Reklama

Hegemon kontra lewica

Hegemon kontra lewica

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
06.05.2021
Czyta się kilka minut
Dziwią was ataki środowisk liberalnych na lewicę po tym, jak ośmieliła się poprzeć PiS w sprawie unijnego Funduszu Odbudowy? W historii III RP to przecież nic nowego.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
M

Można nawet powiedzieć, że przywoływanie lewicy do porządku przez liberalnego hegemona polskiego życia publicznego jest stałym schematem minionego trzydziestolecia. A fakt, że lewica (w różnych swoich odsłonach) zwykle się pod tą presją łamała i wracała karnie do szeregu, jest być może głównym powodem, dla którego od lat lewa strona polskiej polityki jest niezdolna do bicia się o pełną polityczną stawkę. A nie tylko o przekroczenie wyborczego progu.

Jak budowano lewicę

Przypomnijmy, że mieliśmy w III RP pod budowę politycznej lewicy trzy podejścia. Każde z nich wychodziło trochę z innego źródła.

Zacznijmy od tzw. lewicy postsolidarnościowej. Tu chronologicznie najstarszym zjawiskiem był założona (a ściślej mówiąc „reaktywowana”) w 1987 roku Polska Partia Socjalistyczna. Tamten PPS kojarzony jest oczywiście z inteligenckim opozycjonistą i twórcą KOR-u Janem Józefem Lipskim (do spadku po nim przyznają się i Adam Michnik, i Jarosław Kaczyński). Faktycznie ów PPS był wymyślony i robiony przez dużo od Lipskiego młodszych działaczy, wtedy trzydziestolatków: Piotra Ikonowicza, Grzegorza Ilkę czy Cezarego Miżejewskiego. Pomysł skrojony był pod nowe czasy, które nastaną po załamaniu się w Polsce politycznego monopolu PZPR. PPS-owcy zdawali sobie sprawę, że wewnątrz Solidarności jest wiele różnych nurtów ideowych. W tym także dominujący już wtedy nurt wolnorynkowo-liberalny, który będzie gotów machnąć ręką na państwo dobrobytu, równość i prawa pracownicze w imię oddawania klasom średniej i wyższej tłamszonej za komuny „wolności obywatelskiej”. 

Dwa lata później – po wyborach 1989 roku – dokładnie tą samą drogą chciało pójść środowisko solidarnościowych parlamentarzystów skupione wokół Karola Modzelewskiego i Ryszarda Bugaja. Ich chrztem bojowym był oczywiście plan Balcerowicza, który stał się spełnieniem wszystkiego tego, przed czym przestrzegali PPS-owcy już w 1987 roku. Najpierw więc Modzelewski z Bugajem stworzyli parlamentarną Grupę Obrony Interesu Pracowniczego (GOIP) wewnątrz OKP (tak nazywał się klub parlamentarny Solidarności w sejmie kontraktowym). Gdy ta próba się nie powiodła, powołali Solidarność Pracy i wreszcie Unię Pracę. Unia walczyła o niezależność najdłużej, bo do drugiej połowy lat 90. 

Formalnie rzecz biorąc, zarówno PPS, jak i UP rozpuściły się w brzuchu wielkiego lewicowego Behemota, jakim stawał się wówczas SLD  – o którym za chwilę. Dla zrozumienia dynamiki tego procesu warto jednak zauważyć, że pociski, od których padła „lewica postsolidarnościowa”, pochodziły od swoich. To był autentyczny friendly fire właśnie ze strony obozu postsolidarnościowego. A konkretnie od tej jego części, która stała się protoplastą dzisiejszych formacji liberalnych. Gdy się rozmawia z ludźmi tamtej „niekomunistycznej lewicy”, to słychać wyraźnie, że za swój upadek obwiniają właśnie środowisko „Gazety Wyborczej” oraz jej polityczne ramię, czyli Unię Demokratyczną, a potem Unię Wolności. 


