Reklama

„Boniecki. Rozmowy o życiu” - najbardziej osobista książka księdza Adama Bonieckiego

„Boniecki. Rozmowy o życiu” - najbardziej osobista książka księdza Adama Bonieckiego

20.11.2018
Czyta się kilka minut
Co ukształtowało księdza, którego słowa są dziś ważne dla tak wielu ludzi? Dlaczego nie przywiązuje wagi do rzeczy i miejsc? Kim są jego mistrzowie? Czego żałuje, co zrobiłby inaczej? Co nie podoba mu się w polskim Kościele?
Boniecki. Rozmowy o życiu - materiały reklamowe wydawnictwa Znak
Boniecki. Rozmowy o życiu - materiały reklamowe wydawnictwa Znak
F

Fragment wstępu Michała Okońskiego:

Ksiądz Adam Boniecki w rozmowie z Anną Goc odsłania swoje życie i opowiada o doświadczeniach, które go formowały. Wraca pamięcią do czasów okupacji, powojennej biedy, początków kapłaństwa. Wspomina wydarzenia, które zmieniły wszystko: pożegnanie z ojcem w wieku dziesięciu lat, odebranie rodzinnego domu przez władzę ludową, znajomość z Janem Pawłem II, kolejne zadania powierzane mu przez papieża. Trzeba niemałej wolności wewnętrznej, żeby zdobyć się na podobne wyznania – i wolność nie bez powodu jest jednym z najczęściej nawracających tematów tych rozmów.

 

Boniecki. Rozmowy o życiu - materiały reklamowe wydawnictwa Znak
Boniecki. Rozmowy o życiu - materiały reklamowe wydawnictwa Znak

 

Zamów w sklepie Znaku→

 

Anna Goc – dziennikarka, reporterka, redaktorka działu Kraj „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego. Nagradzana przez kapitułę Nagrody Dziennikarzy Małopolski w kategoriach news i reportaż prasowy. Nominowana do nagrody Grand Press w kategorii reportaż prasowy.

Ks. Adam Boniecki – studiował filozofię na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego i na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Duszpasterz akademicki przy uniwersyteckim kościele św. Anny. W 1979 roku Jan Paweł II wezwał go do Rzymu i powierzył mu zorganizowanie polskiej edycji „L’Osservatore Romano”. Członek zespołu „Tygodnika Powszechnego” od 1964 roku, od lipca 1999 był jego redaktorem naczelnym, od 2011 jest redaktorem seniorem. 

Fragment:

Anna Goc, ks. Adam Boniecki, „Boniecki. Rozmowy o życiu”,  s. 141-160.

Zapewne modlisz się za zmarłych.

Tak, od pięćdziesięciu siedmiu lat, codziennie.

Prosisz: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie”?

Nie. Modlę się o wieczną radość dla nich.

Dlaczego o radość?

Kształt tej modlitwy pochodzi od zaprzyjaźnionej z moją mamą matki chłopca zamordowanego przez Niemców. Niezmiernie przejęta, opowiedziała mamie, że we śnie zobaczyła syna, który prosił ją, by nie modliła się o „wieczny odpoczynek” dla niego, tylko o radość. Od tej pory w naszej rodzinie tak się właśnie modlimy. Ta nowa formuła została wyśniona, czy może objawiona, już po śmierci naszego ojca.

Co nam daje modlitwa za zmarłych?

Spłacamy nią dług. Otrzymaliśmy sporo mądrości i innych darów od ludzi, których spotkaliśmy. Pielęgnowanie pamięci o nich to wyraz wdzięczności. A modlitwa jest właśnie sposobem na czułe przechowanie ludzi w pamięci. Ale modlitwa za zmarłych wiąże się też z poczuciem winy: że się czegoś nie zrobiło, coś wobec nich za życia zaniedbało – z lenistwa albo ze strachu. Wtedy modlitwa za nich przynosi pewną ulgę.

Jak wyglądała Twoja dziecięca modlitwa?

