Reklama

Dobre imię

Dobre imię

09.02.2021
Czyta się kilka minut
Sąd Okręgowy w Warszawie zajął stanowisko w sprawie dotyczącej sporu o książkę „Dalej jest noc”: dwoje redaktorów tomu ma przeprosić Filomenę Leszczyńską za podanie nieścisłych informacji dotyczących jej nieżyjącego stryja. Nieprawomocny wyrok kwestionujący jeden akapit nie oznacza jednak zakwestionowania tysiąca siedmiuset stron.
Barbara Engelking i Jan Grabowski na spotkaniu z czytelnikami książki „Dalej jest noc” w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, 22 kwietnia 2018 r. Fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER
P

Przypomnijmy najpierw rzeczy elementarne: „Dalej jest noc” nie jest książką o zachowaniach Polaków wobec Zagłady, o kwestii polskiego „współudziału” czy „współwiny”. Priorytetem autorów zamieszczonych na jej kartach studiów nie było ustalenie, ilu naszych rodaków przyłożyło rękę do wymyślonej i zainicjowanej przez nazistowskie Niemcy operacji „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. W centrum zainteresowania badaczy współtworzących to monumentalne studium byli ludzie, którzy w tak zwanej trzeciej fazie Zagłady – czyli już po likwidacji gett – walczyli o życie swoje i swoich najbliższych; ludzie, którzy wykazywali się przy tym niebywałą odwagą, determinacją i pomysłowością. Kto przeczytał tę pracę nieuprzedzonym okiem, ten wie, jak wyglądał schemat postępowania grupy naukowców z Centrum Badań nad Zagładą Żydów: analizowali działania okupanta, z miesiąca na miesiąc zaostrzającego antyżydowskie prześladowania, opisywali życie i śmierć w gettach, akcje likwidacyjne i polowania na szukających ocalenia, a potem strategie i próby przetrwania tych ostatnich „po aryjskiej stronie” – niekiedy związane ze wsparciem uzyskanym od napotkanych Polaków, niekiedy przypłacających takie spotkanie donosem i śmiercią.

Autorzy „Dalej jest noc”, w trakcie swojego projektu badawczego zajmujący się dziewięcioma powiatami okupowanej Polski, posiłkowali się przy tym wszelkimi dostępnymi, często unikatowymi źródłami polskimi, izraelskimi, niemieckimi, amerykańskimi, ale też ukraińskimi, białoruskimi i rosyjskimi. Były wśród nich dokumenty Polskiego Państwa Podziemnego, władz emigracyjnych, okupacyjnej administracji i sądownictwa, akta powojennych procesów, relacje ocalałych i świadków, korespondencje wójtów i sołtysów. Wiele z tych dokumentów wyjęto z archiwów po raz pierwszy.

Powtórzmy: to nie jest książka o tym „Jak Polacy dobijali Żydów” (by zacytować niefortunną okładkę „Newsweeka”, reklamującą tę publikację), choć nerwowa reakcja wielu prawicowych polityków i publicystów, a także pracowników Instytutu Pamięci Narodowej oddelegowanych do wyszukiwania w niej pomyłek i nieścisłości, zdaje się wskazywać, że rządzący Polską również odbierali ją jako zamach na tak zwane dobre imię naszego kraju. Także proces cywilny, jaki przy wsparciu sponsorowanej przez wiele państwowych instytucji Reduty Dobrego Imienia wytoczyła redaktorom tomu Filomena Leszczyńska, był efektem takiego odczytania, sąd musiał bowiem rozstrzygnąć, czy w pozwie o naruszenie dóbr osobistych można za takie dobra uznać m.in. „prawo do tożsamości i dumy narodowej”. Rozstrzygnął, dodajmy, negatywnie: orzekł, że sięgając po podobne sformułowania ścigać naukowców nie można.


