Fernando Santos nowym selekcjonerem reprezentacji

MICHAŁ OKOŃSKI | Selekcjoner z mistrzostwem Europy w życiorysie głaszcze nasze narodowe ego. Czy rozwiąże zasadnicze problemy polskiej piłki?

24.01.2023

Czyta się kilka minut

Prezentacja nowego selekcjonera reprezentacji Polski, Warszawa, 24 stycznia 2022 r. / Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter / East News /
Prezentacja nowego selekcjonera reprezentacji Polski, Warszawa, 24 stycznia 2022 r. / Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter / East News /

Doprawdy wszystko już było i nie, nie mam na myśli faktu, że jeszcze trzynaście miesięcy temu trenerem reprezentacji Polski był Portugalczyk. Mam na myśli frazę Marka Bieńczyka: „Po klęsce na mistrzostwach świata, Polacy otrzymali nie tylko nowego trenera, otrzymali także Twarz”. Zaiste: trudno oderwać wzrok od pooranego zmarszczkami oblicza przybysza z drugiego krańca kontynentu. Choć w opublikowanym przed laty na łamach „TP” wiekopomnym tekście „Twarz Beenhakkera” Bieńczyk napisał jeszcze jedno zdanie, przy którym warto się zatrzymać. „Wybór był słuszny merytorycznie, lecz trafny przede wszystkim ze względu na różnicę. Różnicy polski futbol potrzebował najbardziej”.

Warto się dziś zastanowić nad istotą tej różnicy. Podobnie jak nad narzucającymi się jednak tu i ówdzie podobieństwami.

Trener na miarę naszych możliwości

Życiorys 68-letniego Fernando Santosa jest oczywiście imponujący. Mistrzostwo Europy i wygrana Liga Narodów z Portugalią. Udział z tą drużyną w dwóch mundialach i jeszcze jednym Euro. Pożegnanie z każdym z tych turniejów po minimalnych porażkach z naprawdę poważnymi rywalami. Wcześniej z reprezentacją Grecji wyjście z grupy zarówno na mistrzostwach Europy, jak na mundialu  generalnie wyniki znacznie powyżej oczekiwań, nawet jeśli uprzednio Grecy pod Otto Rehhagelem sensacyjnie wygrali Euro 2004.

Jeśli więc spojrzeć na CV nowego selekcjonera z perspektywy naszego narodowego ego, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Trener z zagranicy miał być potwierdzeniem naszych rosnących aspiracji i ten zdaje się je potwierdzać. Oczywiście nie jest szkoleniowcem z absolutnego topu, oczywiście można się upierać, że szczyt kariery ma już za sobą i że jako 68-latek nowego przepisu na futbol już nie wymyśli, ale przecież nie przepisu na futbol od niego oczekujemy i w przypadku mocarstwa raczej regionalnego niż kontynentalnego (a w dodatku mocarstwa raczej w skokach narciarskich niż futbolu…) trenera z absolutnego topu nie mogliśmy się spodziewać. To jest po prostu, by zacytować film, z którego znajomości Fernando Santos szczęśliwie nie od razu będzie odpytywany, trener na miarę naszych możliwości.

Mimo wieku nie jest zresztą emerytem, a od wspomnianego Beenhakkera  w chwili, gdy Holender rozpoczynał pracę z reprezentacją Polski  starszy jest zaledwie o cztery lata. I, w odróżnieniu od Beenhakkera, nie przychodzi trenować Polaków po przygodzie z Trynidadem i Tobago. Jeszcze miesiąc temu prowadził swoich rodaków na mundialu w Katarze. Jeszcze miesiąc temu radził sobie z supergwiazdami, których w obecnej kadrze Portugalii jest przecież co niemiara. Jeszcze miesiąc temu potrafił się uporać z ego Cristiano Ronaldo, przy którym nasze narodowe wydaje się tak malutkie, jak sanktuarium w Fatimie w porównaniu z Licheniem. Kompleksów w nowym miejscu pracy z pewnością mieć nie będzie.

