Reklama

Intymne zauroczenie

Intymne zauroczenie

09.03.2010
Czyta się kilka minut
Monumentalna, ponad 950-stronicowa książka to tysiące nazwisk, wydarzeń i tytułów przywołujących czasy, kiedy kino rozmawiało z nami przede wszystkim obrazem. Słowa były zbędne.
P

Pamiętam pierwsze edycje organizowanego w Krakowie Festiwalu Filmu Niemego. To, co dzisiaj wydaje się normą (każde szanujące się kino art-house’owe co jakiś czas prezentuje arcydzieła filmu niemego), dla studentów pierwszego roku filmoznawstwa było wówczas sensacyjnym odkryciem. Dostęp do płyt DVD był więcej niż ograniczony, VHS-y ograniczały się do bieżącego repertuaru, popularne telewizyjne cykle - "W starym kinie" lub "Perły z lamusa" - zniknęły z ramówki. Kino nieme milczało.

Może właśnie dlatego tamte spotkania tak wyraźnie zapisały się we wspomnieniu. Dawały poczucie odkrywania nieznanych przestrzeni. Największe wrażenie zrobiły na mnie tytuły, które niekoniecznie mieszczą się w żelaznym kanonie arcydzieł: "Wicher" Victora Sjöströma z 1928 roku, niespełnione arcydzieło Eisensteina - "?Que viva Mexico!" z 1932 roku.

Podejrzewam zresztą, że fenomen pomników niemego kina jest w dużym stopniu wmówieniem. Kiedyś po prostu usankcjonowano kanon tytułów z tego okresu, obdarzając je rangą arcydzieł.

Czytając "Kino nieme", monografię o charakterze podręcznika uniwersyteckiego, niejeden raz miałem ochotę przekłuć balon historycznofilmowego samozadowolenia. Filmoznawstwo podlega licznym prawidłom krytycznym. Autorzy "Kina niemego" są uznanymi specjalistami w swoich dziedzinach, a jednak przy użyciu podobnych parametrów analitycznych, a nawet analogicznych sformułowań, można by dodać wybitności dziełom, które w ogóle nie znalazły się w podręczniku. Wiem, podręcznik nie powinien służyć rewolucyjnym reinterpretacjom, jego autorzy słusznie wykazali się powściągliwością, niemniej krytyk ma prawo do nieprawomyślnych spostrzeżeń...

Uświadomiłem sobie, że cała historia kina polega w istocie na wielkim złudzeniu wspólnoty. Mówimy cudzym tekstem. Zachwycamy się tym, co dyktuje nam kulturowa wykładnia. Ale lustrem zakochanej liczby mnogiej powinien być jednak afekt prywatny. Intymne zauroczenie, które bywa definiowane na własny użytek, ale rzadko się je prezentuje na zewnątrz. Griffith, Chaplin, Keaton, Vigo - byli wielcy. Polemika z tą tezą byłaby jałowym gestem kabotyna. Cóż z tego, kiedy pamiętamy (także) coś innego. Spinkę we włosach Lillian Gish, zmysłowy tembr Marleny w bardzo słabym hollywoodzkim filmie albo ponurą, fascynującą sylwetkę Joe Wilsona (Spencera Tracy) w "Jestem niewinny" (1936) Fritza Langa. Kino nieme, kino dźwiękowe: moje kino. Ma tysiące kolorów.

Henri Bergson, pisząc o "wybiegu" kinematograficznym, porównywał ten mechanizm z "poznaniem". Fotograficzna pamięć zapamiętuje detale, które następnie rekonstruuje i przetwarza. Roz-poznaje. Czytając o filmowych pierwocinach, poznajemy teraźniejszość. Można nostalgicznie ponarzekać, że wszystko, co dobre lub ciekawe, definitywnie się skończyło. Nie jestem pewien. Rzeczywiście, wygląda na to, że kino najlepsze lata ma za sobą. Ostatnie dekady to albo repetycje z przeszłości, albo daleko posunięta innowacyjność technologiczna (ale nie intelektualna). Byłbym jednak jak najdalszy od kasandrycznych lamentów.

