Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Legenda o niewinności

Legenda o niewinności

18.06.2018
Czyta się kilka minut
DAVID VANN: Kocham wolność bardziej niż cokolwiek innego. Brzmi to naiwnie, ale literatura jest dla mnie formą wolności, inaczej bym się nią nie zajmował. W pisaniu wspaniałe jest to, że mogę pracować sam i nikt mi niczego nie narzuca.
KIKO HUESCA / EFE / FORUM
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Dlaczego ludzie tak często marzą o ucieczce od cywilizacji?

DAVID VANN: Cała kultura Zachodu skażona jest mitem o Edenie. Gdy sobie nie radzimy w życiu, roimy o stanie pierwotnej niewinności. W amerykańskiej kulturze wzmocnili to pragnienie transcendentaliści – Ralph Waldo Emerson i Henry David Thoreau, w których sam się zaczytywałem, gdy byłem nastolatkiem. Z tego wyrosła cała XX-wieczna kontrkultura. Dlatego nawet ateiści wierzą w metafizyczne dobro ukryte w człowieku. A gdy nie potrafią go znaleźć, zwracają się w stronę natury – to ich ostatnia deska ratunku.

Jak bohaterowie Twoich książek.

Dla mnie natura jest wyłącznie lustrem, które odbija emocje patrzącego. Dlatego jeśli ktoś skrywa w sobie coś potwornego, zobaczy to również w krajobrazie.

Gary, bohater powieści „Caribou Island”, ucieka na Alaskę. Chce zacząć wszystko od nowa, marzy też o samowystarczalności.

Podobnie Jim w „Legendzie o samobójstwie”. Każdego z nich napędza to samo marzenie o dotarciu do raju, dla którego dzika natura ma być bramą. A chodzi oczywiście o ucieczkę przed samym sobą.

W amerykańskiej literaturze istnieje silny topos człowieka okiełznującego naturę. Ty burzysz ten mit.

Łatwo to uchwycić, gdy się patrzy z zewnątrz. W Stanach panuje fałszywe przekonanie, że nasza literatura ma zdecydowanie wielkomiejski charakter. A przecież większość amerykańskiej klasyki dzieje się właśnie na prowincji albo wręcz na obrzeżach cywilizacji.

To ważna dla mnie tradycja, którą jednak próbuję przekroczyć, pokazując, że naturalny czy też pierwotny krajobraz nie istnieje. Jak w „Krwawym południku” Cormaca McCarthy’ego, gdzie góry są zbudowane nie z kamienia, lecz ze strachu. Mnie też nie obchodzi geologia, ale emocje, którymi obrasta.

Możemy patrzeć na tę samą górę czy zatokę, a każdy z nas opisze ją zupełnie inaczej. To mówi dużo o naszej psychice – zarówno jej świadomych, jak i nieświadomych warstwach.

W Twoich powieściach przyroda jest surowa i obojętna.

Próbuję zerwać z naiwnym, ale głęboko zakorzenionym w amerykańskiej kulturze mitem, że jest czymś dobrym, czymś, co nam sprzyja. W tym sensie moje opisy przyrody są głęboko antyamerykańskie, bo dla mnie to wyłącznie dekoracje dla dramatu.

Twoje powieści mają coś z greckiej tragedii.

Moi bohaterowie działają impulsywnie, poza własną świadomością. Nie wiedzą, co popycha ich do działania, czują jednak ciągłą potrzebę ucieczki.

Co czyni ich jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Możliwy jest inny scenariusz?

Dobre pytanie. Nieustannie je sobie zadaję, bo właśnie szykuję łódź na dwumiesięczny rejs.

Samotny?

Tak, ale na szczęście nie mam romantycznych złudzeń, przynajmniej żadnych poważniejszych. Wiem, czego mogę się spodziewać, bo pływam samotnie od lat. Większość takiego rejsu to ciężka i mało wdzięczna praca. Nie oczekuję żadnego zespolenia z naturą, po prostu lubię być sam na morzu.

Pozbyłeś się młodzieńczych marzeń?

Nie, ciągle je w sobie mam, ale nie wierzę, że zdołam je zrealizować.

Trochę smutno.

Wcale nie. Często robimy rzeczy, co do których nie mamy większych złudzeń. To daje poczucie wolności.

Wolność może być kolejną niebezpieczną fantazją.