Zwycięstwa są pragmatyczne…

Oczywiście można się zastanawiać, co nam da oprócz poczucia, że jednak nie wypadliśmy sroce spod ogona. Wielu uczestnikom polskiego życia futbolowego marzył się na tej posadzie ktoś, kto oprócz funkcji selekcjonera pełnić będzie rolę kogoś w rodzaju dyrektora technicznego, nadzorującego ogólnokrajowy program rozwoju; takiego, który znajdzie czas i na pracę z pierwszą drużyną, i z trenerami drużyn młodzieżowych, i z działaczami odpowiadającymi za długofalowy plan szkolenia. Kogoś, kto wytyczy kierunek, jakim będzie szedł polski futbol przez lata. Kogoś, kto dokona w kraju nad Wisłą „Das Reboot”  by przywołać tytuł książki Raphaela Honigsteina o przemianach w niemieckiej piłce. Kogoś, kto pomoże zbudować nadwiślańskie St. George’s Park, Clairefontaine czy Coverciano, by przywołać nazwy miejsc, gdzie pracują reprezentacje i gdzie szkolą się trenerzy Anglii, Francji i Włoch.


Czytaj także: Michał Okoński: Rozwój, wizerunek, zaufanie, czyli dlaczego Czesław Michniewicz musiał odejść

Deklaracje, jakie wygłosili prezes PZPN i selekcjoner reprezentacji podczas inaugurującej pracę Portugalczyka konferencji prasowej, pozwalają tu na nutę optymizmu. Fernando Santos ogłosił, że wraz z żoną przeprowadzi się na stałe do Warszawy: że tu będzie mieszkał i tu będzie chodził na mecze  także polskiej ekstraklasy. Że będzie udoskonalał i pomagał w szkoleniu młodzieży. Oczywiście to na razie tylko ogólne sformułowania, których wagę osłabia zastrzeżenie, że żadnej rewolucji nie będzie  ale przyznajmy: nieźle zabrzmiało zdanie o tym, że choć ma świadomość, iż trenerzy przychodzą i odchodzą, Fernando Santos chciałby zostawić po sobie jakąś spuściznę.

Tylko jaka to będzie spuścizna, jeśli idzie o styl gry prowadzonej przez niego reprezentacji? Decyzja o nieprzedłużeniu kontraktu z Czesławem Michniewiczem zapadła przecież nie ze względu na kiepskie wyniki  sportowo Polak osiągnął wszystko, czego od niego oczekiwano  ale ze względu na sposób, w jaki po nie szedł, zwłaszcza na mistrzostwach świata do bólu pragmatyczny, nastawiony przede wszystkim na to, żeby nie przegrać, a nie żeby myśleć o wygrywaniu.

Rzecz w tym, że z podobnymi zarzutami Fernando Santos musiał się mierzyć przez długie lata kariery trenerskiej i selekcjonerskiej. Zawsze lubił futbol oparty na defensywie i nietraceniu goli. O tym, że nie wykorzystuje fenomenalnego potencjału ofensywnego Portugalii, mówili nie tylko jego rodacy  jako tak zwani kibice neutralni zżymaliśmy się wiele razy, patrząc jak asekurancko jest ustawiona, jak fenomenalny Bruno Fernandes błąka się nieraz po boisku, jak nie przymierzając Piotr Zieliński u Michniewicza. Z takiego podejścia Santos nigdy nie zamierzał się zresztą tłumaczyć  na określenie „pragmatyk” zaciągał się raczej z zadowoleniem kolejnym papierosem. „Nudzą drużyny, które odpadają z turnieju”  odpowiadał krytykom, chciałoby się powiedzieć, Michniewiczem w czasach, gdy pracował z Portugalią. „Jeśli zwycięstwa są pragmatyczne, mogę być pragmatyczny”  dodawał podczas spotkania z dziennikarzami na Stadionie Narodowym.

