Reklama

Kiedy ręka nie utrzyma wędki

Kiedy ręka nie utrzyma wędki

14.08.2017
Czyta się kilka minut
To żebractwo, a nie żebracy, jest problemem społecznym. Nie rozwiąże go pomysł, by nie dawać pieniędzy na ulicy.
DANIEL DMITRIEW / FORUM
U

Urzędnicy z Gdańska chwalą się, że ich akcja: „Okaż serce, nie dawaj pieniędzy osobie żebrzącej na ulicy, bo tam zostanie”, przynosi rezultaty. Na oko – jak mówią – już widać, że w mieście jest znacznie mniej żebraków, a otwarta niedawno świetlica dla „dzieci ulicy” cieszy się dużą popularnością.

Zaczęło się kilka lat temu. Ktoś w gdańskim urzędzie wydał rozporządzenie, by uporać się z „plagą” żebraków, którzy „zalewają” miasto zwłaszcza latem i nagabują turystów, prosząc o – jak ujmuje to Sylwia Ressel, rzeczniczka prasowa Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie – „piątkę”. Urzędnicy, współpracując z tamtejszymi organizacjami pozarządowymi, wymyślili akcję „Okaż serce”. Chodzi w niej o to – czytamy na stronach MOPR – by przekonać mieszkańców i turystów do niewspierania datkami nagabujących ich osób. To bowiem – zdaniem pomorskich urzędników – niewłaściwa i naiwna pomoc.

Podobne akcje odbywały się wcześniej w innych miastach. Policjanci w Poznaniu prosili na początku tego roku, żeby nie dawać ludziom pieniędzy na ulicy, a tamtejsi dziennikarze przeprowadzali wśród ubogich śledztwa, z których wynikało, że żebrak „potrafi zebrać dziennie nawet 500 złotych”, co ma stanowić ostateczny i niezbity dowód na to, że żebractwo to praca. Na dodatek dobrze płatna – a to znaczy, że trzeba ten proceder ukrócić.

Jemu nie może się powodzić

Katarzyna Górniak, socjolożka z Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej, zajmująca się badaniem ubóstwa, cytując określenia odnoszące się do osób bezdomnych używane na forach internetowych („menel”, „gnida”, „pasożyt”, „brudas”, „śmieć”, „lump”, „chwast”, „śmierdziel”), stwierdza, że „ten rodzaj obrazowania buduje nieprzekraczalną granicę pomiędzy światem bezdomnych a tą częścią społeczeństwa, która funkcjonuje »normalnie«, to znaczy w ramach aprobowanych społecznie ram”.

Podobna, nie tylko wykluczająca, ale także stereotypowa narracja prowadzona jest w internecie na temat żebractwa. „Zawód: Żebrak, 200-500 złotych dziennie to stawki, o których inni mogą pomarzyć” – to tytuł tekstu opublikowanego na portalu naTemat.pl w 2013 r. „Bogaty jak żebrak: najlepsi żebracy zarabiają jak menadżerowie” – magazyn „Focus”, 2015 r. „Żebracy… są coraz lepiej ubrani” – „Gazeta Lubuska”, 2009 r. Obraz ubogiego zmuszonego do żebractwa, jaki rysuje się z przekazów medialnych, wygląda więc tak: „przedsiębiorczy, zaradny oszust zarabiający powyżej średniej krajowej i w dodatku dobrze się ubiera, a przecież powinien wyglądać jak »menel«, »lump« i »śmierdziel«”.

Pomińmy już samo to, że skomplikowany, wieloaspektowy i trwający od lat problem żebractwa urzędnicy miejscy wraz z niektórymi mediami potrafią podsumować w kilku ostro brzmiących i wpadających w ucho zdaniach. A strukturalną kwestię bezdomności, bezrobocie, ubóstwo i wykluczenie społeczne zamykają na plakacie formatu A3. To tylko dowód na to, w jak bardzo uproszczony sposób myślimy o wykluczeniu – a w konsekwencji, że biedę postrzegamy wyłącznie interwencyjnie, nie zaś systemowo.

