Nie trzeba być wyznawcą teorii spiskowych, żeby dostrzec szczególne – i powiedzmy to sobie od razu: problematyczne – położenie, w jakim znajduje się współczesna medycyna. Tyleż nauka, co sztuka. Tyleż sfera praktycznych aplikacji wiedzy wypracowywanej przez inne dziedziny, co obszar autonomiczny. Wreszcie – tyleż działalność bezinteresowna, podporządkowana misji i wartościom ujętym w przysiędze Hipokratesa, co praktyka poddawana różnym zewnętrznym presjom, pragnieniom i oczekiwaniom. Jak również – last but not least – pozostająca w specyficznym mariażu z koncernami farmaceutycznymi. Czyli podmiotami funkcjonującymi w realiach rynku, a zatem naturalnie określanymi przez rynkowe prawa. W tym prawo fundamentalne, które stanowi, że zysk i ekspansja to warunki konieczne przetrwania.
Nie oznacza to bynajmniej – jak z przekonaniem głoszą wyznawcy teorii spiskowych – że koncernom farmaceutycznym „zależy na tym, żeby ludzie chorowali” i dlatego wciąż niecnie knują, jak by tu nas wszystkich umiejętnie, a dyskretnie wpędzać w choroby. Oznacza to tylko tyle, że niektóre obecne w medycynie kierunki badań, aktywne lub gasnące trendy, punkty ciężkości oraz generalne nastawienia (np. prewencja vs. leczenie chorób już istniejących) nie zawsze wynikają, nazwijmy to, z czystej wiedzy o świecie. Nader często natomiast okazują się efektem negocjacji pomiędzy imperatywem pomocy cierpiącym, którym kieruje się medycyna, a imperatywem ekonomicznego sukcesu, którym kierują się firmy produkujące leki.
Niekiedy – choć coraz rzadziej, w przeciwieństwie do tego, co uważają wyznawcy teorii spiskowych – faktycznie przynosi to fatalne skutki. Najwyraźniej widać to na przykładzie epidemii opioidowej w Stanach Zjednoczonych. Historia ta jest dzisiaj na różne sposoby opowiadana i ujawniana – w kolejnych demaskatorskich tekstach, książkach, filmach dokumentalnych czy serialach (ostatnio m.in. w fascynującej książce „Imperium bólu” autorstwa Patricka Raddena Keefe’a czy serialu „Painkiller” dostępnym w ofercie Netfliksa).
Zasadniczą rolę odgrywa w niej klan Sacklerów – amerykańska rodzina od trzech pokoleń działająca w branży farmaceutycznej. Najpierw, na przełomie lat 50. i 60. Arthur Sackler zarobił gigantyczne pieniądze tworząc wyjątkowo skuteczną – tyle że opartą na manipulacji i kłamstwach – kampanię reklamową benzodiazepin, popularnych leków uspokajających (co w niedługim czasie spowodowało masową falę uzależnień).
30 lat później jego bratanek Richard Sackler walnie przyczynił się do rozwoju epidemii opioidowej, produkując i (w ten sam oszukańczy sposób, co wcześniej stryjek) reklamując OxyContin. Środek wielokrotnie silniejszy od morfiny, którym w ostatnich dekadach Ameryka została de facto zasypana. W samych tylko Stanach Zjednoczonych doprowadziło to do śmierci kilkuset tysięcy ludzi, a miliony wpędziło w ciężki nałóg.
Ból wyznacza nam granice
Bez wątpienia dobrze, że historia tej do cna zdemoralizowanej rodziny potentatów farmaceutycznych staje się wreszcie powszechnie znana. Obawiam się jednak, żeby to słuszne oburzenie i potępienie Sacklerów nie przysłoniło nam fundamentalnie systemowego charakteru zjawiska.
Owszem, Sacklerowie zachowywali się w sposób skrajnie cyniczny i podły, niemniej… ktoś im przecież takie zachowanie latami umożliwiał. Jakieś agencje rządowe wydawały pozwolenia, jakieś agencje konsultingowe i reklamowe opracowywały strategie komunikacyjne, jacyś lekarze bez opamiętania wypisywali recepty.
I wreszcie – jakaś rzeczywistość społeczna i kulturowa wpędzała ludzi w tak straszne poczucie beznadziei i rozpaczy, że narkotyk okazywał się niekiedy – paradoksalnie – jedynym wytchnieniem (choć przecież po chwili przynosił cierpienie i śmierć).
I to właśnie o tym potrzebna jest nam dzisiaj uczciwa dyskusja. O Sacklerach też oczywiście – są oni jednak tylko objawem choroby, nie zaś jej źródłem. A pamiętajmy, że to między innymi właśnie z jednostronnej koncentracji na niwelowaniu objawów wzięła się epidemia opioidowa. ©