Czytaj także:

ARTYKUŁ WOJCIECHA PIĘCIAKA: W sprawie cywilnej przeciw Barbarze Engelking i Janowi Grabowskiemu sąd rozczarował obie strony sporu: nie nałożył na pozwanych kagańca, choć zarazem przypomniał, że zasady obowiązują nas wszystkich, którzy piszemy o historii >>>


Zastrzeżenia Filomeny Leszczyńskiej wzbudził jeden akapit z liczącej ponad 1700 stron pracy; akapit, w którym mowa o tym, że jej stryj, sołtys wsi Malinowo Edward Malinowski, pomógł uniknąć śmierci Esterze Drogickiej, ale że – jak relacjonowała po latach ocalała Żydówka – ograbił ją zarazem ze znacznej części majątku, a poza tym (to cytat z „Dalej jest noc”) był „współwinny śmierci kilkudziesięciu Żydów, którzy ukrywali się w lesie i zostali wydani Niemcom”.

Niezależnie od zeznań złożonych przed sądem, jedna z pozwanych, prof. Barbara Engelking rozwinęła ów akapit w artykule „O Esterze Siemiatyckiej, sołtysie Edwardzie Malinowskim i procesach sądowych”. Warto zauważyć, że sprostowała w nim swoją pomyłkę (przypisywała sołtysowi handlowanie z Esterą, choć chodziło o innego Edwarda Malinowskiego z tej samej wsi; była jednak zdania, że akurat ta pomyłka nie godzi w niczyje dobra osobiste) – i że szczegółowo tłumaczyła zdanie o współwinie śmierci kilkudziesięciu Żydów. Wynikało ono zarówno z relacji złożonej przez Esterę Drogicką w 1996 roku, jak i z faktu, że sam sołtys zeznał przed stalinowskim sądem w 1950 roku, że przymuszony przez Niemców organizował obławy na ukrywających się Żydów; badaczka nie ukrywała, że proces sołtysa zakończył się przed 71 laty uniewinnieniem i że także Drogicka zeznawała wówczas na jego korzyść.

Sąd Okręgowy w Warszawie uznał jednak, że Filomenie Leszczyńskiej należą się przeprosiny. Wyrok był łagodniejszy niż oczekiwania powódki: badacze nie muszą płacić odszkodowania, mają jedynie zamieścić oświadczenie na stronie internetowej Centrum Badań nad Zagładą Żydów i wysłać Leszczyńskiej przeprosiny; w następnych wydaniach książki fragment ma zostać zmieniony, co zresztą Barbara Engelking zadeklarowała niezależnie od tego, że zamierza się od wyroku odwołać.

Z temperatury, w jakiej relacjonowano proces na łamach prasy i w internecie, wolno jednak sądzić, że dzisiejsze rozstrzygnięcie miało dużo większe znaczenie niż ustalenie, czy Barbara Engelking i Jan Grabowski naruszyli prawo Filomeny Leszczyńskiej do kultu pamięci o bliskiej osobie zmarłej. Sprawa - również ze względu na powiązania wspierającej powódkę Reduty Dobrego Imienia z obozem rządzącym - dotyczyła także kwestii wolności badań naukowych, zwłaszcza związanych ze sprawami źle widzianymi przez obecną władzę, której przedstawiciele przez wszystkie przypadki odmieniają ostatnio pojęcie „pedagogiki wstydu”. Warto więc zauważyć, że w ustnym na razie uzasadnieniu sąd podkreślił, iż wyrok nie może mieć efektu mrożącego dla badań naukowych. Innymi słowy: chodziło mu wyłącznie o satysfakcję moralną powódki, a nie o wysłanie sygnału ostrzegawczego dla innych badaczy czy publicystów przed zajmowaniem się kontrowersyjnymi tematami - sygnału podobnego do tego, którym miała być nieudolnie forsowana i ostatecznie wycofana w obliczu międzynarodowego skandalu ustawa o IPN.


Czytaj także: W książce „Dalej jest noc” nie chodzi o polską winę. Nie chodzi o nas i o nasze samopoczucie. Chodzi o tych, którzy zginęli, i którzy też byli przecież „nasi”.