W wielu kampaniach takich jak ta z Gdańska nie chodzi o znalezienie sposobu na pozbycie się ubóstwa, tylko ubogich. Bezrobotnych, a nie bezrobocia. „Bezdomni śmierdzą i burzą nasz święty spokój. Zamiast zbudować łaźnię, pozbądźmy się ich z centrum miasta – to prostsze i tańsze” – tak można by podsumować tę narrację. I dodać do niej sprzeczne komunikaty: biedak śmierdzi – źle, bo drażni nasze wyczulone nosy. Biedak zaczyna „lepiej się ubierać” – źle, bo to znaczy w końcu, że żyje mu się lepiej, a przecież zgodnie ze stereotypem: „jemu nie może się powodzić!”.

Julia Wygnańska, członkini Zespołu Ekspertów ds. Przeciwdziałania Bezdomności przy Rzeczniku Praw Obywatelskich: – Wykluczenie, w tym bezdomność czy żebractwo, to jedne z najbardziej zawiłych i niejednoznacznych problemów społecznych. Sama nie zdecydowałabym się na kampanię namawiającą do niedzielenia się na ulicy, przede wszystkim ze względu na mój brak zaufania do systemu pomocy, który miałby rozwiązać problemy osób trafiających do niego zamiast na ulicę.

Ciężka praca

Przeciwnicy żebractwa zwracają przede wszystkim uwagę na system oszustwa, w którym możemy uczestniczyć, dzieląc się pieniędzmi na ulicy. Nie ulega żadnej wątpliwości, że to prawda. W pustostanie w centrum Krakowa mieszka czterech bezdomnych. Na – jak to określają jego mieszkańcy – „wędkę” najlepiej wyjść do miasta wieczorem, zwłaszcza w piątek lub sobotę, gdy w centrum trwa jedna wielka impreza. Ludzie pijący w klubach są hojniejsi, chętniej dzielą się pieniędzmi, nawet dużymi sumami. Za wyżebrane nocą pieniądze bezdomni zazwyczaj kupują alkohol.

Choć, co wyraźnie trzeba podkreślić, stwierdzenie „bezdomny alkoholik” to kolejny stereotyp. Częściej zdarza się, że to alkohol jest skutkiem, a nie przyczyną stanu bezdomności. Samotność na ulicy, brak nadziei, niepewność jutra – mogą stać się powodem poszukiwania przez osoby w kryzysie bezdomności wentylu łagodzącego ból.

Podobnie rzecz ma się z systemem oszustwa i wyzysku, zwłaszcza wśród środowisk kojarzonych z romskimi, gdzie starsi wykorzystują do żebrania młodszych. Żebrzące na ulicy dzieci i kobiety uczestniczą nierzadko w procederze przestępczym. To właśnie ze względu na nich gdańska akcja ma swój pozytywny wymiar. Powstała tam świetlica dla „dzieci ulicy” cieszy się rzeczywiście dużą popularnością. A społecznicy chodzą codziennie po mieście i proponują, by dzieci spędziły dzień tam, a nie na ulicy.

Problem jednak w tym, że interwencyjne zareagowanie na dziecko na ulicy wcale nie rozwiązuje jego problemów. Siostra Małgorzata Chmielewska wspomina rodzinę Damu, która trafiła kilka lat temu do jednego z domów Wspólnoty Chleb Życia: – Mówię do ojca rodziny: „Damu, dzieci nie będą żebrać”. Najmłodsze miało 6 lat, najstarsze 18. Powiedziałam, że wynajmę nauczyciela. A on mi na to mówi: „Pani siostro, bardzo dobrze. Jak mi pani siostra da pracę, żebym utrzymał rodzinę, to dzieci nie będą żebrać”. Ale pani siostra nie była w stanie dać pracy. Wobec tego ubiliśmy interes. Do południa dzieci żebrały, a po południu się uczyły. Damu im wszystkim gotował, dbał o dzieci. Popołudniami uczyły się pisać, czytać, liczyć. Tak to wygląda. Można krytykować i potępiać, tylko co to da? Oczywiście, są bardzo różne przyczyny żebrania, ale zapewniam, że jest to bardzo ciężka praca.

Rzeczniczka prasowa gdańskiego MOPR-u pytana o pomysł na asymilację rodzin romskich do społeczeństwa odpowiada wymijająco, że „bieda nie ma narodowości”. Otóż ma narodowość, zwłaszcza w przypadku grupy etnicznej tak bardzo wykluczonej jak romska.

Bieda ukryta

Jest jeszcze jeden obraz żebraka, który nie rzuca się tak bardzo w oczy.