W dzieciństwie modliliśmy się razem z rodzicami, oczywiście na głos. Wspominałem już, że mama i tata przychodzili na wspólne odmawianie wieczornego pacierza do – jak to się mówiło – pokoju dziecinnego. Czasem modlili się też z nami niektórzy goście, księdza nie wyłączając. Pamiętam, że tata klękał na jedno kolano, a ja wtedy myślałem, że jak dorosnę, to też tak będę mógł. W czasie wojny nasz pacierz się zmieniał, bo codziennie modliliśmy się za krewnych i znajomych poległych, aresztowanych, wywiezionych do obozu. Zawsze wymienialiśmy ich po imieniu, czasem i po nazwisku. Ciągle ich przybywało. Mieliśmy poczucie, że to dla nich ważne, iż się za nich modlimy.

Kiedy był czas na modlitwę własnymi słowami?

Na nią czas jest zawsze. Jedno wypowiedziane z głębi serca „Jezu, ufam Tobie” może być lepszą modlitwą niż długie litanie.

Będąc dzieckiem, pewnie nie powtarzałeś w duchu: „Jezu, ufam Tobie”.

W czasie wojny tak się modliliśmy. Mieliśmy obrazek Pana Jezusa z promieniami, tego z wizji siostry Faustyny, właśnie z tymi słowami. Modliłem się też do Matki Bożej Królowej Polski i do mojego Anioła Stróża. Co do aniołów, to za każdym razem, kiedy słyszę pieśń In paradisum, po polsku Niech aniołowie zawiodą cię do raju, jestem nią na nowo oczarowany. Chciałbym, żeby na moim pogrzebie zaśpiewano ją po łacinie. Zachwyca mnie obraz aniołów prowadzących zmarłego do raju. Chodzi nie o raj, oczywiście, tylko o niebo, o spotkanie z Bogiem. Jednak to „in paradisum”, „do raju”, brzmi malowniczo.

Modlitwa jest potrzebna zmarłym?

To przekonanie wywodzi się z tradycji żydowskiej i pozostaje żywe w chrześcijaństwie. Modlitwa za zmarłych jest także wyrazem miłości do nich. Sposobem na przekroczenie czasu, który upłynął od ich śmierci.

Do pewnego momentu, pewnie tak do czterdziestki, moja modlitwa, podobnie jak wiele innych rzeczy w moim życiu, była nastawiona na efekt. Modliłem się o coś, po coś. Potem odkryłem modlitwę nieegoistyczną, przebywanie duchem, a może myślą, w Obecności. Także modlitwę zachwytu Bogiem. Pomocą w niej mogą być niektóre psalmy. Przed subdiakonatem – święceniami, które po Soborze Watykańskim II, nie wiem dlaczego, zlikwidowano, a od których miało się obowiązek odmawiania brewiarza (wtedy po łacinie) – pracowicie przerobiłem tłumaczenie wszystkich stu pięćdziesięciu psalmów. Żeby rozumieć, co czytam, czym się modlę.

W odmawianiu brewiarza po łacinie było coś uroczystego. Miałem oprawny w skórę modlitewnik ze złotymi brzegami, pięknie wydrukowany na cieniuteńkim, mocnym papierze. Niektóre teksty czytań z ojców Kościoła – było ich więcej niż dzisiaj – napisano wyrafinowaną łaciną: czytałem je i mało co albo zgoła nic nie rozumiałem. Ale psalmy. W nich czułem się jak u siebie w domu, czy może raczej w domu Boga.

Są psalmy, w których modlimy się, niejako użyczając zmarłym naszego głosu. Tak jakby to oni mówili: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie, o Panie, słuchaj głosu mego! (…)             Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, Panie, Panie, któż się ostoi?” (Ps 130, 1b–2a.3), albo: „W połowie moich dni muszę odejść; w bramach Szeolu odczuję brak reszty lat moich (…) Zwijam jak tkacz moje życie. On mnie odcina od nici” (Iz 38, 10.12b). Po prawdzie ten drugi tekst to nie psalm, ale odmawiana, czy raczej śpiewana jak psalm, Pieśń Ezechiasza.

W psalmach prawie nie ma modlitwy wstawienniczej, modlitwy za zmarłych też nie ma. Jednak w Zgromadzeniu Księży Marianów stale się za nich modlimy psalmami, odmawiając oficjum za zmarłych. Nasz założyciel, święty Stanisław Papczyński, miał widzenie: zobaczył czyściec, a w nim tysiące cierpiących męki dusz czekających na modlitewne wsparcie. W jego czasach – zmarł w 1701 roku – z powodu wojen, głodu i zarazy mnóstwo ludzi umierało bez przygotowania. Dlatego jako jedno z głównych zadań naszego zakonu Papczyński ustanowił modlitwę za dusze czyśćcowe.