Na koniec powiedzmy więc jeszcze raz coś, czemu „Tygodnik Powszechny” dawał wyraz przyznając prof. Barbarze Engelking Medal świętego Jerzego: że działalność naukowa kierowanego przez nią Centrum Badań nad Zagładą Żydów nie tylko nie godzi w dobre imię Polski, nie tylko nie osłabia wspólnoty uprawianiem rzekomej „pedagogiki wstydu”, ale pomaga tworzyć jej dojrzałość i wielkość przez odważne mierzenie się ze swoją historią. Dobre imię naszego kraju nie ucierpiało dzięki publikacji „Dalej jest noc”, tak jak dobre imię Barbary Engelking nie ucierpiało po dzisiejszym - nieprawomocnym, podkreślmy - wyroku. Niezależnie od tego, czy krytycy tej publikacji będą teraz przedstawiać ów wyrok jako potwierdzenie swoich tez i podważać wiarygodność całego studium, jedyne, czego potwierdzenie uzyskaliśmy, to tego, że opowieść o ofiarach, sprawcach i świadkach Zagłady wymyka się politycznym, publicystycznym czy nawet sądowym orzeczeniom.

 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Obława na wolną naukę się udała. Reżim przydusił głos niezależnych naukowców. Cha..cha..cha... A tak na serio. Fajnie, że proces uchylił rąbka warsztatu naszych "pedagogów wstydu", a może raczej ich nastawienie. Czy oni myślą, że nauka to sczytywanie treści archiwalnych akt? A może myślą, że są władcami losów i nazwą kogoś mordercą, bo udaje im się to podeprzeć przypisem? A odpowiedzialność za treść nie wymaga recenzji wydawniczej dla takiej książki? Prof. Grabowski o tym pomyślał, czy wolał nie?

Profesor Musiał: "Ani Jan Tomasz Gross, ani Jan Grabowski, ani tym bardziej Barbara Engelking nie władają językiem niemieckim, a bez wątpienia nie znają go na tyle, by czytać i przede wszystkim rozumieć niemieckie źródła, często spisane w specyficznym języku prawniczo-biurokratycznym. Tym lapidarnym sformułowaniem Musiał obnaża niską w istocie rangę merytoryczną prac wspomnianych autorów. Pomijając bowiem istotę źródeł niemieckich nie da się opisać realiów okupacyjnych choćby w przybliżonym stopniu. A Gross, Grabowski i Engelking robią to w wielosettysięcznych nakładach, dość szybko dostając środki na tłumaczenie swoich prac na język angielski. Zresztą lewicowi autorzy za wzór do naśladowania podają Niemców, którzy jakoby wzorcowo rozliczyli się z „nazistowską” przeszłością. Czyni tak choćby wspomniany już Jan Tomasz Gross. To twierdzenie potwierdza jednak dobitnie, że autor nie ma pojęcia o realiach niemieckiego rozliczenia się z „nazistowską” przeszłością i powiela bezkrytycznie frazesy niemieckiej propagandy historycznej…" Profesor Musiał włada niemieckim chyba nawet lepiej jak polskim i często łapie się za głowę gdy znajduje niezdarne próby odczytania niemieckich dokumentów przez bohaterów pana Okońskiego.

Po pierwsze redaktorami "Dalej Jest Noc" jest 2 z 9 autorów. I to właśnie oni przegrali. Ciekaw jestem na czym polegała redakcja unikatowych prac 9ciu różnych naukowców, będących efektem niekonwencjonalnej pionierskiej metody, skoro redaktorzy mogli niejako na boku(?) napisać własny artykuł. Po czym sami się zrecenzowali i wydali. Zatem nie jest to pozycja naukowa tylko praca popularnonaukowa napisana przez naukowców. Ciekawe te PANowskie granty. Jak można coś takiego rozliczyć? Dzisiejsza przegrana jest fatalna - to nie jest jakiś błąd wynikający ze złego zrozumienia źródeł, czy niejasnych świadectw, czy ich braku, sprzeczności. Autor postawił się w pozycji nadrzędnego sędziego - uznał jedne świadectwa za wiarygodne a inne za niewiarygodne arbitralnie. No bo świadectw ocalonych nie można weryfikować nawet jak są sprzeczne jak w tym wypadku. Gdzie tu ten profesjonalny warsztat?

Sądzę, że PAN nie mógł odmówić grantów dla autorów "Dalej jest noc." Gdyby odmówił to mielibyśmy do czynienia z wielką, międzynarodową aferą. Już samo to, że ktoś broni swojego dobrego imienia przed sądem dla wielu tropiących polski antysemityzm jest naganne. Może jedynie warto dać dodatkowy grant na naukę języka niemieckiego dla pani Engelking. Z myślą o przyszłych dziełach.