Pani Maria. Rocznik 40. Niska i elegancka. Prawą dłonią delikatnie odgarnia za ucho siwe, pojedyncze włosy. Ma na sobie czarną, cienką bluzkę w groszki. Podpiera się laską. W drugiej dłoni trzyma reklamówkę i garnuszek z przykrywką. Staje po Zupę na Plantach, a młodsi od niej bezdomni, niektórzy wypici, przepuszczają ją w kolejce. Pani Maria dostaje miskę zupy i „prosi uprzejmie już teraz o porcję na wynos”. Mówi, że odgrzeje ją sobie jutro, na kolację.

Pani Maria pracowała przez kilkanaście lat na poczcie. Mieszka w starym lokum po rodzicach na krakowskich Azorach. Myje się co drugi dzień – z oszczędności. W wannie ma plastikową miskę, do której skapuje woda, gdy pani Maria rano przemywa twarz i myje zęby. Wykorzystana rano woda służy do przemycia twarzy wieczorem, przed snem.

Kilka razy zdarzyło się, że pani Maria „wyciągnęła rękę na ulicy”. Żebrała, zwłaszcza na leki. Czasem doskwiera jej bolesna migrena. Wstydzi się. Ale wie doskonale, że nie ma innego wyjścia.

W Polsce, mimo spadającego bezrobocia, nadal oscyluje ono w okolicach 8 proc. Podobnie z wysokością rent i emerytur oraz refundacją leków. Dopóki więc żyjemy w świecie, w którym zdarzają się osoby zmuszone do żebrania na leki i podstawowe jedzenie, dopóty organizowanie kampanii społecznych o „niedzieleniu się na ulicy” będzie zamiataniem kluczowych problemów pod dywan.

Owszem, akcja „niedawania pieniędzy żebrakom na ulicy” może mieć wpływ na ukrócenie przestępczych procederów (alkoholizm, ubezwłasnowolnienie), ale uderzy też np. w panią Marię, której życie nierzadko uzależnione jest od hojności przechodniów. „Nie dawaj żebrakom” – znaczy nie tylko „nie dawaj żebrakom-oszustom”, lecz także „nie dawaj żebrakom, którzy naprawdę potrzebują twojej pomocy”.

Pustotan albo schronisko

Oczywiście, pani Maria, podobnie jak panowie z krakowskiego pustostanu żebrzący nocą w centrum, mogliby pójść do odpowiednich urzędów po profesjonalną pomoc. I to jest drugi – po miejskiej świetlicy – pozytywny wymiar gdańskiej kampanii. Na plakatach i ulotkach rozwieszonych i rozdawanych w centrum znalazło się miejsce nie tylko dla hasła „nie dawaj żebrakom na ulicy”; są tam także adresy instytucji niosących kompleksową pomoc.

Tomasz Sadowski, założyciel Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, zwraca uwagę na to, o czym mówiła już dawno Matka Teresa z Kalkuty. Jej doświadczenie pracy w Indiach jest rzecz jasna nieporównywalne do skali problemów w Polsce, jednak zdanie o doraźnym pomaganiu można traktować uniwersalnie. „Nigdy nie mieszałam się do tego, co powinny albo nie powinny robić rządy. Zamiast marnować czas na takie kwestie, mówię: »Pozwólcie mi zrobić coś teraz«. Jutra może w ogóle nie być – do jutra nasi ludzie mogą umrzeć. Dziś potrzebują kromki chleba i szklanki herbaty; dam im to dzisiaj.

Ludzie czasem nas krytykują i pytają: »Dlaczego zawsze dajecie im ryby zamiast wędki?«. Odpowiadam im: »Nasi ludzie ledwo trzymają się na nogach z głodu i choroby, więc tym bardziej nie utrzymaliby w ręku wędki, żeby złowić rybę. Ale ja nadal będę im dawała ryby do jedzenia, a kiedy odzyskają siły i staną na własnych nogach, przekażę ich wam i to wy dacie im wędkę«”.

Sadowski dodaje: – Nie można mówić potrzebującemu tu i teraz, że ma szukać pomocy gdzie indziej, w Caritasie czy w jakichś instytucjach. On potrzebuje pomocy już.