Wiele w naszym życiu zależy od tego, jak zdefiniujemy to słowo. Żeby poczuć się wolnym, niedawno sprzedałem dom w Nowej Zelandii. Nie chciałem siedzieć cały czas w jednym miejscu, do tego na końcu świata, gdzie nikt z bliskich nie mógł mnie odwiedzić. Ale w moim przypadku, przynajmniej taką mam nadzieję, nie jest to destrukcyjne. Mój ojciec miał obsesję na punkcie wolności. Był dentystą, ale nienawidził swojej pracy i całe życie marzył, żeby zostać rybakiem.

Od czego chciał być wolny, poza byciem dentystą?

Od chrześcijaństwa, do którego zmuszała go matka. Całe życie unikał chodzenia do kościoła, ale do końca czuł się z tego powodu winny. Chciał się też uwolnić od piekła pierwszego małżeństwa. Niestety, ożenił się po raz drugi i popełnił dokładnie te same błędy. Wyjechał na Alaskę, żeby odciąć się od wszystkich, ale jednocześnie rozpaczliwie potrzebował relacji z ludźmi. Staram się unikać tych błędów i cieszyć się tym, co robię. Mam spotkania autorskie na całym świecie, dlatego dużo podróżuję. Wykładam na uczelni w Warwick tylko dwa miesiące w roku, więc pozostałe ­dziesięć mogę być gdziekolwiek i tam pisać kolejne książki.

Przez tysiąclecia nie istniało pojęcie „wolnego czasu”. Mamy go od niedawna, co paradoksalnie często nas unieszczęśliwia.

Kocham wolność bardziej niż cokolwiek innego. Brzmi to naiwnie, ale literatura jest dla mnie formą wolności, inaczej bym się nią nie zajmował. W pisaniu wspaniałe jest to, że mogę pracować sam i nikt mi niczego nie każe. Z drugiej strony uwielbiam świat literacki, kocham rozmawiać o książkach, ale najczęściej nie mam z kim. Gdy podczas rejsów spotykam Amerykanów, to zwykle okazują się bogatymi, konserwatywnymi przygłupami. W dodatku nie znoszę morskich opowieści. Ludzie, z którymi chcę się spotykać, mieszkają na kampusach albo w europejskich miastach. Dlatego tak bardzo lubię festiwale literackie, jednak wciąż nie wiem, jak połączyć to z samotniczym życiem na morzu.

Twój ojciec popełnił samobójstwo, gdy byłeś dzieckiem. Twoja debiutancka książka „Legenda o samobójstwie” opowiada o tym wprost. Minęło już 10 lat od jej premiery.

Ta powieść wciąż jest dla mnie świeża i dalej chętnie o niej rozmawiam. Zanim udało mi się ją opublikować, minęło 12 lat, więc skończyłem ją pisać 22 lata temu. A samo pisanie zajęło mi kolejną dekadę, wszystko zatem zaczęło się 33 lata temu. Mimo to wciąż nie myślę o niej w kategoriach przeszłości. Podobnie mam z innymi moimi książkami, które składają się na to, kim jestem. Nie zastanawiasz się, czy twoja ręka albo noga jest stara – jest częścią ciebie tu i teraz.

Jednak coś się chyba wydarzyło przez te 33 lata.

Wydanie „Legendy o samobójstwie” zmieniło wszystko. Ostatnia dekada to najlepszy okres w moim życiu. Przez tyle lat nie mogłem znaleźć wydawcy, więc ta historia należała tylko do mnie. To był koszmar, czułem się wyobcowany z własnego życia, bez nadziei na ratunek. Dlatego wciąż nie mogę uwierzyć, że przetłumaczono ją na tyle języków. Przez lata nie miałem z kim o niej rozmawiać, a teraz mogę gadać do woli, co wciąż przyjmuję z olbrzymią wdzięcznością. Dzięki czytelnikom dowiedziałem się o sobie i swoim pisaniu wielu zupełnie niespodziewanych rzeczy.

Jakich?

Kilka dni temu na spotkaniu we Francji ktoś zwrócił uwagę na powracający motyw samoofiary w mojej prozie. Z kolei kilka lat temu pewien krytyk stwierdził, że wszystkie moje książki opowiadają o kryzysie wiary. To oczywiste, ale wcześniej tego nie dostrzegałem.

Niemal obsesyjnie powracasz do tych samych tematów. Trzy lata po debiucie wydałeś „Caribou Island”, gdzie znów pojawia się Alaska oraz samobójstwo. Chciałeś domknąć ten wątek?