Polecamy: WOŚ SIĘ JEŻY – autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Dlaczego liberałowie zniszczyli postsolidarnościową lewicę? To proste: bo była dla nich konkurencją. Tak w walce o wyborców, jak i o (niebagatelne wtedy) zasoby i poparcie ze strony lewicowych organizacji z Zachodu. Liberałowie z Solidarności nie mieli najmniejszej ochoty być jedną z sił walczących o władzę w ramach nowego systemu. Oni chcieli być systemem. Arbitrem, który tworzy reguły gry obowiązujące innych. Ci, co stali na drodze do tego celu (czyli właśnie hegemonii), musieli zostać usunięci. Warto zauważyć, że dokładnie ten sam mechanizm został wówczas przez liberałów zastosowany wobec innych niechcących się podporządkować hegemonii Michnika, Geremka czy Kuronia. To znaczy wobec przyszłej „prawicy” spod znaku Jana Olszewskiego albo Jarosława Kaczyńskiego. Dziś to już oczywiście polityczna prehistoria. Warto jednak spojrzeć na modus operandi eliminacji politycznych konkurentów, bo on się w swej istocie nie zmienił. Polegał on na przedstawieniu oponenta nie jako „rywala” (z którym raz się przegrywa, a innym razem wygrywa), lecz obsadzeniu go w roli potwora (któremu nie wolno pozwolić wygrać). Zgodnie z tą logiką silna lewica była więc „zagrożeniem dla reform rynkowych Leszka Balcerowicza” (które z definicji były dobre i słuszne, a każde powątpiewanie w jej cudowność karano z całą surowością). Na tej samej zasadzie prawica Olszewskiego czy Kaczyńskiego została ogłoszona groźnym ożywianiem „endeckich demonów przeszłości”. Z lewicą postsolidarnościową liberałowie poradzili sobie wcześniej niż z prawicą (z którą nie mogą się uporać do dziś), skazując niedobitki UP czy PPS albo na zasilenie szeregów SLD, albo na pójście na prawicę. 

Podejście drugie

Kolejne podejście pod lewicę w III RP to projekt polityczny postkomunistów, czyli właśnie SLD. To był – jak dotąd – dla liberałów największy lewicowy konkurent. Postkomuniści byli w początkach III RP silni nie tylko poparciem wyborców (ono przyszło dopiero później, pod wpływem społecznych skutków neoliberalnej transformacji), ale przede wszystkim zasobami finansowymi i organizacyjnymi. Skoro więc liberalny hegemon nie mógł SLD tak po prostu pokonać, to dużo skuteczniejsza okazała się strategia „zbliżenia”. W ten sposób przez całe lata 90. obserwowaliśmy proces zmiany stosunku do znienawidzonych przywódców PRL z lat 80. (Jaruzelski, Kiszczak) oraz otwarcie antylustracyjny kurs. To zbliżenie było oczywiście na rękę przywódcom SLD, którym bardzo imponowało symboliczne rozgrzeszenie oferowane im przez takich bohaterów podziemia jak Adam Michnik czy solidarnościowych intelektualistów w stylu Geremka. Jednocześnie SLD coś jednak traciło. Tą ceną było przechodzenie na pozycje liberalne w kwestiach gospodarczych i przejmowanie perspektywy zwycięzców polskiej transformacji. Gdy w SLD zaczęli się orientować, że to nie oni rozdają karty w tym układzie, było już za późno. Porażka w wyborach roku 2005 była definitywnym końcem SLD jako politycznego gracza wagi ciężkiej.

Plan się chwieje 

Tak zaczęła się trwająca do dziś lewicowa posucha. Oczywiście nawet na tak nieurodzajnej glebie pojawiły się nowe próby ożywienia lewicy. Robione już przez ludzi – takich jak Adrian Zandberg czy Robert Biedroń – których polityczna socjalizacja nastąpiła po roku 1989. Dla tej lewicy liberalny hegemon przygotował nowy mechanizm neutralizacji. Polega on na tym, że współczesna lewica ma skupić się wyłącznie na tzw. sprawach światopoglądowych. To znaczy spalać się w świętych wojnach z prawicą: o małżeństwa jednopłciowe, o aborcję, o żeńskie końcówki, o to, ile jest płci, o religię w szkołach etc. Nie przeczę, że dla wielu są to sprawy ważne. Zagrzebanie się w nich po uszy ma jednak sprawić, by lewica nie zajmowała się fundamentalnymi kwestiami podziału bogactwa narodowego między różne klasy społeczne. Albo utraciła większość przyczółków w społeczeństwie potrzebnych do realizacji tego wyzwania w ramach demokratycznej gry sił. To zadanie ma zostawić swoim „starszym i bardzie doświadczonym braciom”. Czyli właśnie liberałom.

Dlatego tak bardzo przeraża dziś środowiska liberalne, gdy lewica rozmawia z PiS-em. Oznacza to bowiem, że cały plan neutralizacji chwieje się w posadach. Hegemon pierwszy raz od dawna boi się, że przestanie być hegemonem. A dla środowisk do swojej hegemonii nawykłych i od niej wręcz uzależnionych to byłby przecież prawdziwy koniec świata.


CZYTAJ TAKŻE

ARTYKUŁ KAROLINY LEWICKIEJ: Zanim na jesieni zdąży zrobić kolejny krok ku zjednoczeniu, parlamentarna lewica może ulec jeszcze większemu rozbiciu. To dlatego zdecydowała się pomóc PiS-owi >>>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]