Przydzielenie grantu naukowego to jedno a jego rozliczenie to drugie. Jest Sub Lupa i inni. Dwóch recenzentów sprawdza i takie kwiatki by wypadły a pozycja miałaby inny status.

Już w wiele umysłów, Szanowny, wcielałeś się, udowadniając co one myślały. Teraz wcielasz się w PAN. Ciekawe co dalej będzie? Bezpośredni telefon do Nieba? A co do antysemityzmu, stanowisz Pan dokłdny dowód na jego istnienie. A dla ostudzenia proszę sobie przypomnieć niesławnej pamięci ustawę o IPN spłodzoną przez mgr, mgr Z. i J. Jak rakiem się z niej wycofywano. A mieliśmy już Grom wysyłać do aresztowania winnych na drugim końcu świata.

Niedawno w Tygodniku Powszechnym zamieszczono dodatek związany z rocznicą wyzwolenia obozu Auschwitz. Zadałem sobie trud aby prześledzić losy niektórych hitlerowskich lekarzy przeprowadzających razem z doktorem Mengele eksperymenty na dzieciach. Głównie zresztą na dzieciach żydowskich. W "badania naukowe" zaangażowanych było wielu lekarzy w tym przełożony Mengele profesor Otmar von Verschuer. Po wojnie Verschuer został cenionym naukowcem w Niemczech, pracował jako profesor, a od 1956 był także kierownikiem Instytutu Antropologii Uniwersytetu we Freiburgu. Podobnie układały się losy pozostałych lekarzy. Mengele miał pecha. Nie zrobił kariery w Niemczech i utonął w Atlantyku. Ale Mengele był wyjątkiem wśród obozowych lekarzy. Czy twoim zdaniem Melchior to że profesor Musiał uznaje tezy profesora Grossa o tym, ze Niemcy wzorcowo rozliczyli się z mazizmem za bzdurę - co ja powtórzyłem - automatycznie robi z Musiała antysemitę ? A może to, że Musiał wytknął autorom omawianego dzieła nieznajomość języka niemieckiego robi z niego - i ze mnie - wroga Żydów ? Dodam od siebie. Pamięć o żydowskich dzieciach, nad którymi znęcali się niemieccy lekarze nakazuje piętnować historyków fałszujących obraz współczesnych Niemiec. PS Profesor Musiał ukończył Uniwersytet w Hanowerze więc prawdopodobnie ma odpowiedni potencjał aby ocenić znajomość jezyka niemieckiego twórców "Dalej jest noc".

Szanowny masz zbyt dużo wolnego czasu. Naprawdę? Żadnych obowiązków? Rodzina, dzieci? Mamusia wszystko zapewnia? Nie wszyscy mogą się takim darem poszczycić. Trzeba ganiać, zeby się jakoś utrzymać.Pozdrawiam. Żyj Pan sobie w swym sztucznym świecie.

Codziennie muszę konfigurować i zestawiać systemy kontroli dostępu dla odbiorców krajowych i zagranicznych. A w domu zwykle zajmuję się wnukiem. Mam nadzieję, że docenisz to, że znajduję czas na odpowiedzi na twoje niegrzeczne zaczepki. Pozdrawiam

Brukam sie myslami w tym temacie od lat - i nie moge pojac, i juz chyba nigdy nie pojme. Ilez madrych glow zabralo glos, profesorow, moralistow, "obroncow dobrego imienia". Nawet wsrod tych komentarzy. Ilez tu wiedzy o grantach, PAN-ie, IPN-ach i innych swietlanych instytycjach. Jedynie brak odrobiny refleksji - Ci Zydzi ktorzy "znikneli" to byli czyjs sasiedzi. Moze nie przyjaciele, ale przeciez ludzie ktorzy mieszkali obok, czasem od pokolen. Ich dzieci chodzily do szkoly z naszymi dziecmi. Wg papierow byli Polakami, obywatelami polskimi religii "mojzeszowej". Nawet w statystykach zbrodni niemieckich po wojnie mozna bylo wypiac piers do swiata ilu to "nas" zginelo w Auschwitz, Chelmnie, Treblince. Wiem, do dzis pamietam ze szkoly w latach 60-tych "mapy martyrologii narodu polskiego" z tymi miejscami, bez wzmianki o slowie "Zyd". I nagle po 70 latach okazuje sie ze to jednak nie "my" tam ginelismy, ale jacys "Zydzi". Obcy, nieznani, niepotrzebni. I kto nam smie przypominac, ze nie kochalismy ich jak braci? Skoro bezczelnie osmielili sie upomniec o pamiec o swoim meczenstwie - niech maja ja. Tylko niech juz sobie odejda z naszej zbiorowej nieskazitelnej pamieci, na zawsze. Ale oni nie odejda, bo maja prawo w niej byc. I ta "polska", tzn polsko-jezyczna i wylacznie katolicka zbiorowa pamiec tak dlugo nie zazna spokoju az sie nie roliczy ze swoich niegodziwosci. Tak jak rozliczyli i rozliczaja sie nadal Niemcy, Francuzi, Holendrzy i inne nacje, nie skazone mitem przeczystej niewinnosci.