Wiele osób zwraca uwagę na to podobieństwo. Niektórzy krytycy stwierdzili nawet, że moje trzy pierwsze powieści są o tym samym, bo w każdej pojawia się chatka na odludziu. Co prawda w „Dirt” to bardziej szopa na narzędzia, ale żeby nie dać im satysfakcji, w „Goat Mountain” bohaterowie śpią na ziemi. A mówiąc serio, każda z nich dotyczy innej relacji: „Legenda o samobójstwie” to historia o ojcu i synu; „Caribou Island” opowiada o rozpadzie małżeństwa; a „Dirt” o dorosłym synu i jego matce.

Czyli jak u Tołstoja – tylko nieszczęśliwe rodziny są interesujące?

Coś w tym jest, nigdy na przykład nie pisałem o mojej siostrze, z którą mam bardzo dobre relacje. Potrzebny jest konflikt, bez niego nie ma literatury. Wszystkie wybitne dzieła w naszej kulturze mają w sobie coś z tragedii, wyjątki są bardzo nieliczne.

Tropisz wzory patologicznych zachowań?

Za każdym razem oś konfliktu przebiega gdzie indziej, więc układa się z tego zupełnie nowa historia. Dlatego też wszystko rozgrywa się na odludziu. Otaczająca pustka nie tylko wywiera dodatkową presję, ale też uniemożliwia ucieczkę. Żaden z moich bohaterów nie może krzyknąć „pieprzyć to” i pójść do pubu, żeby z kimś pogadać, bo dookoła nie ma nikogo innego. W „Legendzie o samobójstwie” ten efekt podkręca dodatkowo fakt, że opowiadania są jednowątkowe – jesteśmy z bohaterami zamknięci przez cały czas, nie ma chwili na oddech.

Powtórzenia nie dotyczą tylko schematów fabularnych, ale nawet imion.

Większość fabuł zakorzeniona jest w historii mojej rodziny, w której zdarzyło się pięć samobójstw. To pewnie częściowo tłumaczy moją skłonność do powtórzeń.

Skoro wszystko wyrasta z Twojego doświadczenia, to dlaczego w tytule pojawia się „legenda”?

Stylistycznie chodziło o nawiązanie do pisarstwa hagiograficznego, w którym występują różne warianty tej samej biografii. Poza tym nikt w mojej rodzinie nie wiedział, co właściwie stało się z ojcem. Nikt nie chciał o tym rozmawiać, a gdy już udało się kogoś do tego skłonić, opowiadał własną wersję wydarzeń. Mówiąc inaczej, nikt z nas nie miał dostępu do prawdy, każdy widział i nadal widzi tylko ten fragment, który go najbardziej zabolał. Jedyne więc, co mogłem zrobić, to stworzyć kilka różnych historii, które będą ze sobą konkurować – nie tylko fabularnie, ale także stylistycznie. Każde opowiadanie miało też innego patrona literackiego. Poza wszystkim uczyłem się wtedy pisać i szukałem właściwego stylu.

To chyba także praca żałoby.

Oczywiście, ten zbiór powstawał bardzo długo. W tym czasie zmieniał się mój stosunek do śmierci ojca. Musiałem pogodzić się z tym, że już zawsze będzie to najważniejsze wydarzenie w moim życiu, także pisarskim. Dlatego najróżniejsze wcielenia tej postaci można znaleźć w każdej mojej książce. Obsesyjnie do niego wracam, bo osiągam w ten sposób rodzaj oczyszczenia.

Wszyscy mężczyźni w Twoich powieściach są słabi i żałośni. Wykonują rozpaczliwe gesty mające przywrócić im męskość: polują, łowią ryby albo budują domy w głuszy, ale wszystko na nic. Jesteś krytykiem patriarchalnej kultury?

Gdy piszę, unikam politycznego zaangażowania, bo szkodzi ono samej opowieści. Bez wątpienia jednak patrzę na świat z feministycznej perspektywy. Medea, bohaterka mojej najnowszej powieści „Bright Air Black”, z pewnością nie chce żyć w świecie rządzonym przez szowinistyczne świnie. Nie mam wątpliwość, że za zło, którego doświadczamy na co dzień, w większości odpowiadają mężczyźni. Pokrywa się to także z obserwacją mojej rodziny, w której męska strona to pasmo porażek i rozczarowań, z którymi kobiety muszą sobie radzić.

Twoim bohaterom można co najwyżej współczuć, ale nie da się ich polubić.

Bohater, którego da się łatwo polubić, to produkt najnowszej, cukierkowej popkultury amerykańskiej. Przez ostatnie 25 stuleci bohaterowie literaccy służyli czemuś innemu.

Do tego drastyczne opisy zdefragmentowanego, gnijącego ciała. Nie oszczędzasz czytelnika.

