Reklama

Raz, dwa, tri, kazaczok!

Raz, dwa, tri, kazaczok!

19.07.2021
Czyta się kilka minut
Staram się regularnie przypominać, kto był kim w PRL-u, gdzie stało ZOMO, kto był niezłomny, a kto nie wiadomo.
W

Wiem, że jako ostatni żyjący świadek tamtych dni powinienem czynić to częściej, ale zdrowie już nie to. Najsilniejsze powołanie odczuwam ku dawaniu świadectwa ostatniej dekadzie komunizmu, w którą wszedłem jako nastolatek niezwykle wyczulony na przejawy jakiego- kolwiek buntu w zniewolonym narodzie, a wyszedłem jako stary byk wyczulony na wszelkie przejawy fanfaronady i autokreacji w tym samym, choć jakże odpicowanym narodzie. Niezauważane wówczas przez nikogo, a dzisiaj słynne manifestacje niezależności i akty buntu były możliwe dzięki pewnej cesze polskiej kultury narodowej, którą najlepiej ucapił Jacek Kleyff: „Jak gonili hitlerowca, to mu opadały spodnie”.

Tak się bowiem złożyło, że w historii naszej wszelkie systemy, na pozór wszechmocne armie hitleryzmu i komunizmu, gestapo i ubecja nagle traciły swą moc i bezradnie poddawały się bohaterskim jednostkom, kiedy tylko te...

4888

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, trzymiesięczny lub roczny.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Fair jest ważne. I warto o tym przypominać chociażby po to by chamiało się nam trudniej i dłużej. Pozdrawiam autora:-).

Z legendami różnie bywa. Nie na darmo słowo to oznacza opowieść co najmniej przesyconą fikcją i mitem, jeśli nie zupełne zmyślenie, chociaż etymologicznie to tylko coś do czytania, zwłaszcza czyjś budujący lub pouczający życiorys. Weźmy Ordona - tego od Reduty 54, który zginął zadaną sobie samemu śmiercią, ale nie na szańcach Warszawy, lecz we Florencji w 1887 roku. Redutę natomiast wysadził wraz z garstką pozostałych przy życiu obrońców i ponoć setką szturmujących ją rosyjskich żołnierzy (1/6 strat Rosjan w tej bitwie) niejaki kpt. Nowosielski. Legenda mieszająca fakty ze zmyśleniem i niesprawiedliwie rozdzielająca zasługi przetrwała jednak nie tylko niespodziewany powrót Ordona do świata żywych, ale nawet pokrętne, prawdę mówiąc niegodne tłumaczenia, jak to właściwie było. Legenda Kozakiewicza jest od tamtej o tyle bliższa prawdy, że WK naprawdę pokazał gwiżdżącej publiczności "bras d'honneur", zwany po polsku wałem albo - od tamtego czasu - gestem Kozakiewicza, i od samego początku był ten gest odbierany jako manifestacja polityczna. A co jest odbierane politycznie, to po prostu jest polityczne, niezależnie od pierwotnej intencji, czy wręcz braku intencji. Można oczywiście ironicznie pytać, czy radziecka potęga zauważyła i się obraziła. Legenda głosi, że, owszem, rozważano odebranie medalu Polakowi, czego jakoby domagał się ambasador Aristow, ale w końcu nie odebrano - czy to z racji zbyt niskiego szczebla interwencji, czy dzięki tłumaczeniom, że sportowca po prostu złapał skurcz mięśni nie do opanowania. Jeśli wpisze Pan w Google "жест Козакевича" przekona się Pan, że ta legenda znana jest i powtarzana także w mediach rosyjskich i to bynajmniej nie opozycyjnych, a nawet w Wikipedii. Wywiad, którego Kozakiewicz udzielił portalowi sports.ru w 2015 roku zatytułowano "«Ja mog skazat': pocełujtie mnie w zadnicu. No nikto by nie usłyszał». Gławnyj skandał Igr-80 w Moskwie". W wywiadzie tym WK podaje jeszcze inna wersję legendy o ocaleniu medalu: była komisja dyscyplinarna, ale obecny na niej Juan Antonio Samaranch - w tamtym czasie świeżo wybrany szef MKOl, a jednocześnie kończący służbę w Moskwie ambasador Hiszpanii - zapewnił, że wielokrotnie widział polskiego skoczka robiącego taki gest i że widocznie taki on ma zwyczaj. WK tłumaczy tam również, co go tak naprawdę zdenerwowało. "Czy gdzieś na świecie w lekkoatletyce jest gwizdanie? Nie widziałem tego ani we Francji, ani w USA, ani we Włoszech. Gwiżdżą w piłce nożnej, siatkówce, to normalne, to pomoc dla drużyny. W lekkoatletyce nikt nie gwiżdże. Kto by gwizdał podczas biegu na sto metrów? Po co? A podczas skoku o tyczce były gwizdy. ZSRR chciał, aby wygrał Wołkow. Kiedy więc jeden z jego konkurentów pojawił się na wybiegu, został wygwizdany. To było dla nas niespotykane. Nie zdarzyło się to ani przed igrzyskami w 1980, ani potem. Czy ktoś gwizdał, gdy Siergiej Bubka bił rekordy świata? Albo na trybunach panowała cisza, albo wszyscy rytmicznie klaskali. I oto stoję przed rozbiegiem. Ile osób było na trybunach - 70.000? Powiedzmy, że 10 tysięcy kibiców z zagranicy, a pozostałych 60 tysięcy gwizdało. Wcześniej odbył się bieg na 400 m, w którym Markin wygrał z rekordem Europy. Równolegle z naszymi zawodami odbywało się również strzelanie do celu, a innych konkurencji nie było. I w końcu, kiedy chodziło o medale, powstał hałas. I to było tak silne, straszne, że aż mnie rozzłościło". Nie kwestionuje tego ani rosyjski dziennikarz, ani komentujący wywiad internauci, chociaż dyskusja jest z powodu innego fragmentu mocno polityczna, nawet z akcentami antypolskimi. Do legend należy podchodzić z rezerwą, a jak trzeba, to nawet je demaskować, ale akurat ta demaskacja nie jest zbyt dobrze udokumentowana ani (proszę wybaczyć) szczególnie ciekawa lub pilnie potrzebna.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]