Reklama

Irena i Ryszard

Irena i Ryszard

17.03.2010
Czyta się kilka minut
Wybuch wojny to był koniec mojej beztroskiej młodości. W ten dzień mój szczęśliwy świat umarł. A to był dopiero początek mojego życia. Irena Kalpas urodziła się 13 sierpnia 1915 r. Od 70 lat jest wdową. Jej mąż, kpt. Ryszard Kalpas, w 1939 r. dostał się do sowieckiej niewoli. Zginął w Katyniu.
Irena Kalpas: "Tu mam 12 lat, jestem z mamą i tatą na Filtrowej. Rok 1927. Mieszkaliśmy wtedy w Poznaniu, ale co roku przyjeżdżaliśmy do wujostwa na wakacje do Warszawy. / fot. archiwum rodzinne Ireny Kalpas
2

22 lutego 1936 r. wzięłam ślub w kościele garnizonowym w Warszawie. Dzień był mroźny. Wyszłam z kościoła taka szczęśliwa. Byłam ogromnie zakochana. Ryszard pięknie grał na fortepianie, pływał, grał w tenisa, siatkówkę, koszykówkę, był ogromnie wysportowany. Znał rosyjski, francuski, angielski i turecki. Był starszy ode mnie o 8 lat. Jego rodzice mieszkali na Filtrowej 73, a moje wujostwo, gdzie często bywaliśmy i spędzaliśmy wakacje, pod numerem 27. Byłam szczęśliwa, że wchodzę do rodziny Ryszarda, dużej rodziny. Jestem jedynaczką, a on miał dwóch braci i siostrę. Lubiłam gwar ich domu. Bywało w nim co niemiara młodych lotników, bo szwagier uczył się w szkole lotniczej w Dęblinie.

Zamieszkaliśmy w Nowym Dworze Mazowieckim. Tu mieścił się batalion elektrotechniczny, jednostka Ryszarda. Potem, 15 marca 1939 r., został odkomenderowany do Wyższej Szkoły Wojskowej i od 1 września mieliśmy przenieść się do Warszawy. Wynajęliśmy mieszkanie na ul. Dantyszka, ale nigdy tam nie zamieszkałam.

30 sierpnia 1939 r. odprowadziłam męża na Dworzec Gdański. Miał przydział do Armii "Łódź". Przyszła jeszcze na Filtrową kartka, że pozdrawia i że przyśle pensję. Potem długo czekałam. Do końca grudnia 1939 r. nie było żadnych wiadomości. Mieszkałam na Filtrowej 27 razem z rodzicami i wujostwem. W końcu grudnia dostałam kartkę. Że jest zdrowy i żyje. Pisał z Kozielska. Wszyscy się cieszyli z tego listu. Ale czułam, że go więcej nie zobaczę. Takie złe przeczucia. Sprawdziły się.

Jak się dowiedziałam? Dokładnie pamiętam: skrzyżowanie ulic Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich. Dla mnie to miejsce symboliczne. Przystanek tramwaju nr 6, który jechał na Filtrową. Stała tam "szczekaczka", przez którą Niemcy donosili o znalezieniu masowych grobów pod Smoleńskiem, i że będą drukowane listy ofiar. Wracałam z pracy i poczułam przerażenie.

Codzienne biegaliśmy do kiosku po gazetę. I był. Za dzień jego śmierci przyjęłam symbolicznie 3 kwietnia, imieniny Ryszarda. Po latach okazało się, że rozkaz rozstrzelania wydano 2 kwietnia, więc może naprawdę zginął trzeciego.

Potem był tragiczny 11 sierpnia 1944 r. Powstańcy stracili Ochotę. Zaczął się mój eksodus. Opuściłam dom na Filtrowej wraz z rodziną. Szliśmy: ojciec, matka, ja, ciotka, a nasz ukochany spaniel Smyk biegł za nami, dopóki mógł. Po dwóch dniach marszu znaleźliśmy się w hangarze w Pruszkowie. Pamiętam świt 13 sierpnia. Słońce wstaje, a ja uświadamiam sobie, że to urodziny moje i ojca. W ten dzień nas rozdzielili. Pożegnałam ojca, drugą miłość mojego życia. Alle raus! Wagony stały po obu stronach, mężczyźni jechali oddzielnie. Nie wiem, gdzie tata leży. Wiem tylko, że zginął w Oranienburgu. Los okazał się dla mnie i matki łaskawy. Przeżyłyśmy obóz w Ravensbrück. Za to dla ciotki był okrutny. Zginęła w komorze gazowej.