Szokowanie nigdy nie było moją intencją, sam nie znoszę brutalnych obrazów. Potrzebowałem jednak tych scen, bo nigdy nie widziałem ciała mojego ojca po śmierci. Przez lata musiałem sobie je wyobrażać, co było koszmarem. Dzięki literaturze mogłem je w końcu urealnić i zakończyć proces dotkliwej i skomplikowanej żałoby.

Z tym że w głównej noweli „Legendy o samobójstwie” to nie ojciec się zabija, tylko syn.

Nie planowałem tego – to pojawiło się znienacka, w połowie zdania i okazało się przełomowym momentem. Ciało ojca pozostawało dla mnie niedostępne, ale mogłem sobie wyobrażać, jak wyglądałyby moje zmasakrowane szczątki. Ta pokrętna logika okazała się zbawienna. Opisując rozpacz ojca po śmierci syna, po raz pierwszy odzyskałem kontakt z własnymi emocjami.

Podobno wszystkie powieści napisałeś ciągiem, w zasadzie nie wprowadzając poprawek.

Gdy zaczynam pisać, nie mam planu ani nawet ogólnego pomysłu na fabułę. Zaczynam od miejsca oraz pary skonfliktowanych bohaterów. Codziennie pracuję po dwie godziny. Pierwszą poświęcam na przeczytanie ostatnich 20 stron, aby wprowadzić się w odpowiedni rytm. Druga godzina zawsze zaczyna się od przerażenia, że nic już nigdy nie napiszę. I fakt, że codziennie przeżywam to samo, niczego nie zmienia. Aż nagle zaczynam pisać – bardzo szybko, żeby nadążyć za myślą. Tracę wtedy poczucie czasu i potrafię sam siebie zaskoczyć. To jeden z powodów, dla których piszę: utrzymywanie kontaktu z własną nieświadomością. Najdziwniejsze, że na końcu wszystko łączy się w całość. To dla mnie bardzo tajemniczy proces.

I nic potem nie zmieniasz?

Przy „Goat Mountain” udało mi się wydać powieść bez żadnej poprawki. Wcześniej zdarzyło mi się dopisać kilka akapitów tu i ówdzie, najczęściej na prośbę wydawcy.

To wyzwanie, które stawiasz przed sobą? Co chcesz przez to osiągnąć?

To nie jest żaden wyrafinowany koncept literacki, po prostu nie umiem inaczej. Wiele razy próbowałem coś zmienić albo poprawić, ale nie byłem w stanie. Dla mnie pisanie to konstruowanie sceny po scenie i każda kolejna musi wynikać z poprzedniej. Dlatego dodanie albo usunięcie nawet jednego elementu zaburza całą konstrukcję, czyli trochę jak w tragedii antycznej. Jeśli mam być szczery, to dziwi mnie, że ktoś w ogóle jest w stanie pisać inaczej. ©℗

MICHAŁ SOWIŃSKI (ur. 1987) – krytyk literacki i redaktor. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Doktorant na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Redaktor literacki Festiwalu Conrada. Z Katarzyną Trzeciak prowadzi podcast literacki „Book’s not dead”.

LUDZIE, KTÓRZY DZIAŁAJĄ pod wpływem tajemniczych impulsów, którzy próbują uwolnić się od nieuświadomionych problemów, którzy uciekają od koszmarów z przeszłości, którzy marzą o byciu z innymi, ale gdy tylko na ich drodze pojawi się bratnia dusza, wybierają samotność z dala od cywilizacji, którzy w chwili największej słabości, nie znajdując wystarczających powodów, by walczyć o siebie, wybierają samobójstwo – oto bohaterowie powieści i opowiadań Davida Vanna, z którym na Festiwalu będziemy rozmawiać o psychologicznych i społecznych przyczynach samobójstwa, a także traumie jako źródle literatury.

Na zdjęciu powyżej: DAVID VANN (ur. 1966) – amerykański prozaik, autor opowiadań i powieści. Wykłada na Uniwersytecie w Warwick. W 2011 r. otrzymał grant Guggenheim Fellowships. Debiutował w 2008 r. zbiorem opowiadań „Legenda o samobójstwie” (pol. wyd. 2018), który powstawał przez kilkanaście lat i jest częściowo autobiograficzną opowieścią o samo­bójstwie ojca pisarza. Od tego czasu wydał sześć kolejnych książek. Otrzymał wiele prestiżowych nagród w USA i na świecie, m.in. California Book Award (2008) czy St. Francis College Literary Prize (2013). Jego prozę przetłumaczono na 23 języki.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]