Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Czy naprawdę był inny?

Czy naprawdę był inny?

10.10.2018
Czyta się kilka minut
W wieku 52 lat zmarł Piotr Pawłowski, założyciel fundacji Integracja i portalu niepełnosprawni.pl. Oto wspomnienie dziennikarki, która nagrywała z nim wywiad rzekę.
Piotr Pawłowski w warszawskim autobusie, 2006 r. / Fot. Marcin Smulczyński / Agencja SE / East News
Piotr Pawłowski w warszawskim autobusie, 2006 r. / Fot. Marcin Smulczyński / Agencja SE / East News
K

Kiedy 10 lat temu po raz pierwszy szłam do biura Integracji, czułam niepokój. Miałam nagrać wypowiedź jej prezesa, Piotra Pawłowskiego, która miała się znaleźć w bloku publikowanych w „Więzi” tekstów o szczęściu. Im byłam bliżej, tym silniej obawiałam się, czy rozmowa o szczęściu z człowiekiem niemal całkowicie sparaliżowanym nie oznacza braku wrażliwości. Podczas spotkania bardzo się pilnowałam, aby niczym rozmówcy nie urazić, popełniłam jednak kilka faux pas. Piotr potraktował mnie z życzliwym zrozumieniem. Powiedział też coś, co do dziś nie przestaje mnie zadziwiać: „Niejednokrotnie zdarzało mi się przekonywać przyjaciół, którzy ubolewali nad moim wypadkiem, że płyną z niego również pewne konkretne korzyści. Choćby to, że gdyby się nie wydarzył, byłbym zapewne mechanikiem samochodowym […]. Niczego nie umniejszając mechanikom samochodowym, z perspektywy czasu widzę, jak wielu niezwykłych i pięknych rzeczy mogłem doświadczyć, ilu wspaniałych ludzi spotkać, ile udało mi się osiągnąć – właśnie mnie, człowiekowi, który jest niemal całkowicie sparaliżowany i nie może funkcjonować samodzielnie. Wypadek spowodował więc, że moje życie jest zdecydowanie ciekawsze niż to, jakie najprawdopodobniej wiódłbym w warsztacie samochodowym”.

Wypadek, o którym wspominał Piotr, wydarzył się w lipcu 1982 r. To był skok do rzeki na główkę, który kosztował go złamanie kręgosłupa i niemal całkowity paraliż ciała. Miał wtedy zaledwie 16 lat, zdał do drugiej klasy technikum samochodowego. Jego pasją była koszykówka. W klubie sportowym mówiono, że jest dobrze zapowiadającym się zawodnikiem, niemałe znaczenie miał tu również jego wzrost – 190 cm. „Wiodłem dość beztroskie i nieskomplikowane życie. Miałem pasję, pierwszą dziewczynę. Uwielbiałem słuchać «trójki» i muzyki prezentowanej tam przez Marka Niedźwieckiego oraz Piotra Kaczkowskiego. Byłem fanem trójkowej listy przebojów” – to fragment jednej z rozmów, która miała znaleźć się w książce. Od pewnego czasu wspólnie nad nią pracowaliśmy.

Po wypadku spędził wiele miesięcy w szpitalu, który opuścił na dużym wózku. Trudno nim było manewrować nie tylko w niewielkim mieszkaniu państwa Pawłowskich. Był początek lat 80. – człowiek poruszający się na wózku na każdym kroku napotykał wtedy bariery architektoniczne. W zupełnie inny niż dzisiaj sposób postrzegano osoby z niepełnosprawnościami czy – jak je wtedy dość powszechnie nazywano – inwalidów i kaleki. Piotr niejednokrotnie słyszał: „Jezu, taki był fajny chłopak, a teraz kaleka”. „Tego rodzaju słowa – mówił w wywiadzie dla „Więzi” – porażały mnie. Czułem się gorszy, wybrakowany, jakbym był człowiekiem drugiego, a nawet trzeciego sortu. […] Po powrocie ze szpitala, gdzie spędziłem sześć hardkorowych miesięcy, przeżywałem najcięższe chwile w swoim życiu. Chciałem ze sobą skończyć”. W tamtym czasie nie lubił wychodzić z domu, na szczęście kolegom z bloku, w którym mieszkał, udawało się czasem wyciągać go np. do kina.