Potem wróciłyśmy z matką do niczego. Warszawy nie było. Z rodziny męża zginął jeszcze brat-lotnik i matka. Teściową aresztowało gestapo i zginęła w 1943 r. w Oświęcimiu. Po wojnie nie miałam kontaktu nawet z tymi, co ocaleli. Zostali za granicą. Kurtyna zapadła. Przez 20 lat mieszkałyśmy kątem u dawnej gosposi. Od 1965 r. byłyśmy z mamą szczęśliwe, bo dostałam jednopokojowe mieszkanie. Przez te lata musiałam oficjalnie podawać, że mąż zaginął w działaniach wojennych w 1939 r. Pilnowałam się, żeby nie mówić prawdy. Absolutnie nie mogłam o nim wspominać ani opowiadać. Milczenie było trudne, bo prawda we mnie krzyczała. A czasy były takie, że nawet popłakać się nie było można. Żyłam więc jakby obok. Z zakneblowanymi ustami.

Nie wyszłam po raz drugi za mąż. Nikt mi się już potem nie podobał. Ciągle porównywałam. Ryszard to miłość jedyna w moim życiu. I tak powojenne lata wypełniała mi pamięć o bliskich zmarłych i opieka nad matką. Chorowała po obozie: miała niegojące się rany na nogach. Przez 6 lat nie wstawała z łóżka.

Nadzieja przyszła w 1989 r. Zadzwoniła do mnie Bożena Łojek i powiedziała, że jest możliwość wyjazdu do Katynia. Pojechaliśmy 2 października 1989 r. Autobusem. Było nas 40 osób. Miejsce zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Nie było grobów. Był las. Mam w pamięci łóżko polowe, na którym ks. Waldemar Chrostowski odprawił mszę. Patrzyłam wokoło, gdzie też może leżeć mąż. Wszędzie. Spojrzałam w niebo i na wierzchołki drzew. Kołysały się i szumiały. Wtedy pewnie tak samo.

W Katyniu byłam jeszcze dwa razy. Już oficjalnie, samolotem. 28 lipca 2000 r. [otwarcie polskiego cmentarza] jest dla mnie dniem pogrzebu mojego męża. Prawdziwego pogrzebu. My, rodziny katyńskie, byliśmy ubrani na czarno. Zadzwonił dzwon, płakaliśmy. Odczułam wtedy, że mój mąż jest w końcu pochowany nie tylko symbolicznie, ale naprawdę.

Po 1990 r. odżyłam. Pojechałam do Nowego Dworu Mazowieckiego i żywe stały się też moje wspomnienia. Szczęśliwe lata małżeństwa. Miasto już inne, ale XVII-wieczny kościół jest taki, jak go pamiętałam. Ale co z pamięcią o jednostce? Batalion męża nie był liczny, jednak aż 25 oficerów zginęło na Wschodzie. Trafili do obozu w Charkowie. Dziewięciu z nich znałam osobiście. Zaczęłam działać. Dziś na tablicy w kościele można przeczytać ich nazwiska. W kwietniu Nowy Dwór obchodzi rocznicę Katynia. Jest młodzież, przedstawienie, burmistrz... Jest i izba pamięci, a w niej fotografie. Na koszarach wmurowano tablicę. Włączyli się ludzie dobrej woli, w tym ludzie w mundurach i udało się. Pamięć musi przetrwać, żeby była ciągłość tradycji.

Kiedy tam teraz jadę, do Nowego Dworu, na kolejne obchody, jestem szczęśliwa. Tu kapitan Ryszard Kalpas był adiutantem dowódcy. Tu jestem na powrót żoną polskiego oficera. Gdy wciągali na maszt flagę i padły strzały, płakałam jak głupia. Na ul. Wałbrzyskiej w Warszawie posadzono dąb, symbol pamięci. Jest tam nazwisko i stopień męża. Nie wiem, czy się przyjął. Dobrze, że sadzą takie drzewa.

Uważam, że mam dług, bo przez cztery lata małżeństwa nie dałam memu mężowi niczego poważnego. Byłam młoda, niedojrzała. Teraz mam nadzieję, że jest ze mnie zadowolony.

A porozumienie z Rosją? To temat trudny i wydaje mi się ono mało osiągalne. Jednak trzeba drążyć tę sprawę. Mam wątpliwości, czy druga strona będzie fair. Pozostaje nam walczyć, żeby coś zostało w pamięci.

wysłuchała Kinga Hałacińska

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]