Reklama

Dary

Dary

06.01.2021
Czyta się kilka minut
Uroczystość Objawienia Pańskiego, łączona z postaciami mędrców ze Wschodu, zachęca do wyjścia poza opłotki własnej tradycji religijnej.
Pokłon Trzech Króli, obraz malarza niderlandzkiego Hugona van der Goesa / DOMENA PUBLICZNA
Z

Zwykliśmy o nich myśleć, jako o trzech królach, których imiona brzmiały: Melchior, Kacper i Baltazar. Ale przecież tekst ewangelii mówi nie o królach, lecz o magach – religijnych mistrzach spoza tradycji biblijnej. I nie podaje ich imion. Otwiera to możliwość spojrzenia na te postaci zupełnie inaczej.

Prowokacyjna niespodzianka

Zdumiewające jest miejsce w Nowym Testamencie, w którym znajdujemy opowieść o mędrcach ze Wschodu – na początku ewangelii Mateusza. Jest to przecież ewangelia napisana we wspólnocie judeochrześcijan. Dla jej autora żydowskość wspólnoty pierwszych chrześcijan jest niezwykle ważna.

Mateusz (czy raczej: „Mateusz”, bo prawdziwego imienia ewangelisty nie znamy) przedstawia Jezusa jako nowego Mojżesza, który – choć jest kimś znacznie większym niż Jego historyczny poprzednik – wypełnia, co tamtem rozpoczął wyprowadzając lud Izraela z Egiptu. Co rusz przekonuje więc swoich czytelników, że najważniejsze wydarzenia z życia Jezusa są spełnieniem świętych pism.

W toczącej się wśród pierwszych chrześcijan dyskusji, na ile wspólnota uczniów Jezusa ma być otwarta na pogan, Mateusz zajmuje stanowisko polemiczne wobec Pawła z Tarsu. Ten ostatni głosił, że rytualne przepisy Prawa – w tym i obrzezanie – nie są już potrzebne. Autor pierwszej ewangelii zareagował wkładając w usta Jezusa mocne zdanie: „Zaprawdę bowiem powiadam wam: dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim” (Mt 5, 18-19).

I właśnie w tej ewangelii, na samym jej początku, czytamy, jak to po narodzinach Jezusa ze Wschodu przybywają mędrcy, magowie. Gdy w Jerozolimie jeszcze nikt nic nie wie, nawet ci, co badają święte zwoje Tory, oni – dzięki mądrości swoich religijnych tradycji – rozpoznali, iż narodził się mesjański król. I to oni pierwsi, wedle Mateusza, docierają do Dziecka, rozpoznają Jego tożsamość, oddają pokłon, składają dary.


Dariusz Kosiński: Orszak Trzech Króli przekształcił wzniosłość Epifanii w bliskość spotkania i narzędzie pedagogiki społecznej.


 

Owszem, można w tej opowieści usłyszeć echo psalmu o narodzonym mesjańskim królu, któremu „królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę; i oddadzą mu pokłon wszyscy królowie, wszystkie narody będą mu służyły” (Ps 72, 10-11). Jeśli to jednak echo – brzmi trochę inaczej niż pierwotny głos. Nie ma w nim władców ze wszystkich stron ziemi; są mędrcy ze Wschodu. A mesjański król nie panuje „od morza do morza, od Rzeki aż po krańce ziemi” – leży, jeszcze bezsłowny, nikomu nieznany.

No, może nie nikomu – istnieje mądrość, która rozpoznaje. Ale mądrość ta – i to właśnie musiało być szokujące dla pierwszych czytelników tekstu ewangelii – jest spoza tradycji Izraela.

Opowiadać dalej

Co za mądrość jednak? Jak się dowiedzieć tego, skoro nie za bardzo wiemy, kim byli magowie? Ani nawet – czy w ogóle istnieli? Historycznie bowiem, przyznają badacze, opowieść jest mało wiarygodna. Ponoć to raczej haggadyczny midrasz, mądrościowe opowiadanie, być może z ziarnkiem historycznej prawdy leżącym między wierszami (a być może bez), ale przed wszystkim z egzystencjalnie ważnym, teologicznym przesłaniem.

Jeśli to taka właśnie haggada, to mówi ona na pewno, że poza biblijną tradycją istnieje mądrość, która pozwala dostrzec boskość w świecie. A także, że mądrość ta przychodzi do nas i zostawia dary. To ważne, choć nadal niejasne przesłanie.