Są sfery oddziaływania kultury, na które mamy bezpośredni wpływ, oraz takie, których przyszłości niepodobna przewidzieć. Krystian Lupa, zapytany przeze mnie, dlaczego w pewnym momencie przestał w teatrze podążać szlakiem, który przyniósł mu największe splendory, i skończył z kongenialnymi adaptacjami Brocha, Bernharda czy Musila, odpowiedział, że groteskowe podążanie za modą jest w tym samym stopniu toksyczne, co próba odcinania kuponów od tego, co dokładnie spenetrowaliśmy.

Czas nie stoi w miejscu. Niektóre zmiany są widoczne, inne pozostają mało uchwytne. Wystarczy zobaczyć pierwszy z brzegu film, który powstał w latach 70. ubiegłego wieku, żeby ze zdumieniem odkryć, że ludzie na ulicach - Moskwy, Wenecji czy Otwocka - poruszali się zupełnie inaczej niż dzisiaj. Właściwie nikt tego nie zauważył. Skoro jednak poruszamy się w innym tempie, zmienia się nasz język, o kontekście historycznym nie wspominając, trudno liczyć na to, że w sferze filmu wszystko się zatrzyma: Fellini nadal będzie rywalizował z Antonionim, a Tarkowski odprawiał swoje mistyczne "Ofiarowania"... Kino żyje i ma się całkiem dobrze. Dla jednych przeżyciem będzie "Avatar" (2009) Camerona, dla innych "Dzikie trzciny" (1994) Téchiné. W okresie kina niemego było podobnie. Burleska, bengalskie tygrysy, Fantomas i "Męczeństwo Joanny d’Arc" (1928) Dreyera. Wielka sztuka i monstrualny kicz.

Tadeusz Lubelski, redaktor naukowy (obok Iwony Sowińskiej i Rafała Syski) "Kina niemego", pisze we wstępie, że pomysł na książkę narodził się z pedagogicznej bezradności. Prowadząc zajęcia z historii kina światowego zdał sobie sprawę, że nie ma w Polsce kompetentnego podręcznika, który sumarycznie ujmowałby całą historię kina, wykorzystując nieznane wcześniej źródła przekazu (internet) i najnowsze wskazania metodologiczne, a jednocześnie byłby pozbawiony ideologicznego kontekstu w ocenie poszczególnych dzieł. Wielokrotnie wznawiana jednotomowa "Historia filmu" Jerzego Płażewskiego ma charakter popularny i przyczynkarski, sześciotomowa "Historia sztuki filmowej" Jerzego Toeplitza doprowadzona została jedynie do 1953 roku, poza tym powstała w czasach, kiedy dostępność do filmowych źródeł była znacząco ograniczona.

Dzisiaj zdobycie konkretnych tytułów - w sposób legalny lub nie - jest o wiele łatwiejsze. Lubelski pisze wręcz, że każdy student filmoznawstwa ma komplet wymaganych materiałów w prywatnej filmotece. Do pełni szczęścia brakowało zatem tylko dobrego podręcznika. Krakowscy filmoznawcy, wspomagani przez zaproszonych gości z innych ośrodków, podjęli wyzwanie. W ciągu najbliższych pięciu lat ma zostać wydana czterotomowa "Historia kina", obejmującą okres od kina niemego (tom pierwszy), poprzez epokę "klasyczną" (tom drugi), kino nowofalowe (tom trzeci), po szeroko rozumianą współczesność (tom czwarty).

Tom pierwszy wyznacza rangę całego przedsięwzięcia. W czternastu rozdziałach poznajemy szczegółową genezę rozmaitych zjawisk, ale także twórczość najciekawszych reżyserów i ich wpływ na przyszłość X Muzy. To długa podróż, chociaż rejestruje zaledwie trzydzieści pierwszych lat dziejów kina. Na jej szlaku spotykają się awangarda i francuski impresjonizm, narodziny westernu i Rudolf Valentino, początki kina chińskiego i dzieje rosyjskiego kina przedrewolucyjnego.