I wreszcie ostatnia rzecz, w sprawie „wzięcia przez ubogich spraw w swoje ręce, w końcu tyle jest instytucji niosących pomoc”. Kto nigdy nie przekroczył progu schroniska dla bezdomnych, ten nie będzie miał pojęcia, jak ciasno można zapełnić kilka metrów kwadratowych. A niechęć do odwiedzania tych miejsc przez bezdomnych nie bierze się tylko z tego, że nie można tam pić.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym jedyna niemal oferta dla ludzi żyjących na ulicy wygląda tak: sześcio-, dziesięciometrowy pokój w schronisku potrafi pomieścić na piętrowych łóżkach nawet kilkunastu dorosłych mężczyzn, którzy podpisują z ośrodkiem kontrakt na niepicie alkoholu, pracowanie na jego rzecz i zapisywanie się do zeszytu, kiedy chce się wyjść na spacer. Niektóre z nich nie są w stanie zagwarantować terapii uzależnień. A pięćdziesięciokilkuletniemu bezdomnemu na wózku naprawdę ciężko znaleźć pracę.

O jakim wyborze mówimy!? Pustostan – albo – schronisko, które tylko nieznacznie różni się warunkami od tego pierwszego.

Traci się godność i człowieczeństwo, gdy ląduje się na ulicy? Chyba tak, skoro swobodnie mówimy, że „są miejsca w schroniskach, dlaczego oni zostają na ulicy?”.

Trudno być zmotywowanym

Wśród jedzących Zupę na Plantach krakowskich bezdomnych pozostających na ulicy przeprowadziłem niedawno ­minisondaż, pytając, na co wydają wyżebrane pieniądze. Nie jest to ankieta profesjonalna i miarodajna, ale z wiarygodnymi odpowiedziami. Osoby w kryzysie bezdomności wydają pieniądze na bieżącą konsumpcję. Czasem alkohol. Często na leki – zwłaszcza przeciwbólowe, które trudno dostać w miejskich przychodniach dla ubogich. Panowie często korzystają z publicznych, ale płatnych toalet. Kupują też gazety.

Esther Duflo i Abhijit Banerjee w „Ekonomii biednych” piszą: „Odrobina nadziei i trochę bezpieczeństwa oraz wygody może stanowić potężną motywację. My mamy bezpieczne życie, uporządkowane według celów, do których możemy aspirować z dużą pewnością sukcesu (ta nowa kanapa, pięćdziesięciocalowy płaski telewizor, drugi samochód) oraz pomocą instytucji zaprojektowanych w taki sposób, aby pomóc nam to osiągnąć (konta oszczędnościowe, programy emerytalne, pożyczki hipoteczne). W naszej sytuacji łatwo jest zakładać, jak robiono to w czasach wiktoriańskich, że motywacja i dyscyplina są wrodzone. W rezultacie zawsze martwimy się, że jesteśmy zbyt dobrotliwi dla rozrzutnych biednych. Tymczasem my uważamy, że w większości wypadków problem jest dokładnie odwrotny: trudno być zmotywowanym, kiedy wszystko, czego chcesz, wygląda na niemożliwie odległe”.

Nie jest zatem tak, że ubodzy nie mają, bo są niezaradni i nie umieją oszczędzać. Potrzebę natychmiastowej gratyfikacji mamy wszyscy, syci i niezamożni. Adam Leszczyński w „Eksperymentach na biednych” pisze, że „różnica między biednymi i bogatymi nie polega na tym, że ci drudzy mają wrodzoną lepszą samokontrolę: przeciwnie, wszyscy mają takie same potrzeby, ale bogaci mogą je zaspokoić wydając mniejszą część swoich dochodów (a resztę zainwestować, aby mieć jeszcze wyższe dochody w przyszłości). Biedni są w stanie oszczędzać rzadziej i z reguły tylko wtedy, kiedy wierzą, że mają szansę na lepsze życie w przyszłości”.

Żebractwo jest problemem społecznym. Właśnie żebractwo, a nie żebracy. Pomysł, by nie dawać im pieniędzy na ulicy, nie rozwiązuje problemu. A po drugie, nie pozostaje bez wpływu na naszą wrażliwość społeczną. Pytanie o „wędkę i rybę” nie jest tak naprawdę szukaniem odpowiedzi na pytanie: „jak mądrze pomagać”. Jest natomiast pytaniem o to, jaki mamy stosunek do tego, co, jako syci – posiadamy. A także jaki mamy stosunek do tych, którzy nic nie mają. I kiedy mijamy żebraka na ulicy, to raczej nie dlatego, że „okazujemy mu serce”, ale dlatego, że przywiązani do tego, co mamy, nie chcemy, żeby wydawał to ktoś inny.©℗

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]