Wielkim wsparciem otoczyli syna wspaniali rodzice – państwo Halina i Maciej Pawłowscy, nauczyciele z liceum, którzy przychodzili do domu w ramach indywidualnego toku nauczania, i wiele innych życzliwych osób. Nie udałoby się im jednak zdziałać za dużo, gdyby nie siła woli i charakteru oraz tytaniczna praca Piotra. Zmotywowany przykładem Amerykanki, Joni Eareckson-Tady, która uległa takiemu samemu wypadkowi, postanowił zbudować swoje życie od nowa. „Joni – opowiadał – zainspirowała mnie do szukania odpowiedzi na pytanie, jak spędzić dany mi tutaj na ziemi czas, żeby go nie zmarnować i żeby zostawić po sobie jakiś dobry ślad. Szukanie tej odpowiedzi zajęło mi trochę, ale było to bardzo twórcze”.

Po maturze nadal inwestował w naukę: „Miałem to wielkie szczęście, że rodzice, nauczyciele i przyjaciele inspirowali mnie. Zachęcali, żeby zamiast koncentrować się na ograniczeniach, szukać, co mógłbym robić, aby wykorzystać swoje predyspozycje i talenty, a także po prostu na siebie zarabiać. Zdopingowało mnie to do podjęcia studiów. Najpierw był Instytut Studiów nad Rodziną (UKSW), potem podyplomowe studium etyki i filozofii (UW), a następnie studia doktoranckie (PAN).

Przez cały czas szukał sposobów, aby gdzie tylko było to możliwe, być samodzielnym. Zanim nastała era komputerów, nauczył się pisać (a potem malować) ustami. Motywacją była potrzeba napisania listu do dziewczyny. Uczył się z takim zapamiętaniem, że wieczorami miewał szczękościsk od trzymania ołówka w ustach. Planował, że będzie naukowcem, wydawało się, że w jego sytuacji to najsensowniejszy pomysł na życie. Trzy lata uczył się japońskiego, rozważając wybranie zawodu tłumacza. „Szybko zrozumiałem jednak – mówił – że tak nie dam rady żyć, że potrzebuję… Muszę być między ludźmi, to dopiero mnie inspiruje i daje mi radość. […] I tu przełomem okazało się spotkanie z kolegą, Bolkiem Bryńskim, który w wyniku dziecięcego porażenia mózgowego porusza się na wózku, jest mocno spastyczny i niewyraźnie mówi, co nie przeszkodziło mu ukończyć polonistyki na UW. Był maj 1994 r., spotkaliśmy się przy piwie i gadaliśmy, co tacy faceci jak my mogliby w życiu robić. I wymyśliliśmy magazyn pt. «Integracja. Pismo dla osób niepełnosprawnych, ich rodzin, przyjaciół, a także dla tych, którzy jeszcze niedostatecznie rozumieją niepełnosprawność»”.

Pierwszy numer „Integracji” ukazał się zaledwie trzy miesiące później. Czarno-białe pismo liczyło 8 stron, a jego nakład wynosił 15 tys. egzemplarzy. Składowane było w niewielkim mieszkaniu państwa Pawłowskich, a dystrybuowane przez ich znajomych i znajomych znajomych. „Przychodzą listy od czytelników – wspominał Piotr – czyli jesteśmy potrzebni! Na te listy trzeba jednak odpowiadać. I wtedy zgłasza się do nas Janka Graban – kobieta, która wprawdzie nie mówi, ale natychmiast się porozumiewamy i bardzo szybko zaprzyjaźniamy”.

Dziś magazyn „Integracja” to dwumiesięcznik, który ukazuje się w 30 tys. egzemplarzy i liczy kilkadziesiąt stron. Pismo jest zaledwie jednym z wielu działań Stowarzyszenia Przyjaciół Integracji. Piotr Pawłowski razem ze swoim zespołem stworzyli również portal Niepełnosprawni.pl, który gromadzi trzymilionową społeczność i prowadzi kilka serwisów tematycznych, m.in. sprawniwpracy.pl. Przygotowali głośne – nagradzane na międzynarodowych festiwalach – kampanie społeczne, których celem jest likwidowanie barier architektonicznych, cyfrowych i mentalnych. Mają na koncie mnóstwo inicjatyw na rzecz osób z niepełnosprawnościami. „Dzięki naszym działaniom – opowiadał Piotr – doprowadzamy do bardzo konkretnych zmian prawa i świadomości społecznej, obalamy krzywdzące stereotypy na temat niepełnosprawności. Dziś Integracja zatrudnia 50 osób, 30 proc. to osoby z niepełnosprawnościami. Przypomnijmy – na początku było nas troje: Bolek Bryński, Janka Graban i ja, czyli dwaj faceci na wózkach i kobieta, która nie mówi. Nie chodzi mi o to, żeby się chwalić. Chcę jedynie pokazać, że warto patrzeć na ludzi przez pryzmat ich możliwości, a nie ograniczeń”.