"Kino nieme" chce być solidnym uniwersyteckim kompendium. Zaczyna się więc jak należy: od prehistorii, następnie mamy szkice poświęcone pierwszym reżyserom: braciom Lumi?re (Tadeusz Lubelski odkrycie kinematografu przypisuje jedynie Louisowi), Georges’owi Méli?sowi i Davidowi Wark Griffithowi. Także szkice poświęcone filmowej burlesce, awangardzie (surrealizm) czy pierwszym filmom dokumentalnym. Osobno omówione zostały kinematografie francuska, amerykańska, rosyjska (radziecka) i niemiecka, nieco skromniej angielska (szkoła z Brighton), włoska (historyczne kolubryny) czy skandynawska (szkoła szwedzka), a w finałowym rozdziale po kilka stron poświęcono pierwszym filmom zrealizowanym m.in. w Indiach, Turcji, Japonii czy w Polsce. Znakomitym pomysłem było umieszczenie pod każdym z tekstów szczegółowego kalendarium oraz zestawu sugerowanych lektur uzupełniających - zarówno polskich, jak i obcojęzycznych.

W tak obfitym materiale znalazły się tysiące faktów i setki nieznanych anegdot. Eisenstein reżyserując najsłynniejszą w dziejach kina scenę - masakry na schodach odeskich w "Pancerniku Potiomkinie" - wpadł na genialny, jak miało się okazać, pomysł rozbicia sekwencji na drobne epizody, dzięki którym osiągnął spójność i krystaliczną precyzję. W rozdziale o "Złotym wieku burleski" czytamy o bardzo smutnym kresie "złotych" pięciu minut Bustera Keatona, a w tekście o "niemym kinie dokumentalnym" pojawia się postać Jeana Vigo, niezwykłego autora, który "próbował odkryć prawdę ukrytą za maskami i rolami społecznymi".

Rafał Syska, pisząc o narodzinach westernu, zwraca uwagę na fakt, że kino gatunkowe u swoich założeń "symulowało świat, który w istocie nie istniał i nie mógł istnieć, a można go było zaakceptować jedynie wówczas, gdy przejmowano konwencje i aprobowano mitologię". Łukasz A. Plesnar, autor rozdziału "Hollywood: epoka jazzu", dowcipnie sugeruje, że Pola Negri była nie tylko wielką gwiazdą, ale także jedną z pierwszych "celebrytek" w Hollywood: "wprowadziła modę na malowanie paznokci, wymyśliła zimowe botki na wysokich obcasach, a także specjalne suknie do samolotowych podróży". Z kolei Maksym Gorki po pierwszej wizycie w kinie, w listopadzie 1896 roku, notował: "Czujecie, że kropelki wody was pochlapią, macie więc ochotę odsunąć się". Czy nie podobne wrażenie mieliśmy sto lat później, oglądając po raz pierwszy film w technologii trójwymiarowej?

Tom pierwszy "Historii kina" jest co najmniej udany. Problemem tego typu wydawnictw jest zawsze selekcja. Niektóre zjawiska, prądy i nazwiska potraktowano szczegółowo, inne zaledwie pretekstowo. Pomimo deklarowanej we wstępie różnorodności temperamentów piszących, w trakcie lektury odnosiłem wrażenie, że prowadzenie narracji historycznofilmowej jest zajęciem żmudnym i nieefektownym. Prawie wszystkie teksty sprawiają wrażenie zbiorowego, solennego zapisu encyklopedycznego. Chwalebny wyjątek stanowi wspaniały szkic Joanny Wojnickiej o "Kinie Rosji carskiej i Związku Sowieckiego" oraz esej Michała Oleszczyka poświęcony Davidowi Wark Griffithowi - napisany przez filmoznawcę o temperamencie wrażliwego krytyka. Jednocześnie osobisty i perfekcyjny merytorycznie.

***

Hugo von Hofmannsthal, przyglądający się z czułością początkom kina, pisał w "Księdze przyjaciół": "To, czego ludzie szukają w kinie, to namiastka snów. Pragną nasycić swoją wyobraźnię obrazami, jaskrawymi obrazami, w których skupia się najistotniejsza treść życia, które tworzą się w głębi duszy widza i zarazem budzą jego najżywsze doznania. Życie bowiem jest im winne takie obrazy". Patrząc po ponad stu latach na wypełnione po brzegi sale kinowe, żywiołowe reakcje widzów, temperaturę internetowych forów, wbrew opiniom malkontentów jestem spokojny o przyszłość kina. Będzie inaczej, będzie dobrze. Sen trwa.

Historia kina. Tom 1 - Kino nieme Redakcja: Tadeusz Lubelski, Iwona Sowińska, Rafał Syska. Kraków 2009, Wydawnictwo Universitas

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]