Nie ma co się jednak dziwić, że ewangeliczna haggada nie wyjaśnia wszystkiego. Taka jej natura. Jest przecież nie tyle wykładem, skończonym traktatem z jasno sformułowanymi tezami, co opowieścią, która zaprasza czytelnika do wejścia w świat, który otwiera, do egzystencjalnego zaangażowania i wypełnienia bardziej szczegółową treścią miejsc w historii, które sama tylko szkicuje delikatną, ledwie widoczną kreską.

A zatem – zaproszeni przez ewangelistę opowiadajmy dalej: kim byli Mędrcy, jakie ich imiona oraz co – ze Wschodu – przynieśli ze sobą.

Złoto

Złoto – bogactwo i władzę – przyniósł z nich najstarszy: Stary Mędrzec, Laozi. Mogło to być zaskoczenie. Laozi, jak głoszą starochińskie opowieści, miał niewiele, był, powiedzieć można, biedny. Władzy także nie miał – zgodnie z podaniami uciekł w góry, żeby nic nie znaczyć i nikim nie rządzić.

Uciekłem w góry – wyjaśnił Laozi, podchodząc do Dziecka – gdyż doświadczyłem, że „zaszczyty i hańba równo wzbudzają strach; człowiek z pozycją cierpi, lękając się o siebie”. Odkryłem też – dodał – że „kto wpiął się na palce – nie ustoi”, a „kto ponad miarę napełnia i ostrzy za bardzo – ten na długo nie zachowa; jeśli napełnić komnatę złotem i jaspisem, nikt jej nie ochroni; jeśli bogacze i wielmoże się pysznią, sami na siebie ściągają nieszczęście”.


Czytaj także: Obraz wędrówki Mędrców ze Wschodu jest niezwykle poruszający. Może jednak odwrócić naszą uwagę od istoty dzisiejszego święta – tego, jak się objawia nam Bóg.


 

Zadałem sobie pytanie – mówił dalej Laozi: „Twoje życie, czy twoje dobra – co cenniejsze?” Rozmyślając nad nim zrozumiałem, że „jeśli masz kosztowne pragnienia, wiele za nie zapłacisz; dużo zgromadzisz – wiele stracisz; kto potrafi zadowolić się tym, co ma, nie będzie cierpiał; kto potrafi się zatrzymać, uniknie niebezpieczeństw; ten potrafi długo żyć”. Odkryłem, że „im mniej się ma, tym lepiej; mnogość wprowadza zamęt”. Człowiek mądry „nic nie traci – bo nic nie ma”, „chroni jedność i staje się wzorem dla wszystkiego pod niebem. Nie eksponuje swej osoby, dlatego jaśnieje; nie perswaduje, dlatego przekonuje; nie podnosi własnych zasług, dlatego zyskuje uznanie; nie wywyższa się, dlatego przewodzi; z nikim nie walczy, dlatego nie można go pokonać”.

„Wiedzieć, jak zadowolić się tym, co się ma – nie ma zadowolenia bardziej trwałego” – to moje złoto, rzekł Laozi. Ofiaruję je tutaj, gdyż najwyższa mądrość, to „umieć być jak nowo narodzone dziecko”, które jeszcze nie mówi – albowiem „początek wszystkiego, nieba i ziemi, jest bez nazwy”.

Kadzidło

Kadzidło – świadomość wznoszącą się ku Rzeczywistości Ostatecznej – przyniósł Patańdżali. Tam skąd przychodzę – odezwał się cicho – pouczeni przez „Wedy” wiemy, że rzeka świadomości może płynąć ku dobru lub ku złu. Gdy rozprasza się w uwarunkowanym i bolesnym świecie, nie odróżniając prawdy od ułudy, płynie ku złu. Gdy podąża ku absolutnej wolności i ku Jedynemu – zmierza we właściwym kierunku.

Aby nadać tej rzece właściwy kierunek, mówił dalej Patańdżali, potrzebna jest „joga – powściągnięcie zjawisk świadomości”. A powściąga się je „za pomocą ćwiczenia jogicznego i bezpragnieniowości”. Potrzebne są do tego „zasady moralne, praktyki ascetyczne, odpowiednie pozycje ciała, opanowanie oddechu, wycofanie uwagi z chaosu świata i medytacyjne przykucie jej do czegoś jednego – które wiedzie do skupienia”.

Nie krzywdź – mówił Patańdżali – żadnego stworzenia, kochaj prawdę, nie kradnij, opanuj impulsy seksualne, nie posiadaj wiele. Oddaj się całym sercem boskiej Postaci, która się odbija wewnątrz ciebie. Siedź nieruchomo, ale bez napięcia i bez niewygody. Powstrzymuj oddech. Powtarzaj świętą głoskę OM, skup się na niej. Gdy, medytując w ten sposób, przykujesz uwagę do jednego punktu, dojdziesz do absolutnego skupienia i odkryjesz, że nie jesteś przedmiotem, ale czystym Widzeniem. I tej ciszy czystego Widzenia, przed wszelkim słowem, przed pierwszą myślą, nawet przed świadomością swego istnienia, poznasz prawdę.

