Reklama

Jak przeżyć śmierć

Jak przeżyć śmierć

24.10.2016
Czyta się kilka minut
Bernadetta Janusz, psychoterapeutka: O naszych zmarłych możemy myśleć jako o osobach, które od teraz są w nas. Nosimy je w sobie.
Fot. Kamila Buturla
A

ANNA GOC, MARCIN ŻYŁA: Miłość zwycięża nad śmiercią – przekonuje chrześcijaństwo. Jak to wygląda z perspektywy psychoterapii?

BERNADETTA JANUSZ: Najczęściej spotykamy się z rodzinami, w których sposób przeżywania śmierci doprowadził do choroby lub zakłócił wzajemne relacje. Wtedy można uznać, że w danej chwili śmierć wygrała.

Jak temu zapobiegać?

Wierzymy, że siła więzi wytrzyma. Czasami pomagamy bliskim wrócić do momentu utraty, aby zrozumieli, co ich wtedy zamknęło na siebie lub na dalsze życie. Kiedy przestają ze sobą rozmawiać, nie zawsze są w stanie dostrzec, że to oddalenie czemuś służy – np. ochronie przed wspólnymi bolesnymi wspomnieniami.

Przeżywając żałobę, mamy do czynienia z amplitudą nastrojów. Czy to niebezpieczne?

Nie – dlatego, że te nastroje są naturalne. Na początku jest szok, złość, czasami ulga. Pojawia się pragnienie przywrócenia kontaktu fizycznego ze zmarłym – mamy wrażenie, że słyszymy jego kroki, rozpoznajemy go w tłumie; kiedy ktoś dzwoni, myślimy, że to on. Przez chwilę czujemy wówczas ukojenie i nadzieję. Kiedy okazuje się, że to nieprawda, następuje uderzenie bólu. Ono jest potrzebne, ponieważ daje nam poczucie nieuchronności fizycznej separacji.
Zagrożeniem staje się dopiero sytuacja, w której ktoś zatrzymuje się na poziomie pierwszego szoku – np. modli się nad jeziorem, w którym zatonął syn, albo całe dnie spędza na cmentarzu przy jego grobie, zaniedbując pozostałych członków rodziny. Jest psychicznie sparaliżowany, nie potrafi z powrotem zaangażować się w życie ani też, mówiąc psychoterapeutycznym żargonem, nie umie utraconej osoby uwewnętrznić, być z nią w wewnętrznym kontakcie.

Osoby religijne mogą wierzyć, że spotkają się z tymi, którzy odeszli. U tych, które tej wiary nie mają – co ją zastępuje?

Najczęściej spotykam się z określeniem „gdzieś tam”, np.: „Moja mama jest gdzieś tam”. Pojawia się idea kosmosu, którego bliscy od teraz są częścią. Wiele osób wskazuje na otwarcie się na intensywne doświadczanie przyrody; tak jakby zmarły stał się jej częścią. Patrzą w niebo i przeżywają kontakt z kimś, kto odszedł.
Prowadzę teraz badania wśród rodziców, którzy stracili dziecko. Zdarza się, że opowiadają oni np. o tym, że przyleciał do nich gołąb albo motyl. Mówią: „Jestem niewierząca, ale wydaje mi się, że ten motyl przyleciał w momencie, w którym byłam najbardziej pogrążona w rozpaczy. Nic nie widziałam, a jego pojawienie się powiedziało mi, że trzeba inaczej”.

Jak Pani wtedy reaguje?

Rozmawiamy o kontakcie, który trwa. Staram się zrozumieć, jak się zmieniał. Od pragnienia fizycznego bycia z dzieckiem, przy grobie, czyli trwania w stanie niezmienionym, do kontaktu symbolicznego – a jednocześnie dotykalnego – który może być aktywny, twórczy.

Po czym poznać, że w trakcie żałoby dzieje się z nami coś złego, że warto zgłosić się po pomoc?

Po pierwsze, trzeba odpowiedzieć na pytania: czy jestem w stanie ogarnąć rzeczywistość? Dotrzymywać dotychczasowych zobowiązań? Po drugie: jak wyglądają moje relacje z bliskimi? Czy jestem w stanie wziąć od innych troskę, zainteresowanie, pomoc? I po trzecie: co stało się z relacją z osobą utraconą? Czy dalej jestem w stanie zaprzeczenia, nie chcę o tym myśleć? Czy cały czas wracam do momentu śmierci? Jeśli tak, to czy potrafię to odwrócić? Czy blokuję w sobie wszystko, co przypominałoby mi o nieuchronności śmierci?
Tym emocjom może towarzyszyć także pragnienie własnej śmierci, które – jako faza żałoby – nie musi być złe, jeśli sprowadza się do tego, że chce się być blisko osoby zmarłej. Pragnienie śmierci staje się w danym momencie wyrazem tęsknoty i chęci połączenia.

Czas żałoby jest różny…

Można jedynie mówić o jej fazach. Początkowo jest etap odrętwienia, szoku. Potem – protestu, chęci przywrócenia fizycznego kontaktu. Kiedy wygrywa świadomość, że zmarły już do nas nie wróci, przychodzi faza rozpaczy. Kolejne etapy to już internalizacja i reintegracja więzi duchowej. One nie następują jedna po drugiej. Człowiek przeżywający utratę przemieszcza się między nimi cały czas: czasem odważnie konfrontuje się z nieuchronnością tego, co się stało, czasem unika wszystkiego, co kojarzy się ze śmiercią; potem znowu chce odpocząć, nawet rozerwać się z innymi, aby następnie wrócić do swojego samotnego bólu. To oscylowanie oznacza powrót do życia, do ludzi. I choć przy kolejnych rocznicach ból będzie wracał, to życie po stracie mieści w sobie miłość do tego, kto odszedł, i do tych, którzy są obok. A czasami złość, która nie musi w tej wyrozumiałej miłości przeszkadzać.

