„Duch śniegów” to dzieło złożone z samych epifanii

W filmie „Duch śniegów” rozmawia się wyłącznie szeptem – nie tylko po to, by nie spłoszyć pantery schowanej przed człowieczym wzrokiem gdzieś między skalnymi półkami.

15.04.2022

Czyta się kilka minut

Kadr z filmu „Duch śniegu”, 2021 r. / MATERIAŁY PRASOWE
Kadr z filmu „Duch śniegu”, 2021 r. / MATERIAŁY PRASOWE

Ten film działa jak kąpiel w gongach albo samotna kontemplacja górskiego pejzażu. Jego czyste linie i surowa zawartość nie domagają się natychmiastowego zachwytu – żadnego National Geographic. A jednak „Duch śniegów” to dzieło złożone z samych epifanii. Objawieniem może być spotkanie z antylopą tybetańską, stadem jaków lub z manulem stepowym. Bo głównym tematem i zarazem motorem akcji jest czekanie. W pustce, zimnie, w prószącym śniegu, często na czworakach, bez obietnicy, że gdzieś w pobliżu można się spodziewać zasłużonej nagrody. Wypatrując pantery śnieżnej, twórcy dokumentu wyposażeni w nowoczesne narzędzia optyczne, notatniki i własną wiedzę, sami stają się obiektem czyjegoś patrzenia. Marie Amiguet i Vincent Munier z udziałem minimalnej ekipy stworzyli obraz, w którym kino przyrodnicze zamienia się bez mała w kino religijne.

Drugi z wymienionych, znany fotografik przyrody, okazuje się również bohaterem filmu. Towarzyszy mu pisarz-podróżnik Sylvain Tesson, który po wypadku sprzed ośmiu lat ma sparaliżowaną połowę twarzy, a u nas znany jest z książek „W syberyjskich lasach”, „Na dzikich ścieżkach” czy właśnie „Duch śniegów. Śladami tybetańskiej pantery”. Słowo „bohaterowie” wyjątkowo nie pasuje do nich obu, bo grają jedynie role pośredników czy akuszerów tego, co czeka nas w pustkowiach Tybetu, na wysokości 5 tys. metrów. Mimo że opowieści towarzyszy słowny komentarz i czasami pobrzmiewa w nim jakiś „coelhizm”, narracja różni się od zatroskanego gawędziarstwa sir Davida Attenborougha. Jest w niej dużo większa pokora i niepewność. „Duch śniegów” jawi się jako zaprzeczenie ekologiczno-kinematograficznego safari. Poprzez wspomniane wyżej odwrócenie spojrzeń Amiguet, Munier i Tesson przestają być typowymi łowcami obrazów.

Wiadomo, że w religii, sztuce, ale i w przekornej naturze ludzkiej to, co ukryte, promieniuje najsilniej. Owa zasada, tak świetnie sprawdzająca się w kinie, nie tylko poprzez twórcze wykorzystanie przestrzeni pozakadrowej, rządzi światem filmu o poszukiwaniu tybetańskiego leoparda – ginącego gatunku, który fascynuje swą niedostępnością i dzikim pięknem. Autorzy dokumentu, choć zdeterminowani, chcieliby uszanować jego tajemnicę. Mają świadomość bycia intruzem, barbarzyńcą w skalistym ogrodzie. To ich zapach jest tutaj obcy. I choć czasem pojawiają się w kadrze sylwetki miejscowych pasterzy, człowiek może czuć się raz na zawsze wygnany z tego raju. Zresztą religijna metaforyka wciąż powraca w „Duchu śniegów”: „modlitwa”, „boski dotyk”, „święty Graal”. W tym filmie rozmawia się wyłącznie szeptem – nie tylko po to, by nie spłoszyć pantery schowanej przed człowieczym wzrokiem gdzieś między skalnymi półkami.