Oto moje kadzidło. Ofiaruję je tutaj, gdzie leży nieporuszone Światło i patrzy.

Mirra

Mirrę – lekarstwo na ból – przyniósł Siakjamuni, mędrzec z rodu Siakjów, książę Siddhartha Gautama. Przystąpił ostatni, mówiąc: Jako młody chłopiec żyłem beztrosko w pałacu ojca; wymknąłem się stamtąd, spotkałem biedaka, starca i umierającego. Zrozumiałem, że cały świat płonie bólem: „narodziny są bolesne, starość jest bolesna, śmierć jest bolesna, smutek, narzekanie, przykrość, zły nastrój i rozpacz także są bolesne; nieuzyskanie tego, czego się pragnie, też jest bolesne; bolesne są wszystkie sposoby przywiązania”. Medytując pod drzewem, przebudziłem się, zobaczyłem sposób wygaszenia bólu.

Osiem składników ma moje lekarstwo. Trzeba mieć właściwy ogląd świata, pozbawiony złudzeń; podjąć decyzję; mówić i postępować tak, by nie czynić krzywdy; bez chciwości dbać o swoje utrzymanie; nie ustawać w wysiłkach; być uważnym; utrzymywać skupienie. Wtedy się dostrzega, iż „wszystko, co złożone, podlega zniszczeniu”. Zatem „lgnąc do czegoś, wchodzi się w bolesne uwarunkowanie, nie lgnąc do niczego – nie wchodzi się w bolesne uwarunkowanie”. Skoro zaś przyczyną bolesności jest pragnienie rodzące przywiązanie, zniszczeniem bolesności jest „całkowita obojętność wobec pragnienia, zniszczenie go, porzucenie go”.

Lekarstwo, o którym mówię, nie jest właściwie moje. Każda i każdy ma je w sobie, we własnej świadomości. Albowiem „każde rodzące się cierpienie ma świadomość jako swój warunek (…) uspokoiwszy świadomość, szczęśliwy osiąga wygaszenie”. Ponieważ to właśnie „nastawienie naszego umysłu kieruje tym światem, kształtuje go”. „Ten umysł jest świetlisty, brukają go zewnętrzne zanieczyszczenia” i teraz właśnie, a nie kiedy indziej, jest właściwy moment, by uzyskał czystość.


Andrzej Stasiuk: Był dzień Trzech Króli


 

Bowiem „jak koło jadącego wozu toczy się po ziemi jednym tylko punktem obręczy, gdy zaś wóz stoi spoczywa na ziemi tylko jednym punktem, tak też życie istot trwa przez moment, przez chwilę nie dłuższą od jednej myśli”. Zatem „przez uważną – z chwili na chwilę – przytomność wiedzie droga do nieśmiertelności; przez brak uważnej przytomności - do śmierci; uważnie przytomni nie umierają, nieuważni są jakoby już umarli”.

Dopiero taka uważna przytomność, pozbawiona przywiązania, pozwala zasmakować świata. Bowiem „ten kto nie jest wolno od pożądliwości, odczuwa zarówno smak potrawy, jak i pożądliwość przez smak ów wywołaną; natomiast ten, kto jest wolny od pożądliwości, odczuwa smak potrawy, ale nie pożądliwość przez ów smak wywołaną”.

To moja mirra – rzekł Budda. Ofiaruję ją tutaj, gdzie leży bez słowa uważnie słuchający wszystkich płaczów świata, współczujący każdemu bólowi.

Do siebie

Wiem, wiem, empirycznie rzecz ujmując, spotkanie takie nie było możliwe. To jednak opowieść. Opowieści zaś, inaczej niż historie z życia, nie urywają się nagle, lecz zmierzają do puenty. W tej czytamy, że mędrcy wrócili do siebie. Nie zostali tutaj, z nami, czytelnikami ewangelii. Pozostali, kim byli. Jeśli oddali pokłon, to nie naszej tradycji – jej jeszcze nie było – tylko Boskiemu Niemowlęciu. Temu, co ostateczne, lecz jeszcze nie wyrażone.

Zostawili dary. Złoto, kadzidło i mirrę. Są tu, przed nami, na wyciągnięcie ręki. Co z nimi zrobimy?