Tuż po odejściu bliscy się mobilizują: dzwonią do siebie, wspierają się, spędzają razem czas. Po pogrzebie przychodzi moment symbolicznego zamknięcia. Nie chcemy przeszkadzać. To dobry wybór?

Etap milczących telefonów bywa często trudny do zniesienia. Dla niektórych jednak taki samotny okres jest potrzebny. Niezależnie od tego warto zaryzykować i zaproponować spotkanie. Kontakt fizyczny z powrotem przywołuje do relacji, nie musi oznaczać rozmawiania o osobie zmarłej.

Zbyt szybkie wyjście z żałoby – szybkie w ocenie osoby, która straciła kogoś bliskiego – może być związane z wyrzutami sumienia, które towarzyszą przeżywaniu dalszej radości z życia.

To jest związane ze strachem przed tym, że ktoś nie zaakceptuje tego, iż żałoba może tak szybko się skończyć. Tyle że czerpanie radości z życia nie musi oznaczać końca żałoby. Spotykam osoby, które z jednej strony są w bardzo bliskich relacjach, cieszą się ze spotkań, potrafią się śmiać, z drugiej – wciąż czują dojmujący ból. Jeśli ktoś może tak przeżywać śmierć bliskiego, to uznałabym to raczej za dar: ma bowiem w sobie taką siłę, która ani nie pozwala mu uciec od bólu, ani odwrócić się od życia.

Wciąż są w Polsce miejsca, gdzie znakiem żałoby jest czarny strój. Takie podejście pomaga w jej przeżywaniu?

Niektórym osobom bardzo. Noszenie oznak żałoby traktują jako czas specjalny, przejściowy. Ale u części osób powoduje to rozdarcie: między społecznymi regułami żałoby a pragnieniem swobody. Zwłaszcza jeśli kulturowe oznaki żałoby stały się już dla tej osoby martwe, zrytualizowane. Noszenie czarnego ubioru bez przekonania i identyfikowania się z nim można porównać z podejściem typu: biorę ślub dla rodziców. Czarny kolor może być też znakiem dla otoczenia – dotknęła mnie strata, mogę liczyć na wsparcie czy specjalne traktowanie. To ważne także w małych społecznościach, gdzie będąc w żałobie, jesteśmy poniekąd na scenie – inni nas obserwują, ale też wspierają.

Z czym jeszcze muszą radzić sobie osoby przeżywające żałobę?

Z uznaniem, że nie dały rady, że czegoś nie zdążyły. Również, że były w czymś beznadziejne.

To słuszne odczucia?

Czasami tak. Ale one nie mogą dotyczyć śmierci, tylko ewentualnych zaniedbań za życia. Trzeba je uznać. Byłem beznadziejny, kochałem, jak umiałem, a czasami nie umiałem. Ważne jest, aby nie zatrzymać się na tym, co się nie wydarzyło, tylko móc potraktować to jako wyzwanie w aktualnych i przyszłych związkach.

Koniec żałoby oznacza też konieczność odnalezienia się w nowej roli, np. dziecka bez rodzica, męża bez żony. To odnajdywanie się jest wchodzeniem w rolę, która wcześniej byłaby nie do pomyślenia. Jakie mechanizmy wtedy zachodzą?

Zdarzają się za szybkie wejścia w zastępcze relacje. Np. kiedy po śmierci dziecka rodzice planują od razu nowe, albo gdy po śmierci żony mężczyzna szuka natychmiast nowej partnerki. Nie chodzi tu jednak o czas, tylko o desperację odwrócenia utraty i w związku z tym swoistego zastąpienia jednej osoby drugą. Może dojść wówczas do sytuacji, kiedy ta kolejna osoba staje się kimś, kto ma nas uspokoić, przywrócić chęć życia. Natomiast jeżeli się uzna: byłem w związku, który się skończył, ale ten związek mnie ukształtował, otworzył mnie na inne miłości, wtedy można iść dalej. Otwiera się przestrzeń, by komuś nowemu coś dawać, żeby z kimś być.

Jak wtedy myśleć o tym, kto odszedł?

Jak o osobie, którą od teraz w sobie noszę, co oznacza, że ta relacja mnie zmieniła. Przeżycie żałoby to pożegnanie się z osobą zmarłą jako istniejącą tu i teraz, w tym świecie, a zarazem otwarcie się na kolejne związki. Dla nowej osoby ta, która odeszła, staje się często niezwykle ważna, jako ktoś, kto wiele wniósł w związek, w którym aktualnie się znalazła. Mimo że nigdy się fizycznie nie spotkały. ©℗

​DR BERNADETTA JANUSZ jest psycholożką i etnolożką; pracuje jako psychoterapeutka w Zakładzie Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii CM UJ. Zajmuje się także m.in. antropologią kulturową oraz rolą rytuałów społecznych.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anna Goc, fot. Grażyna Makara
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]