…a gwiazdy nie są samotne

Trudno się więc nie zastanawiać nad kryteriami, jakimi kierował się PZPN decydując o zatrudnieniu tego akurat szkoleniowca. W pewnym momencie procesu rekrutacyjnego prezes Cezary Kulesza mówił, że zależy mu na tym, by nowy selekcjoner miał doświadczenie w pracy z reprezentacjami  i w tej rubryce musimy postawić krzyżyk. „Nowy selekcjoner musi poprawić wizerunek drużyny narodowej i odbudować zaufanie kibiców”  głosił komunikat PZPN informujący o nieprzedłużeniu umowy z Czesławem Michniewiczem  i ten punkt przynajmniej w punkcie startu możemy także uznać za odhaczony. „Z tej twarzy, z tych ust nie spłynie nigdy  i na tym właśnie polega Różnica  proste czy prostackie wyjaśnienie, banalne usprawiedliwienie faktów: arbiter źle gwizdał, boisko było ciężkie, zabrakło »przysłowiowego łutu szczęścia«”  pisał Bieńczyk o Beenhakkerze, ale i po pierwszej konferencji prasowej Santosa wypada powiedzieć, że przebiegła bardzo dobrze. Portugalczyk deklarował pełną współpracę z mediami, każde pytanie przyjmował ze zrozumieniem, otwartością i poczuciem humoru  od oblężonej twierdzy, w jakiej znalazł się poprzednik podczas swojej prezentacji, dzielił nas niby tylko rok, ale wydawało się, że jesteśmy w innej epoce. „Od dzisiaj jestem Polakiem” to oczywiście chwyt pod publiczkę, jednak wygłoszony w kontekście Roberta Lewandowskiego bon mot Portugalczyka, że gwiazdy zna tylko na niebie, ale żadna z nich nie jest tam samotna, pozwoliłem sobie zanotować.

Pytanie tylko, co zrobić z innym zdaniem z komunikatu związku o rozstaniu z poprzednikiem Santosa: „Aby właściwie ocenić pracę selekcjonera, musieliśmy wziąć pod uwagę również inne kluczowe kwestie, takie jak długofalowy pomysł na dalsze funkcjonowanie reprezentacji oraz kierunek jej rozwoju”. Jeśli pod tym ostatnim zdaniem kryła się ocena stylu, w jakim mozoliła się kadra Michniewicza na mundialu, nasze wątpliwości prędko nie znikną. Zgoda: Fernando Santos zdobył z Portugalią mistrzostwo Europy, ale wszyscy pamiętamy, że zanim to się stało, był o jedno trafienie Jakuba Błaszczykowskiego od odpadnięcia z turnieju - i że w ogóle był to turniej, podczas którego raczej remisował, a w podstawowym czasie gry wygrał tylko jedno spotkanie.

Termopile polskie

Po ogłoszeniu jego nominacji wielu dziennikarzy mówiło, że mogło być gorzej. Wielu przywoływało zdanie Leo Beenhakkera o wyjściu z drewnianych chatek, traktując nowego selekcjonera jako świadectwo tego, że znów się udało. Ja jednak pamiętam atmosferę, w jakiej Holender rozstawał się z pracodawcą, rzucając gorzkie zdanie: „Przez cały ten czas nie spotkałem w Polsce nikogo, komu by na polskiej piłce naprawdę zależało”. Obyśmy nie usłyszeli czegoś podobnego od Fernando Santosa  nie tylko ze względu na dobro powierzanych mu piłkarzy, ale i tych, którzy powinni przyjść po nich, no i ze względu na dobro nas, kibiców.

Na razie jednak czytajmy Bieńczyka, bo mimo wszystko nie sądzę, by reprezentacja Polski pod Santosem mogła grać tak pięknie, jak on pisze. „Topografia tej twarzy w klasyczny niejako sposób świadczy o »przejściach«, o podjętej walce  pisał w „Twarzy Beenhakkera”.  Estetyczna przyjemność płynąca z wpatrywania się w nią wynika z mapy śladów, którą zostawiły potyczki z losem; smakujemy jej głębokie bruzdy, jak smakujemy wiersz Norwida czy adagio Mahlera  sztukę bitwy, a później powolnego, heroicznego, melancholijnego odchodzenia. Każda bruzda i zmarszczka (ich niemal symetryczny pióropusz nad brwiami, wokół koniecznego marsa, tak jakby rzeźbiarz układał je w znaczący deseń) jest wąwozem Termopile, doprawdy, nie było łatwo, nigdy nie było nas więcej niż trzystu”.

Wracając do poprzedniego akapitu: nie chciałbym w przyszłości pisać tekstu o Termopilach polskich Fernando Santosa. Oby jego potyczki faktycznie były jedynie potyczkami z losem, a nie z  jak ktoś ładnie nazwał świat, z którym związał się czteroletnią umową  „uniwersum polskiej piłki”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich, a także w wywiadzie prasowym. W redakcji od 1991 roku, był m.in. (do 2015 r.) zastępcą… więcej