine’a ludzkiego ciepła i empatii. A powszechne do niedawna wyobrażenie, że prawdziwa twórczość musi karmić się rzeczywistym cierpieniem, ulega tu co najmniej podwójnej kompromitacji. ©

CZARNY NIEDŹWIEDŹ (Black Bear) – reż. Lawrence Michael Levine. Prod. USA 2020, Cinemax, 19 IV, 20.00, 20 IV, 12.15, HBO GO, od 19 IV.


CZYTAJ WIĘCEJ: RECENZJE FILMOWE ANITY PIOTROWSKIEJ >>>
 

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2021