Jak wyobrażasz sobie czyściec?

Często myślimy o nim zbytnio po ziemsku. Jeśli tam, gdzie będziemy po śmierci, nie istnieje czas, czyściec nie jest podobny do aresztu. To raczej jakiś tajemniczy stan oczyszczenia. Potrzeba takiego oczyszczenia sama się narzuca. Nasze modlitwy za zmarłych? Jeśli Chrystus modlił się za apostołów, to dlaczego solidarność braterska i siostrzana miałaby się przestać liczyć po śmierci? Zresztą zmarli to przecież żyjący inaczej. Formy tej modlitwy: msze, odpusty, „wypominki” i tak dalej, to wyraz naszej bezradności, kiedy pytamy: jak pomóc, co jeszcze mogę dla niego, dla niej, dla nich zrobić? Szukając podpowiedzi, Kościół potwierdza nasze intuicje, że braterska solidarność nie umiera ze śmiercią człowieka.

Jeśli podczas modlitwy masz czas na wspomnienia, to które wracają?

Na przykład wspomnienie mojej matki chrzestnej, siostry ojca, Izy. Zmarła w czerwcu 1939 roku. Dobrze ją pamiętam. Wiem, że mnie kochała. Chorowała na gruźlicę i sporo czasu spędzała w Zakopanem. Właśnie kiedy byłem w Zakopanem, wspomnienie o niej odżyło.

Opowiesz?

Lato roku 1947. Byliśmy z bratem na kolonii zorganizowanej dla dzieci tak zwanych bezetów – „byłych ziemian” albo „bez ziemi” – w Makowie Podhalańskim. Za nami przyjechała mama, zamieszkała obok nas w chałupie u górala i pomagała w prowadzeniu kolonii, a potem zabrała nas na kilka dni do Zakopanego. Zatrzymaliśmy się w pensjonacie pani Hojerowej, w którym przed wojną mieszkała moja matka chrzestna.

Ciocia Iza zmarła osiem lat wcześniej w Potworowie, ale pani Hojerowa przekazała nam należący do niej kufer. Była taka praktyka, że w miejscu, do którego stale się jeździło, w hotelu albo pensjonacie, zostawiało się rzeczy, żeby ich nie wozić tam i z powrotem. Zakurzony, nietknięty kufer cioci stał z jej rzeczami tak, jak je zostawiła. Dla mnie to było jak spotkanie z kimś z zaświatów.

Dla Twojej mamy była to pierwsza wyprawa w góry bez męża. Ojciec wracał wtedy we wspomnieniach?

Czy wtedy, nie wiem. Ale potem, ilekroć byłem na Gąsienicowej, przypominało mi się zdjęcie rodziców z nartami przy schronisku. Zawsze sobie myślałem, jak to było, kiedy się po-znali właśnie w Zakopanem, kiedy jeździli razem na nartach. To taka moja osobista prehistoria.

W 1947 roku poszliśmy na Giewont, wyjechaliśmy na Kasprowy. Czuło się, że dla mamy to miejsca bardzo drogie. Być może miłość do gór odziedziczyłem po rodzicach.

Rodzice opowiadali o tym pierwszym spotkaniu?

Jakoś nie. Mama tylko wspominała, że w Zakopanem się z ojcem poznali.

A o Tatrach ojciec Wam opowiadał?

Dziwne, ale chyba nigdy. Narty, które pamiętam doskonale, rodzice porąbali, kiedy Niemcy zaraz na początku okupacji nakazali ich zwrot.

W Tatry wracałem od małego: z marianami jako uczeń ich szkoły, z młodzieżą, którą w Grudziądzu uczyłem religii, jako student KUL-u i członek klubu wysokogórskiego. Z kursu wspinaczkowego najlepiej wspominam drogi robione z Krzysztofem Tatarkiewiczem i pod jego kierunkiem. Uprawiałem ten sport kilka lat, do dnia, gdy na jakiejś ścianie, dość eksponowanej, ale niespecjalnie trudnej, nagle, z przemożną siłą odczułem absurd tego igrania ze śmiercią. Plecaczek zwany horolezką, linę, haki, karabinki, młotek zostawiłem więc na strychu u zaprzyjaźnionych górali w Jaszczurówce, gdzie nocowałem. Zostawiłem i zapomniałem. Może ktoś je sobie wziął? Lina była w dobrym stanie, inne szpeje też były w tamtych czasach dość poszukiwane. Mówiłem: jakoś nie mam skłonności do zbierania pamiątek.