Gratuluje, bardzo madre uwagi. Dlonie sciskam i pozdrawiam serdecznie.

Żartuje pan mówiąc o rozliczeniu z przeszłością Niemców, Francuzów czy też Holendrów. O niczym niezakłóconej karierze niemieckich obozowych lekarzy wspomniałem wyżej. Jak to pięknie ujął kanclerz Adenauer: "Jak się nie ma wiadra z czystą wodą to się nie wylewa wody brudnej". A o Holendrach pisał choćby nasz tygodnikowy znawca futbolu redaktor Okoński. Otóż holenderska liga piłkarska funkcjonowała z krótką przerwą w czasie całej hitlerowskiej okupacji. Rasowo "czyści" Holendrzy usunęli z zarządu Ajaxu i spośród jego zawodników Żydów i piłka toczyła się dalej. W przeciwieństwie do Polski gdzie mieliśmy wyjątkowo krwawą okupację. Nie tylko dla Żydów ale i dla nie-Żydów. W książce "Dalej jest noc" termin "morderca Żydów" pojawił się w stosunku do Polaków 19 razy, zero razy w stosunku do Ukraińców i dwa razy w stosunku do Niemców. Ale zadajmy sobie pytanie czy wśród Polaków rzeczywiście są mordercy ? Niewątpliwie tak. Jak podają kroniki kryminalne co roku ofiarą zabójstwa w naszym kraju pada około 1000 osób. W innych krajach jest gorzej ale to marna pociecha. Jesteśmy mordercami.PS hitlerowscy żołnierze ( także byli SS-mani )z Belgii i Holandii do dziś dostają emeryturę z Niemiec. To takie dość oryginalne rozliczenie z przeszłością. https://www.dw.com/pl/niemieckie-emerytury-dla-belgijskich-ss-man%C3%B3w/a-47615908

Gra na emocjach okazała się bardziej istotna niż historia w przypadku redaktorów. Bo przecież z tym mamy do czynienia. Szarże z jednej czy z drugiej strony są tylko patetycznym brukaniem się lub komiczną obroną okopów św. Trójcy. Wydawnictwo obejmujące gigantyczną pracę 9ciu autorów cierpi z powodu zabawy emocjami dwojga redaktorów. Jakoś nie słyszę ich protestu. Sąd bez udziału biegłego historyka stwierdził naruszenie podstawowej wartości - godności ludzkiej. I jak się okazało nie dotarło - będzie repeta. Rzeczywiście pamięć tragicznie zamordowanych i zamęczonych na to nie zasługuje