Czytaj także: Schody, schody i jeszcze raz schody - rozmowa "Tygodnika" z Piotrem Pawłowskim z września 2018 r.


Na Piotra nie można było patrzeć inaczej. Kiedy zawsze elegancki (był jednym z najelegantszych mężczyzn, jakich znam) siedział za biurkiem w swoim gabinecie i z pasją opowiadał o kolejnych inicjatywach i planach, zapominałam, że mam przed sobą człowieka niemal całkowicie sparaliżowanego. Budził podziw, dodawał wiary, że niemożliwe jest możliwe. Uwiarygadniał to tym, co robił i jak żył. I domykał np. takimi słowami: „Przecież ograniczenie w jakimś wymiarze – to, że nie widzę, nie chodzę czy nie mówię, mam zespół Downa czy spektrum autyzmu – nie powoduje, że jestem wybrakowany. Potrzebuję, jak każdy normalny człowiek, kontaktu z innymi, relacji przyjacielskich, pragnę kochać i być kochanym. Wielu z nas chce i może być profesjonalnym pracownikiem, dobrym mężem czy żoną, czułym bratem, siostrą czy przyjacielem, troskliwym rodzicem”.

Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, niech zajrzy na stronę Integracji, obejrzy np. filmiki kampanii społecznej „Czy naprawdę jesteśmy inni?”. I niech rozejrzy się wokoło – dzisiaj już na szczęście coraz więcej osób z niepełnosprawnościami może swobodnie funkcjonować w przestrzeni publicznej. Ogromna w tym zasługa Piotra Pawłowskiego i Integracji.

W tym, co Piotr mówił publicznie i prywatnie, często pojawiało się słowo „wdzięczność”. Powtarzał: „bez innych ani rusz”. Dzięki pomocy żony, Ewy, swojej mamy, Michała Walewskiego (swojego asystenta), Janki Graban (z która łączyła go głęboka przyjaźń) i załogi Integracji znakomicie funkcjonował. Twierdził, że dzięki wrażliwości i taktowi, z jakimi mu pomagają, zapomina o swojej niepełnosprawności.

Piotr miał wielkie szczęście do ludzi, ale również talent zjednywania ich sobie i włączania do niezliczonych działań na rzecz innych. Lubił żartować, że został do tego wynajęty przez Pana Boga – miał z Nim osobistą więź

„Jestem wdzięczny – mówił – za wiarę w nowy początek i za ludzi, którzy pomagali mi nie pogrążyć się w tym, czego nie mogę, dopingowali do szukania tego, co jest dla mnie – człowieka, którego ciało jest niesprawne – dostępne. Mogłem przecież zafiksować się na marzeniu, że jeszcze kiedyś wyjdę na boisko i będę grał w moją ukochaną koszykówkę […]. Gdybym jednak zatrzymał się na tych marzeniach, 36 lat życia spędziłbym w domu, zadręczając najprawdopodobniej siebie, rodzinę, Boga, dlaczego nie nadchodzi ten szczęśliwy moment, dlaczego ja ciągle nie mogę chodzić. Moim życiowym credo stała się zasada: wiem, co mogę i godzę się z tym, czego nie mogę. Akceptacja swojego losu sprawiła, że pomimo niesprawności mogę robić mnóstwo różnych rzeczy, mogę realizować swoje pasje. Największą z nich jest działanie na rzecz niepełnosprawnych – zabieganie o stwarzanie ludziom takim jak ja szans do jak najnormalniejszego życia. Czuję, że tu, gdzie jestem, jestem na swoim miejscu. […] Mam również szczęście i przywilej spełniać się w życiu osobistym. Jestem mężem wspaniałej kobiety. Moja żona Ewa jest położną, wyróżnioną przez swoje pacjentki nagrodą Położna Roku. Od początku naszej znajomości bardzo wspierała moje zaangażowanie w tworzenie Integracji, sama też włączała się w jej rozwój. Nie możemy mieć dzieci, ale dla mnie Integracja jest poniekąd córką. Jestem człowiekiem działania, jednak bez Ewy na pewno nie byłbym w miejscu, w którym jestem. Mógłbym może osiągnąć wiele zawodowo, w sferze działalności społecznej, nie mógłbym jednak uczciwie powiedzieć, że jestem szczęśliwy”.

Piotra zapamiętam właśnie jako człowieka szczęśliwego i spełniającego się w swoim życiu. Patrząc na niego, zrozumiałam, że szczęście to dar, który nie tylko się dostaje, ale trzeba również wyjść mu na spotkanie, a czasem włożyć wiele wysiłku, wręcz heroizmu, aby go odszukać.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]