Żadnych? Nawet po bliskich?

Mam ich niewiele. Na przykład obrączkę ślubną mojej mamy, którą stale nosiła. Zastanawiam się teraz, co z nią zrobić. Gdybym był biskupem, wtopiłbym ją w swój pierścień. Czasem wyjmuję ją z zamszowego woreczka, trzymam w zaciśniętej ręce, przywołuję mamę i ona przychodzi.

Miałem różaniec stryja, brata ojca, który mi jakoś ojca zastępował. Nie był żadnym dewotem, a modlitwę różańcową odkrył pod koniec życia. Rozmawiał ze mną o tym.

Kiedy gestapo zamordowało ojca, opiekował się nami właśnie stryj. Pewnego dnia zabrał mnie i brata powozem zaprzężonym w konie na objazd sąsiednich majątków. Chyba bez konkretnego celu, przynajmniej ja o takowym nic nie wiem. Myślę, że chciał nam pokazać ten świat. Jestem mu za to wdzięczny, bo ów świat miał wkrótce zniknąć. Świat ziemian, arystokracji, dworów, pałaców. Istniał od stuleci i… znikł.

Masz wciąż różaniec stryja?

Miałem go wiele lat, aż zgubiłem. Kiedyś dałem go produkującym różańce siostrom, żeby przeniosły paciorki na mocniejszy drut. Bo różańce zwykle się rwą, robi się je na kiepskim drucie. Ten był mocny. Nie mogę odżałować, że ten różaniec zgubiłem…

To był prezent?

Nie, sam wziąłem go po śmierci stryja z jego nocnego stolika przy łóżku.

Skoro mówiliśmy o pamiątkach, to muszę jeszcze powiedzieć o najważniejszej. Po śmierci mojego ojca ciocia Joasia – dostojna starsza pani ubrana na czarno – mojej straszliwie zbolałej po śmierci męża mamie podarowała mały medal, chyba z kości słoniowej, z wyrzeźbioną Głową Chrystusa w cierniowej koronie, kopią Guida Reniego. Wiem, że był dla mamy ważny. Zawsze trzymała go na szafce przy łóżku. Po-darowała mi go na święcenia kapłańskie.

Wciąż go masz?

Tak. Jest dla mnie symbolem jej miłości. Dała mi coś, co było jej drogie, co wiązało się z utratą jej największej miłości. Chciałbym, żeby to pudełeczko włożono mi do trumny. Tylko to.

A ta Matka Boża, która wisi nad łóżkiem, to też rodzinna pamiątka?

Nie. Dał mi ją Sewek Blumsztajn. Część z rzeczy, które tu widzisz, jest już rozdysponowana. Ostatnio zaczynam porządkować moje mieszkanie i to, co mogę, rozdaję. Więc jeśli coś byś chciała odziedziczyć po mnie, to mów od razu. Na przykład ten bujany fotel, który stał u mnie jeszcze w domu państwa Turowiczów, już dałem Mitce, czyli Marii de Barbaro. Chciałem jej go zaraz dostarczyć, ale ona woli, żebym tymczasem się w nim bujał – powiedziała, że wystarczy, jeśli dostanie go po mojej śmierci.

Rozmawiałeś z mamą o odejściu?

Bardzo rzadko, może dwa razy. To było dla mnie trudne. Ale pamiętam jedną ważną rozmowę z nią po śmierci ojca. Miałem dziesięć lat, brat – osiem i pół. Mama, jak zwykle, pomagała nam robić rachunek sumienia przed spowiedzią. Spytała mnie – pewnie nas obu, ale zapamiętałem to bardzo osobiście – czy czuję nienawiść do ludzi, którzy zabili tatę.

Czułeś?

Chyba nie bardzo rozumiałem, co to znaczy „czuć nienawiść”. Ale z całym przekonaniem odpowiedziałem, że nie. Mama spytała, bo pewnie sama miała z tym kłopot. Nigdy tego jednak nie okazywała. Powiedziała mi wtedy, że nie można nienawidzić. Te jej słowa przemieniły mój stosunek do tego, co się wydarzyło, co nie oznacza, że sprawa była załatwiona raz na zawsze. Trzeba było ponad pięćdziesięciu lat, żeby się z tym stosunkiem do Niemców uporać.

