Reklama

Gotowość do przemiany

Gotowość do przemiany

09.03.2010
Czyta się kilka minut
Ludmiła Pietruszewska była dotąd znana polskim czytelnikom jako autorka drobnych utworów prozatorskich (choćby takich jak "Dzikie bajki o zwierzętach", "Nowi Robinsonowie" i "Kronika końca XX wieku") oraz dramatów ("W kółko to samo", "Nasz skład").
O

Ostatnio została przetłumaczona na język polski jej powieść "Numer Jeden albo w ogrodach innych wariantów". Jest to wyrazista, mocna książka. Diagnozy, jakie stawia teraźniejszości, niepokoją i nieprzyjemnie poruszają. Poznawanie świata przedstawionego przez Pietruszewską nie polepsza nastroju, nie przynosi nadziei. Dlaczego w takim razie powinno się czytać "Numer Jeden"? Powodów jest kilka.

To imponujące świadectwo nieustannego rozwoju doświadczonej pisarki, która poszukuje nowych języków wyrazu. Pietruszewska wciąż podejmuje eksperymenty formalne. Opór, jaki wyczuwać może czytelnik "Numeru Jeden", nie blokuje poznawania świata przejmująco bliskiej Rosji, ale uruchamia szereg refleksji dotyczących kondycji czytającego. Ten pozornie fragmentaryczny fresk współczesny jest wezwaniem do szukania odpowiedzi na prywatne pytania. Jeśli czytelnik zdecyduje się na wędrówkę z bezimiennym głównym bohaterem (określanym jako "Numer Jeden"), zdecyduje się tym samym na podróż do źródeł opowiadania.

Pietruszewska, pokazując kilka wersji życiorysu Numeru Jeden, zdaje się odświeżać przykurzony już, tak wiele razy wskazywany, narracyjny charakter tożsamości. Co w tym nowego? Pietruszewska w nowych wariantach historii Numeru Jeden gra z marzeniami o możliwości zdobycia szansy na kolejne życie, seryjną nieśmiertelność, która w cyberczasach przybiera kształt jednocześnie atrakcyjny i groźny.

Powieść Pietruszewskiej to nie tylko przestroga przed arogancją rozumu. Margines, którego nie obejmuje racjonalność, okazuje się zbyt szeroki. Alternatywna rzeczywistość, w której funkcjonują prymitywne plemiona Enttich i Czuczunów, nie oznacza tylko niskiego stopnia uprzemysłowienia tamtej części świata.

Pietruszewska poświęca sporo miejsca niebezpiecznym praktykom wchodzenia w trans. Prymityw Północy zestawiony z prymitywem centrum kraju głęboko porusza. Świat "Numeru Jeden" jest pourazowy, zamieszkują go nałogowcy, narkomani i alkoholicy. Tytułowy bohater występuje przeciw światu pozbawionemu świętości i wywołuje szereg tragicznych zdarzeń. Gra, którą toczy, to gra nie tylko w opowiadanie, które ma mu nadać tożsamość i ocalić. Numer Jeden gra o świętość w świecie pozbawionym świętości. Okazuje się jednak, że - błądzi. Ogrom możliwości, który miał być jego sprzymierzeńcem, staje się jego wrogiem.

Pietruszewska nie jest konserwatystką. Porządek, do którego zdaje się przywoływać czytelnika, wymaga wypracowania stałej dyspozycji do przemiany. "Numer Jeden" nie jest przyzwoleniem dla postawy ucieczkowej, której może służyć wielowariantowość i bezimienność. U Pietruszewskiej trudno znaleźć jednoznaczny komentarz, ale owa wielowydaniowość i wieloimienność (tak można czytać bezimienność głównego bohatera) zdaje się mieć wymiar pozytywny. Nieustanne podważanie "ja" i ciągłe podejmowanie "opowiadania siebie od nowa" wydaje się korzystne w świecie, w którym nie sposób porozumieć się inaczej jak przez pożarcie i wchodzenie w skórę drugiej osoby. Miej świadomość

"Po Auschwitz poezja przestała być już możliwa". Gustavo Nielsen za motto swojej powieści przyjął to słynne zdanie Theodora Adorno. W kontekście "Auschwitz", książki, która wymyka się jednoznacznym określeniom (thriller fantastyczny? horror paranoidalny?), brzmi ono jak prowokacja.