Warto zaznaczyć, że francuscy dokumentaliści, choć są regularnymi uciekinierami z ludzkiego świata, codziennej gonitwy, z „teatru marionetek”, jak nazywają swoją ojczyznę, przesadnie nie idealizują natury. Chwilami patrzą na jej piękno wręcz podejrzliwie, nie wierzą też w utopię całkowitego do niej powrotu. Przed nimi toczy się wszak walka o przetrwanie – rozkoszny manul ma ciało maskotki, ale spojrzenie i uzbrojenie zabójcy. Tesson i Munier próbują zaakceptować prawidła tego świata, nie ingerują więc w jego kształt i jedynie cierpliwie czekają, aż uchyli on przed nimi rąbka swojej tajemnicy. Wielotygodniową wyprawą w poszukiwaniu górskiego kota kieruje przede wszystkim głęboka wiara (tak, podkreślmy to słowo), że ów świat odwdzięczy się im kiedyś czymś naprawdę niezwykłym.

We are not alone”– śpiewa Nick Cave na ścieżce dźwiękowej napisanej specjalnie do filmu przez Warrena Ellisa, kolegę z grupy The Bad Seeds. Dalej mowa o tym, że natura lubi się przed nami schować, że jesteśmy przez nią obserwowani i że jest to w sumie dobra wiadomość, bo dzięki temu „nie jesteśmy sami”. Zazwyczaj nie słychać głosu Cave’a, a jedynie dyskretną muzykę instrumentalną ze smyczkową dominantą. Te minimalistyczne, oszczędnie dawkowane brzmienia pozwalają w filmie wygrać ciszę, lecz także inne naturalne dźwięki, jak szmer nadchodzącej burzy piaskowej, skrzypienie śniegu czy odgłosy rzadkich ptaków. Albowiem fonosfera, ta z natury i ta „z kultury”, stanowi nierozerwalną całość. Towarzyszy wielogodzinnemu czuwaniu, wzmacnia poczucie spowolnienia czasu, pozwala nasycić się nieoczywistą urodą tybetańskiego krajobrazu. Autorzy zdjęć pracują w podobny sposób, nie starając się obezwładniać nas widokami ani popisywać się dzisiejszymi możliwościami ich filmowania. Jeśli uznać ten dokument za opowieść o człowieku z kamerą, to o takim, który wreszcie przestał być na chwilę władcą spojrzenia.

W jednej ze scen, godnej Wernera Herzoga, mistrza ekranowej eseistyki, bohaterowie trafiają do jaskini, gdzie znajduje się legowisko niedźwiedzia i gdzie być może nocuje także pantera. Instalują tam kamerkę noktowizyjną, która będzie podpatrywać śpiące zwierzęta. Oglądany zapis staje się esencją tego, czym jest „Duch śniegów”. Można rozpisywać się o medytacji czy doznaniach mistycznych – nie bez kozery jeden z bohaterów wspomina o buddyjskim pustelniku Milarepie, który w takich miejscach jak ta grota spędził całe lata. Francuski film z pewnością ma w sobie takowy potencjał, nade wszystko jednak potrafi rejestrować i wyzwalać ogromne emocje. Prócz dreszczyku wielkiej przygody pojawia się wzruszenie spowodowane bliskim spotkaniem z tym, co byłoby dla nas nieosiągalne w warunkach naturalnych. To jednocześnie rewers sytuacji z ogrodu zoologicznego.

Obraz

Na szczęście tropiciele pantery (a myśliwskie nazewnictwo wyjątkowo tu zgrzyta) mają do siebie sporo dystansu i umieją nazywać rzeczy po imieniu. Stanięcie oko w oko ze śnieżnym „duchem” jest dla nich tyleż marzeniem, co obsesją, a stąd już tylko krok do arogancji czy wybujałych ambicji. Tymczasem twórcy doskonale zdają sobie sprawę z pułapek, jakie kino przyrodnicze zastanawia na filmowców (a poniekąd i na widzów), gdy próbują złapać zwierzę w ładny kadr.

Pewnie dlatego na tle innych filmów o naszej ginącej planecie dokument Amiguet i Muniera oszczędza widzowi rozbuchanego spektaklu i mentorskiego tonu. Woli być doświadczeniem intymnym i po prostu dostarczać silnych przeżyć. Pozwala na moment złapać pion pośród szaleństwa tego świata. ©

DUCH ŚNIEGÓW („La Panthère des neiges”) – reż. Marie Amiguet, Vincent Munier. Prod. Francja 2021. Dystryb. M2 Films. W kinach.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Nie jesteśmy sami