We wspomnieniu zatytułowanym Podróż zimowa pisałeś, że kiedy podczas okupacji Niemcy zarekwirowali część Waszego domu, a w Wigilię śpiewali: „Stille Nacht! Heilige Nacht!”, to było piękne, „ale niczym, co niemieckie, nie można było się zachwycać”.

Przez długi czas dominował we mnie ból i przerażające wy-obrażenie tego, co mógł czuć, przeżywać ojciec, stojąc przed oddziałem egzekucyjnym. W uszach brzmiały mi te jego ostatnie słowa: „Do widzenia, dzieci, módlcie się za tatę”. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, co Niemcy zrobili z jego ciałem. Nigdy nie chodziliśmy na jego grób.

Tylko dokąd?

Chodziliśmy przez lata w miejsce, w którym miał zginąć – za Szpital Wolski, gdzie upamiętniono egzekucję. To nam zastępowało chodzenie na grób ojca. W tej egzekucji, 13 stycznia 1944 roku, stracono dwieście pięćdziesiąt osób. Mam kopię wywieszonej na murach Warszawy listy. Nigdy nie spotkaliśmy tam jednak nikogo z bliskich innych zamordowanych. Pustka i cisza. Potem docierały do mamy relacje o egzekucji w innym miejscu. Wzruszające były odwiedziny człowieka, który siedział z tatą w jednej celi na Pawiaku. Mówił, że kiedy ojca wywołano z celi, inni więźniowie myśleli, że wychodzi na wolność.

Teraz teren, gdzie chodziliśmy, został zabudowany. Tablicę pamięci przeniesiono gdzie indziej.

Brak grobu ojca nie jest dla mnie źródłem traumy. W czasie wojny przyjąłem to jako coś oczywistego. I tak już zostało. Może dlatego nie czuję potrzeby chodzenia na groby. Wstyd mi, bo nawet grób mamy zbyt rzadko nawiedzam, podobnie jak miejsca spoczynku przyjaciół. A pamiętam, że mama bardzo nie chciała być pochowana na cmentarzu w Michałowicach, gdzie znajduje się nasz grobowiec rodzinny. Mówiła, że pies z kulawą nogą tam nie przyjedzie. Jest więc bliżej, na Powązkach.

Rozumiem jednak potrzebę ludzi, którzy szukają miejsca, gdzie mogą się czuć bliżej zmarłych bliskich. Codziennie chodzą na grób ukochanej osoby. Pamiętam, że spotkałem kiedyś księdza Jana Twardowskiego na Powązkach. Spacerował, odwiedzał mogiły znajomych. Pogodnie. Mówił, że chce tu spocząć. Cóż, pochowano go w krypcie Świątyni Opatrzności Bożej.

Zakopywanie ofiar egzekucji bezimiennie, w nieznanych miejscach było też formą zacierania pamięci o zamordowanych. Tak w latach powojennych postępowali w Polsce komuniści. Celowo. Chcieli zabić pamięć. W takiej sytuacji trzeba pamiętać tym bardziej.

Jak zapamiętałeś ojca?

Chyba tak, jak może zapamiętać dziesięcioletnie dziecko. Jako kogoś bardzo dorosłego, mądrego, niezawodnego, kto mnie bezwzględnie akceptuje, gwarantuje bezpieczeństwo. I jako tego, który wymaga, czegoś ode mnie oczekuje, bo mu na mnie zależy. Pamiętam też, że nie znosił afektacji, przesady. No i był, jak mówiłem, człowiekiem głęboko religijnym. Była to wtedy najważniejsza obok mamy obecność w moim życiu.

Wielu rzeczy jednak o ojcu nie wiedziałem i dopiero te-raz, kiedy moja siostra przesłała mi jego biogram, mogłem się o tym przekonać. Pamiętam jego powrót do domu po klęsce wrześniowej. Wyjechał na front swoim samochodem, wrócił bez samochodu. Długo nie znałem jego wojennego itinerarium. Dziś wiem, że pod Lwowem jego oddział rozbroili Sowieci, że ojciec pozbył się odznak oficerskich (był podporucznikiem­ artylerii) i został przez Rosjan potraktowany jak szeregowiec, to jest zwolniony – gdyby było inaczej, mógłby trafić do Katynia. Wiem, że zanim się do nas przedostał, jakiś czas się ukrywał we Lwowie.