Czytelnik, który zdecyduje się podjąć wyzwanie Nielsena, ma szansę przedefiniować znaczenie "realizmu magicznego" (książka ukazała się w serii "postm@condo", która prezentuje dokonania nowego pokolenia twórców iberoamerykańskich, takich jak Edmundo Paz Soldán, Jaime Bayly, Rodrigo Fresán czy Alberto Fuguet). "Auschwitz", mimo pozornej "niepowagi" (a może dzięki niej), wskazuje, że Holokaust nie minął, gdyż wcale nie był zdarzeniem historycznym.

Świat "Auschwitz" jest światem, w którym zagłada trwa. Doświadczenie dyktatur nie rozwiewa się wraz z przywróceniem praktyk demokratycznych. Nielsen przypomina nie tylko czasy junty, ale sięga głębiej, jak Ariel Dorfman w "Niani i górze lodowej". Rasistowskie praktyki, rozłożona na dziesięcio- i stulecia eksterminacja plemion Indian południowoamerykańskich nie należą do przeszłości, ale są częścią teraźniejszości. Nielsen balansuje na granicy realizmu i fantastyki, ze świata przez niego przedstawianego wieje grozą. Groza ta nie wynika z wyjątkowości przemocy, którą stosuje główny bohater "Auschwitz", Alberto. Groza wynika z jej zwyczajności. Berto nie wzdraga się przed zastosowaniem tortur wobec uprowadzonego dziecka. Jedyne, czym się kłopocze, to zdobycie narzędzia, dzięki któremu skuteczniej zada ból.

Jednak Nielsen tak buduje postać Berta, by wzbudzał sympatię. Jest mężczyzną, który ma zadanie do wykonania. Natyka się na kilka przeszkód. Czytelnik może nawet mu kibicować, by umknął przed wymiarem sprawiedliwości, by szczęśliwie zdołał ukryć ciało zgwałconego, zamordowanego i spalonego chłopca, a potem żył długo i spokojnie. Ale to tylko naskórek przygód Alberta.

Nielsen bierze pod lupę maczyzm. Widać w "Auschwitz" zamazywanie lęku przed nieczystością. Berto pacyfikuje kolejne kobiety-Żydówki, jest specjalistą w polowaniu na uosobienia inności rozumianej jak nieczystość. Spotkanie z Rosaną Auschwitz to największe wyzwanie życiowe Alberta. System, który stosował do tej pory, zawiódł. Szaleństwo nienawiści, które nim kierowało, nakazało mu uwierzyć, że Rosana Auschwitz jest jego wrogiem. Berto wojuje ze światem takich jak Rosana. Przyświeca mu idea eliminowania słabych, ułomnych. Nielsen napina linki fabularne między czystością a brudem i robi to tak, by unurzać swojego bohatera w bagnie, które ten stara się wyeliminować. Gdyby zapytać, o czym jest ta powieść, to właśnie temat oczyszczenia wysuwa się na pierwszy plan. "Auschwitz" z zacięciem grzebie w śmietniku, przedstawia portrety ludzi-odpadków, kataloguje odmieńców, którzy jakby czekają w kolejce na stracenie. Berto ma obsesję czystości i kontroli - paranoja, w której władaniu się znajduje, nakazuje mu wierzyć, że stał się ofiarą pozaziemskiego spisku.

Zło, którego się dopuszcza, ma usprawiedliwienie w wyższej konieczności. Wyeliminowanie obcych (w powieści pojawiają się kosmici) zaczyna przybierać kształty misji, Berto zaś staje się wojownikiem ocalającym przyszłość Ziemian. Chłopiec, którego bierze za syna kochanki, swoją odmiennością i wycofaniem prowokuje przemoc - tak tłumaczy się Berto. Nielsen ogląda kata i ofiarę, dobrodusznie pozwala katu przedstawić swoje racje. Kto tu zwariował? W sklepie ze sprzętem AGD Berto spotkał mężczyznę, który życzliwie doradza, jak domowym sposobem skonstruować narzędzie tortur.

W tym wydaniu banalność przemocy jest oszałamiająca. "Auschwitz" zalewa czytelnika ohydą, ale na tym nie kończy.

Zmusza do przyjrzenia się oswojonej przemocy, tak by zobaczyć nienormalność tego oswojenia. Ofiary same się proszą, by zrobić im krzywdę. "Auschwitz" jest książką dla dorosłych czytelników. Informacja na ostatniej stronie okładki nie jest tylko zabiegiem marketingowym stosowanym przez producentów płyt. To książka dla czytelników na tyle dorosłych, by mieli odwagę skonfrontować się z horrorem i nie przytaknąć mu. Co się z nami stało? - pyta Nielsen. Przeżyliśmy, mamy czyste ręce, zadbane zęby, pogodne twarze. Ale to nie wystarczy. Zagłada trwa, a pod dobrze skrojonymi ubraniami czają się bestie.