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Teolog i filozof, publicysta, bloger, redaktor działu „Wiara”. Doktor habilitowany, adiunkt w Katedrze Filozofii Boga i Religii w Akademii Ignatianum w Krakowie. Członek Krakowskiej Grupy...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

to pierwszy ciekawy i rozsądny tekst jaki na temat '3 króli' w życiu czytałem

@eddiepolo w środa, 06.01.2021, 22:18. To chyba retoryczna przesada. Chyba że ktoś nic innego w życiu na ten temat nie czytał. Taka sobie fanfiction, przyprawiona "ezotorycznie". Tylko czemu red. Sikora nie zilustrował jej jakimś clipartem, jak to ma w zwyczaju, lecz niderlandzkim malowidłem? Bez sensu. Możliwe, że to fotoedytor bezwiednie sięgnął do skarbnicy europejskiego malarstwa, bo w końcu na podstawie ewangelii wiele powiedzieć się nie da, a temat trzeba odfajkować co roku jakąś kulturalną pogadanką. W The Guardian z okazji Epifanii skupiono się na postaci ciemnoskórego Baltazara, bo dobrze pasuje do dzisiejszych czasów, a i o wątek homoseksualności dało się zahaczyć (przy okazji przedstawienia Dürera). Nie wiem, czy red. Sikora zdaje sobie sprawę, że robiąc z Baltazara Buddę ograbił Afrykanów z ich przedstawiciela, a tradycję z różnorodności. Dwóch Hindusów to jak dwa grzyby w świątecznym barszczu. A przecież nie musiał, bo Pismo nie mówi, że medrców było trzech. Michel Tournier na przykład uwzględnił czwartego i wyszła mu znacznie lepsza proza niż red. Sikorze. ;)

żadna przesada, na prostej zasadzie że nie to ładne co ładne, ale to ładne co się podoba - btw, chętnie poczytam te rzeczy które Sz. P. za ciekawe w tym temacie uznał, będę wdzięczny za linki - a co do "ciemnoskórego Baltazara" - chyba wyraźnie zaznacza red. S., że o "mędrcach ze Wschodu" pisze, czyż nie? na wschód od Betlejem, stamtąd przyszli, skojarzenia z Afrykanami mocno na wyrost

@eddiepolo w piątek, 08.01.2021, 09:36. Oczywiście. Jeden lubi, jak mu Cyganie grają... Nie namawiam do żadnej szczególnej lektury, chociaż powieść Tourniera nie jest zła. Zainteresowani dziejami toposu mogą zacząć od Wikipedii, jednak nie jest to jedna z tych rzeczy, z którymi trzeba koniecznie zdążyć przez zejściem z tego świata. Jak się rzekło, biblijna relacja jest króciutka i uboga w szczegóły, a słowo magoi najbardziej kojarzy się z chaldejskimi mędrcami, Afrykańczyk natomiast pojawia się po raz pierwszy u Bedy Czcigodnego (VII/VIII w.), mimo że temat stał się popularny dopiero w czasach nowożytnych, o czym świadczy obfitość jego reprezentacji w malarstwie renesansowym. Że Afryka leży na zachód od Judei, to prawda, ale dla okrągłoziemcy powinno być oczywiste, że w zasadzie każde miejsce na Ziemi jest "na wschód" od dowolnego innego - nie dalej niż 360° długości geograficznej. Naturalnie to żart; opowieść o mędrcach jest mitem, a więc "powtarzaną relacją o potężnym zdarzeniu" albo, jak chce Burkert, "tradycyjną opowieścią o wtórnym, częściowym odniesieniu do czegoś ważnego dla pewnej zbiorowości". Nie ma oczywiście czegoś takiego, jak "prawdziwa" albo "właściwa" wersja mitu. W pewnym sensie wszystkie są uprawnione, a więc wersja red,. Sikory też, gdyby przynajmniej nie wyprawiał do Betlejem dosłownie Buddy i Laozi. Baśń, nie baśń, ale musi to być jako tako do przyjęcia dla zdrowego rozsądku w ramach baśniowej licencji. Czyli, mówiąc po ludzku, diegetycznie spójne. Inaczej zmienia się w parodię, czasem nawet zabawną [https://youtu.be/opNyZ5vlyNI]. Pozdrawiam Redaktora i komentujących.

... tak mniej więcej postrzegają to chrześcijańscy teologie chińscy, jak choćby Mark Fáng Zhì Róng czy Jung Young Lee. Dzięki temu odkrywają dla nas - Europejczyków - nowe obszary Dobrej Nowiny i oczyszczają nasze spojrzenie z kulturowego nalotu. Więcej o tym można znaleźć w fantastycznych wykładach ks. dr. hab. Dariusza Klejnowskiego-Różyckiego - dogmatyka i sinologia w jednej osobie, wydanych pod tytułem: "Czy Bóg mówi po chińsku?", polecam: https://t.co/xwjO4u4bDq?amp=1
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]