Dopytywałem się później o ten samochód. Powiedział, że kiedy zabrakło mu benzyny, zjechał do rowu, zostawił auto i dalej poszedł pieszo. Powiedział to lekko, jakby od niechcenia. Wtedy pomyślałem, że wojna musi być czymś strasznym, jeśli takie ważne sprawy jak samochód przestają się liczyć.

Śmierć rodziców to przełomowy moment, poczucie, że nagle świat się kończy. Bo kończy się etap dzieciństwa. Odtąd jesteś już innym człowiekiem.

Będąc księdzem, towarzyszysz ludziom w takich momentach.

Tak, czasami obserwuję, jak bliscy dopiero po śmierci odkrywają kogoś, kogo dotąd mieli obok, ale go nie zauważali. Zdarza się też, że w chwili śmierci kogoś wierzącego jakiś jego

bliski dzięki niemu wraca do wiary. Bo śmierć stawia zmarłego, co prawda zwykle tylko na chwilę, w pełnym świetle. Czyjaś śmierć i własne zbliżanie się do nieuchronnej śmierci mogą wyzwalać w człowieku specjalną energię. Wtedy na-prawdę widzi się ostro.

Właśnie teraz bliska mi osoba choruje na nieuleczalnego raka. Na razie sobie radzi, ale wie, że prawdopodobnie ma przed sobą nie więcej niż kilka miesięcy. Czasem prosi o zda-nie, które ją podtrzyma na duchu, a ja wtedy staję bezradny i milczę.

Rozmawiasz w myślach ze swoją mamą?

Czasami czuję, że byłoby cudownie, gdyby się zjawiła. Ale ona nawet przyśnić mi się nie chce. Chyba tylko dwa razy mi się śniła. Zdarza się, że proszę ją o rzecz błahą – jadąc gdzieś, mówię, by trzymała dla mnie miejsce parkingowe. Jednak proszę o to tylko wtedy, kiedy to jest dla mnie z jakiegoś powodu istotne. W poważniejszych sprawach też czasem wzywam ją na pomoc. Zawsze jest. Ale to są moje prywatne praktyki, wolę o nich nie mówić.

Po co nam przodkowie?

Choć mój stryjeczny dziadek Adam Boniecki dokopał się w poszukiwaniu świadectw życia naszych przodków do 1408 roku oraz – u Długosza – do śladów jeszcze wcześniejszych, choć napisał kronikę rodziny i sporządził solidne drzewo genealogiczne, to nie czuję, prawdę mówiąc, żeby ci protoplaści sprzed sześciuset lat coś mi przekazali. Wiem tylko, że byli, co robili, gdzie mieszkali. Długosz napisał o nich, że to „przybyły z Italii ród chytry i przebiegły” („vafrum et versutum”).

Oczywiście, przekazali mi jakieś geny. Czyżby chytrości i przebiegłości?

Mogę mówić o wpływie dziadków. Nadali mi, a może przekazali otrzymany z kolei od swoich przodków, pewien styl, rodzinny etos, system wartości.

Po co nam przodkowie? Czy to się nam podoba, czy nie, oni byli i są. Są w nas – bo transmisja genów, bo podobieństwo, nie tylko fizyczne, ale też stylu życia, prawie zawsze przekazywane z rodziców na dzieci. Poznawanie przodków oznacza po trosze lepsze rozumienie siebie. Czasem daje tak-że okazję do pytania, co powiedzieliby – oni, ludzie znojnej pracy, prostej wiary, uczestnicy sejmików czy nawet Sejmu Czteroletniego – patrząc na mnie, który noszę to samo nazwisko. Nie muszę się z nimi zgadzać, nie muszę tworzyć rodzinnej legendy, bo wśród moich przodków zdarzały się i marne typy, i kiepscy poeci, ale byli także ludzie, z których – z racji więzi rodzinnej – mogę być dumny. Przodkowie – czy mi się to podoba, czy nie, czy jestem tego świadom, czy nie – to korzenie, z których wyrosłem.