Portret w ramach historii

Irena Krzywicka, autorka wznowionej dwa lata temu słynnej "Pierwszej krwi" czy wyraźnej krytyki tak zwanego "kobiecego stylu" zawartej w "Jazgocie kobiecym", pamiętana jest jako gorszycielka.

Być może ta zła (choć atrakcyjna) sława ma się tak dobrze dlatego, że więcej Krzywickiej w anegdocie niż w lekturze, więcej się o niej mówi, niż się ją czyta. Wydana ostatnio książka, zbiór jej esejów biograficznych "Wielcy i niewielcy", ma szansę zmienić ten wizerunek. Spomiędzy portretów "wielkich-niewielkich" postaci przełomu XIX i XX wieku wyłania się bowiem taki obraz autorki, który z "gorszycielką" niewiele ma wspólnego.

To naprawdę ciekawa książka, bardzo osobista, bardzo prywatna. Należy uczynić to zastrzeżenie, by odkryć zalety takiego pisania. Książka Krzywickiej broni prawdy jednostkowej, podważając prawdziwość doświadczenia powszechnego. Autorka nie ukrywa jakiej strategii używa. Opowiadając o "wielkich-niewielkich", odmierza etapy swojego życia. Każdy z tekstów daje świadectwo spotkania; każdy portret jest zmysłowy, oddaje inne uczucia, jakby tylko tyle można było po spotkaniu powiedzieć - co się czuło, myślało, zrozumiało.

Portrety "wielkich-niewielkich" najwyraźniej portretują samą Krzywicką. Jej pamięć jest rodzajem czułej kliszy i to ona, wrażliwość pisarki, gra tutaj główną rolę. A ci "wielcy-niewielcy" to postacie nietuzinkowe, ideowcy i praktycy komunizmu, socjalizmu; tłumacze, pisarze, poeci, działacze społeczni - Krzywicka dba, żeby pokazać tych zapaleńców z najlepszej, żarliwej strony. Jeśli wymienić ich nazwiska: Ludwik Krzywicki, Wera Kostrzewa (czyli Maria Koszutska), Tadeusz Rechniewski, Wacław Wróblewski (zwany - przez zażyłość - Wackiem), Henri Barbusse, Romain Rolland, Georges Duhamel, François Mauriac, Jules Romains, Bertold Brecht, Kurt Tucholsky, Georges Brassens, Stefan Jaracz, Juliusz Osterwa i Mieczysław Limanowski, Mieczysław Szczuka, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Witkacy, Julian Tuwim, Janusz Korczak i wreszcie - Tadeusz Boy-Żeleński, to wyraźnie widać, że z "Wielkich i niewielkich" wyłania się pasjonujący portret epoki. Portrety wnętrz i opisy mebli (a jednak), garderoby, jadłospisu nabierają znaczenia, przedmioty "mówią" za właścicieli. Tylko wciąż zza pleców "wielkich-niewielkich" wychodzi sama Krzywicka, trochę przy tym przesłaniając widok. Dzieje się tak zarówno w przypadku Ludwika Krzywickiego, teścia autorki, czy Boya-Żeleńskiego, jak i Romainsa, Brassensa czy Tuwima.

Nic nie zgrzyta w tych opowieściach. Zachowała się w nich świeżość wzruszenia wizytą u Rollanda, zażenowanie spotkaniami z Duhamelem, zgorszenie spotkaniem z Witkacym, pozbawiona czułostkowości tkliwość w opowieści o Szczuce. Autorka niby pilnuje siebie-piszącej, by nie wystąpić przeciw obiektywizmowi, pilnuje stylu, ale kapituluje na rzecz największej wartości tych tekstów: nieobiektywności. Okazuje się, że niechęć do stolików jak z poczekalni dentystycznej, brzydkich przedmiotów stłoczonych bez porządku i pomysłu może być tak ważna, jak zgroza wobec przejrzystości uprzedzeń rasowych w "Reducie". Nędza Koszutskiej wygląda tutaj szlachetnie, jej ubłocona spódnica i za duże, wykoślawione, prawie męskie buty nie rażą Krzywickiej.