@plainduncan w środa, 17.02.2021, 20:08. A propos rozliczeń, przypomniał mi się artykuł z "Guardiana" sprzed kilku miesięcy, kiedy wydarzeniami dnia w Wielkiej Brytanii były manifestacje pod pomnikami kolonialnej przeszłości. Niektóre monumenty nawet spadły z piedestałów. W związku z tym pewna pani francusko-niemieckiego pochodzenia postawiła przed oczy Brytyjczykom Niemcy jako przykład wzorowych rozliczeń ze zbrodniczą przeszłością. Zacytuję fragment: "W Niemczech ci, którzy podążają za tłumem, nazywani są Mitläuferami. Mój niemiecki dziadek był, jak większość Niemców w czasach Trzeciej Rzeszy, Mitläuferem. W 1938 roku skorzystał z antysemickiej polityki nazistów i kupił za bezcen firmę od żydowskiej rodziny. Po wojnie jedyny ocalały z tej rodziny, której reszta zginęła w Auschwitz, zażądał reparacji, ale mój dziadek nie chciał uznać swojej odpowiedzialności. Po klęsce nazizmu większości Niemców zabrakło perspektywy czasu [...]. Trzeba było odwagi pokolenia mojego ojca, aby wyrwać ludność niemiecką z amnezji i uczynić z Mitläufera centralny element tego zadania pogodzenia się z przeszłością. Pomogło to wyostrzyć świadomość młodych obywateli..." etc. Artykuł nawet trzyma się kupy, ale po przeczytaniu do końca dotarło do mnie, że czegoś ważnego mi w nim brakuje. Mianowicie, czy rodzina - jeśli nie dziadek, to jego odważni i szlachetni spadkobiercy w drugim i trzecim pokoleniu - jakoś się w końcu rozliczyła z majątku zagarniętego w drodze (nie bójmy się tego słowa) narodowej zbrodni? Bo jeśli nie, to wsadźcie sobie w buty po dziadku wasze moralizowanie. [https://www.theguardian.com/commentisfree/2020/jun/23/germans-know-toppling-statues-confront-past-britain-empire-nazism]

Kiedyś bujałem się nieco po świecie ( jako radiooperator na statku ). Kilka miesięcy spędziłem w Indiach i na Sri Lance. Do dziś funkcjonują tam manufaktury herbaty z oryginalnymi maszynami pozostawionymi przez Brytyjczyków. Prawie cała sieć kolejowa w tych krajach została zbudowana przez władców Imperium, że o administracji tych krajów nie wspomnę. Zresztą wielu zamieszkałych na Wyspach Brytyjskich Hindusów pochodzi z Afryki gdzie pełnili sami bądź też ich przodkowie różne funkcje w administracji kolonialnej różnych afrykańskich krajów. No nie. Angole nie przybyli do Indii jako woluntariusze ale też nie urządzili Hindusom krwawej okupacji.

@plainduncan w czwartek, 18.02.2021, 19:43. "Angole nie przybyli do Indii jako woluntariusze". Ohoho!, oni sami bez mała tak to widzieli. ;) "Take up the White Man's burden / Send forth the best ye breed / Go bind your sons to exile /To serve your captives' need; / To wait in heavy harness / On fluttered folk and wild— / Your new-caught, sullen peoples / Half devil and half child" - R. Kipling. W tłumaczeniu Anny Bańkowskiej brzmi to tak: "Ponieście brzemię białego człowieka, / Ślijcie kwiat swoich młodzieńców, / Nakażcie synom iść precz na wygnanie, / Niech świadczą na rzecz waszych jeńców! / Niech służą, gnąc karki, w mozole i trudzie, / Tym trwożnym i dzikim plemionom, / Tym zniewolonym, niechętnym wam ludziom / Pół dzieciom, a pół demonom!". Jednak robiącym demolkę w Bristolu bardziej chodziło o udział Anglii w zbrodniczym tzw. handlu trójkątnym. To nie był Kulturtragung w żadnym sensie.

Dziękuję za przypomnienie, że pojęć języka polskiego - innych języków zresztą też - warto stosować w sposób precyzyjny. A handlu w trójkącie, rzeczywiście, nie sposób bronić.

Wątek wygląda na martwy, ale odnotujmy to zdarzenie: sąd skazał w sprawie cywilnej historyczkę za pomówienie ocalonej z Holokaustu o lesbijski romans ze strażniczką. Sąd był niemiecki, historyczka z uniwersytetu Warwick, pozwała ją córka pomówionej i zasądzono grzywnę 4000 euro. Sprawa nie jest bardzo świeża, bo wyrok skazujący pierwszej instancji zapadł w kwietniu zeszłego roku. Nie wiem, ile akapitów liczy praca dr Hajkovej i czy naruszenie dobrego imienia to jedyny grzech badaczki, ale chodzi o zasadę. W ogóle jest jakaś zasada, panie Redaktorze? https://www.theguardian.com/education/2020/dec/21/court-fines-historian-over-claims-holocaust-survivor-lesbian-affair
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]