W moim domu rozmawiało się głównie o przodkach z nie-dalekiej przeszłości. W sali jadalnej wisiały portrety dziadków i pradziadków, w salonie wielki portret dziadka Adama – heraldyka. Był na nim dość smukły, w futrze narzuconym na ramiona. Potem znalazłem jego zdjęcia, na których taki znów smukły nie był. W każdym razie te portrety, zapewne dzieła wędrownych malarzy, wisiały i należało wiedzieć, kto jest kto.

Zapadły mi głęboko w pamięć zachowane i czytane nam – mogłem mieć wtedy osiem lat – listy dziadka do mojego ojca. Dziadek pisał z Podola, co się tam dzieje w czasie rewolucji. Słuchałem i myślałem: to wszystko przeżyła moja rodzina.

 Tamte wydarzenia, żywo przez dziadka opisywane, nagle stawały się realne.

A fotografie kobiet, których masz tutaj, w krakowskim mieszkaniu, sporo?

Tu za mną stoi pani Halina Mikołajska, mądra kobieta, znakomita aktorka, o której zawsze pamiętam i modlę się za nią. Uważała mnie za swojego duchowego doradcę. Nieraz dzwoniła, wzywała, żeby omówić jakiś życiowy problem. Nie wiem, czy to była przyjaźń, ale na pewno relacja bardzo głęboka. Tu są dwie dziewczyny z dawnego duszpasterstwa akademickiego. Elżbieta, która już nie żyje. Ot, jedna z wielu ludzkich historii, której byłem świadkiem i odrobinę uczestnikiem. Chcę ją zawsze pamiętać. Z Elżbietą stoi Genia, która na szczęście żyje.

W Warszawie mam fotografie rodziców. Nieco wyblakłe zdjęcie mojej mamy z Janem Pawłem II, bardzo przeze mnie lubiane. Obok wizerunek Dominiki Woźniakowskiej, żony Jana, której towarzyszyłem w ostatnim etapie jej życia. Dalej dziadkowie – rodzice ojca. Zdjęcie księdza Jerzego Popiełuszki, którego miałem szczęście poznać bliżej. Jest jeszcze Jan Paweł II siedzący przy biurku. A na szafce w przedpokoju – ksiądz Bronisław Bozowski. W moim poprzednim­ mieszkaniu wisiały fotografie różnych kochanych ludzi z duszpasterstwa akademickiego.

Te zdjęcia to forma pamięci, znak duchowej łączności. Sam podarowałem moje zdjęcie księdzu Bozowskiemu, który był duszpasterzem ludzi pokręconych i moim mistrzem. Foto-grafie tych, których był duchowym przewodnikiem i nazywał „córeczkami” i „synkami”, miał w pokoju, wepchnięte w jakieś ramki. Modlił się za nas, patrząc na te podobizny, a w testamencie polecił je włożyć do swojej trumny.

Przypomina mi się Jan Paweł II, którego często proszono o modlitwę w różnych intencjach. Miał je spisane na kartkach, a te kartki trzymał w otwieranym pulpicie klęcznika w kaplicy. W czasie modlitwy wyciągał je. Sam pod koniec życia, już chory, często powtarzał prośby o modlitwę za niego, także po śmierci.

Chcielibyśmy żyć we wspomnieniach.

Zaryzykowałbym twierdzenie, że to jest zjawisko powszechne. W środowisku watykanistów obserwowałem, jak ludzie, którzy przez wiele lat żyli blisko innych, byli z nimi w przyjaznych relacjach, pomagali im i otrzymywali pomoc, nagle znikali z ich pamięci, kiedy umierali lub opuszczali Rzym. Przepadali jak kamień w wodę. Woda się nad nimi zamykała, przestawali istnieć. To okropne.

Kiedy na początku mojej pracy w Watykanie Józio Kowalczyk – późniejszy nuncjusz i prymas, wtedy pracownik Sekretariatu Stanu – oprowadzał mnie po Pałacu Apostolskim, spotkaliśmy starego prałata. Słysząc, że będę tam pracował, położył mi rękę na ramieniu i powiedział: „Młody człowieku, tu, żeby nie zwariować, trzeba ze wszystkiego żartować, poza Panem Jezusem Chrystusem”. To jest klucz nie tylko do Watykanu. W każdym razie do dziś się tego trzymam.

Zamów w sklepie Znaku→

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]