Samoograniczenie wyrasta na siostrę świętości. Krzywicka buduje portrety świeckich świętych-nieświętych, wskazując przy tym (szczególnie u Barbusse’a), jak cienka jest granica między natchnioną wiarą czyniącą cuda a natchnioną wiarą niosącą zniszczenie. Autorka obnaża groźny zapał ideowców, naiwność, małoduszność, pychę, czystość. Nic nie jest zmyśleniem w takiej poruszającej opowieści. To wszystko prawda, w ramach tej historii - prawda.

Piękny futerał dandysa

Biografie i powieści biograficzne cieszą się sporym wzięciem być może dlatego, że apetyt na "prawdę" wśród czytelników wciąż rośnie.

Gdzie leży prawda? -zdają się pytać zgłodniali cudzego życia miłośnicy biografii. "Słowem, nic nie wiemy, praktycznie rzecz biorąc, nic", "nie musimy dawać wiary", powtarza Jean Echenoz w wydanej ostatnio książce "Ravel". Echenoz to autor znany polskiemu czytelnikowi z "Parku" (grająca konwencjami powieści kryminalnej historia, której główny bohater nazywa się Frank Chopin) i "Przy fortepianie".

Tym razem Echenoz napisał biografię-nie-biografię Ravela. Okazuje się, że ta drobna (jak sam bohater) książeczka im bardziej jest drobiazgowa, tym mniej daje nadziei na to, że dogrzebiemy się do "prawdy" o Ravelu. Przechodzimy zatem przez ostatnie dziesięć lat życia Ravela, przyglądamy się jego słynnym strojom, świadkujemy histerii spowodowanej brakiem chusteczki z monogramem, podziwiamy pastelowe koszule. Więcej - ważymy Ravela (czterdzieści pięć kilogramów), mierzymy (metr sześćdziesiąt jeden centymetrów) - i niewiele z tych pomiarów wynika. Ostukiwanie zamkniętego w milczeniu Ravela przynosi zestaw dźwięków niemelodyjnych.

"Ravel" przymierza się do "pewników", opiera się na odnotowanych spotkaniach, nazwiskach, przytaczanych dziejach starć, znajomości. Między nimi Echenoz rozpisuje współbrzmienia, wskazuje na zależności między nieudanym samobójstwem Josepha Conrada a narodzinami Ravela, między ich późniejszym spotkaniem (obaj niewielcy wzrostem, pierwszy krępy, drugi filigranowy) a kolejną podróżą Ravela do Stanów Zjednoczonych.

Echenoz z wprawą zaznacza rolę francuskiego tłumaczenia "Złotej strzały" i "Korsarza". Aż chce się powiedzieć czytając "Ravela": "taśma i powtórzenie". Tak opisuje Echenoz powstanie "Bolera", utworu, który "nie ma formy" i "jest samym rytmem i aranżacją", czymś, "co dokonuje aktu samozniszczenia". Zdaniem Echenoza Ravel zapisał w nim "samobójstwo, którego orężem jest wyłącznie narastanie dźwięku".

Czytelnik powieści Echenoza przeczuwa, już od otwierającej książkę sceny kąpieli i opisu trudności wychodzenia z brzucha wanny, że nie dowie się o Ravelu nic.

Wie, że pozna imiona i nazwiska kobiet, z którymi Ravel był związany. Pozna okoliczności wypadku samochodowego, który pozbawił Ravela nie tylko zdolności komponowania, ale i mówienia, a z czasem odebrał sprawność ciału. Czytelnik przygląda się, jak Ravel powoli pogrąża się w wannie pełnej ciepłej wody.

Czego zatem czytelnik dowie się z "Ravela" o Ravelu? Czy rzeczywiście na przyjęciu z okazji odsłonięcia popiersia kompozytora goście Ravela rozebrali się do naga? Czy prawdą jest to, co niektórzy mówią? Echenoz pokazuje, że naprawdę "nie wiemy, praktycznie rzecz biorąc, nic".

Zabierając się za opowieść biograficzną, niby mierzymy fakty, ważymy, wyliczamy je chłodno, taktownie, rzeczowo. Ale - podkreśla Echenoz "Ravelem" - zostaje tylko opór milczenia i pamięć pięknego futerału dandysa. W "Ravelu" Echenoza robi, co może, i - zmyśla Ravela. Czytelnik dowiaduje się, że tylko w fikcji, choćby najusilniej obranej z ozdobników, można opowiedzieć drugiego.

Wskazywanie granicy między fikcją a faktami nie służy poznaniu. Powieść biograficzna opowiada na prawach zmyślenia.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]