Reklama

Nobel coraz bardziej ślepy

Nobel coraz bardziej ślepy

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
15.10.2020
Czyta się kilka minut
Ta nagroda od lat nie nadąża za tym, co w ekonomii najciekawsze i najbardziej aktualne. Dlaczego?
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
O

Oglądanie transmisji z ogłoszenia zwycięzców Nagrody Banku Szwecji w dziedzinie nauk ekonomicznych ku czci Alfreda Nobla (tak brzmi oficjalna i długaśna nazwa tej najnowszej z noblowskich kategorii) przypomina dzień świstaka. Co roku w drugi październikowy poniedziałek, koło południa, trzech panów reprezentujących komitet nagrody (jego członków nominuje Szwedzka Akademia Nauk) zasiada przed kamerami i ogłasza – najpierw po szwedzku, a potem po angielsku (z silnym szwedzkim akcentem) nazwisko laureata. Laureata, a nie laureatki, bo jak dotąd na 86 zwycięzców nagrody kobiety pojawiły się ledwie dwa razy. Zwycięzcą najczęściej jest Amerykanin – dwóch na trzech dotychczasowych noblistów pochodzi właśnie z USA. A jeśli już nagroda trafia do cudzoziemca, to raczej na pewno zatrudnionego na którymś z czołowych amerykańskich uniwersytetów.

Ale to wcale nie koniec corocznych noblowskich podobieństw. Po krótkim i treściwym (to zdecydowanie najlepsza część całego ogłoszenia) wykładzie-laudacji następuje próba połączenia się ze zwycięzcą drogą telefoniczną. I tu też jest zawsze tak samo. Wśród trzasków i rwącego się sygnału (jak gdyby Sztokholm i Boston albo San Francisco znajdowały się na innych planetach) pojawia się głos laureata. Jak zwykle otępiałego i tłumaczącego się, że w Ameryce jest środek nocy. Zgromadzeni na miejscu dziennikarze próbują wtedy zadawać pytania, na które zwycięzca odpowiada zazwyczaj półsłówkami. Nigdy jednak nie pada owo najważniejsze pytanie. Bo jakoś zadać go nie wypada. A powinno ono brzmieć: kim pan u licha jest, drogi laureacie? I dlaczego akurat pan wygrał?

Rzadki eksperyment

Dokładnie to uczucie towarzyszyło mi i w tym roku. Tzw. ekonomicznego Nobla za rok 2020 otrzymali w ostatni poniedziałek Paul Milgrom z Uniwersytetu Stanforda oraz Robert B. Wilson z Uniwersytetu Harvarda. W większości pisanych na gorąco komentarzy przeczytacie państwo pewnie, że są to „ekonomiści o uznanej renomie”, a także „wybitni specjaliści” w dziedzinie teorii aukcji. Usłyszycie też niechybnie, że aukcje są bardzo ważną dziedziną ekonomicznej analizy, bo otaczają nas w codziennym życiu: od internetowych zakupów i rynku energii po rozdzielanie częstotliwości radiowych czy kwoty na połów ryb. Prawda jest jednak inna. Niewielu ma na tyle tupetu, by ją wypowiedzieć na głos. A brzmi ona tak: tegoroczny Nobel dla Milgroma i Wilsona będzie miał dla debaty ekonomicznej znaczenie zerowe. Bo kluczowe ekonomiczne wyzwania naszych czasów omija szerokim łukiem. I nie jest to niestety wyjątek. Raczej reguła ostatnich lat. 


Paul Milgrom z Uniwersytetu Stanforda oraz Robert B. Wilson z Uniwersytetu Harvarda / Nobel Media. Ill. Niklas Elmehed

Spójrzmy bowiem wstecz. W roku 2016 wygrali Bengt Holmström z Uniwersytetu Stanforda Oliver Hardt z Princeton. Zostali nagrodzeni za swoje prace na temat teorii kontraktów. Ważne? Pewnie tak. Kluczowe? Niestety nie. W roku 2014 zwyciężył Jean Tirole. Ten przynajmniej nie był Amerykaninem, jak większość, lecz Francuzem i to (uwaga rarytas!) pracującym nie w Stanach, tylko w Tuluzie. Jego mikroekonomiczne badania dotyczą jednak spraw tak niszowych jak teoria gier i łańcuchy Markowa. Podobnie Noble z lat 2012 (Lloyd Shapley i Alvin Roth) albo 2011 (Thomas Sargent i Christopher Sims). 


Polecamy: WOŚ SIĘ JEŻY - autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


Chyba tylko dwa (no góra trzy) razy w ciągu ostatniej dekady przyznający nagrodę Banku Szwecji strzelili gdzieś w okolice kluczowych problemów ekonomicznych naszych czasów. Ale znów nie w sedno – tylko raczej na obrzeża tarczy. Raz wydarzyło się to rok temu – gdy nagrodzono Hindusa Abhijita Banerjee i Francuzkę Esther Duflo oraz najmniej znanego z całej trójki Michaela Kremera. Wyróżniono ich za pionierskie refleksje nad problemem biedy na świecie. Ich innowacyjność polegała na tym, że zamiast tworzyć jeden pasujący do wszystkich biednych zestaw środków zaradczych, postawili na eksperymenty. Nie było to może jakoś szalenie wywrotowe. Choć pewnie dla wielu ekonomistów i międzynarodowych organizacji pomocowych działających przez lata wedle zasady „my wiemy lepiej, czego wam w tym rozwijającym się świecie potrzeba” – całkiem przełomowe.

Drugi raz Sztokholm był bliski wyczucia pulsu światowej debaty ekonomicznej w roku 2015. Nobla dostał badacz nierówności Angus Deaton. Autor tzw. paradoksu Deatona, tłumaczącego, dlaczego nawet bardzo gwałtowna zmiana dochodu nie przekłada się w sposób oczywisty na zmianę struktury konsumpcji. A dzieje się tak dlatego, że bieda i bogactwo to nie tylko stan konta, lecz także (a może przede wszystkim) dyspozycja umysłu.

Kłopot z Deatonem polegał jednak na tym, że z biegiem czasu ekonomista z Uniwersytetu Princeton coraz chętniej śledził różnice między biedą i bogactwem. Ale raczej w świecie rozwijającym się. Wobec czego wychodziło mu, że z nierównościami globalnymi jest… coraz lepiej. Bo przecież dawni biedacy (na przykład Chiny albo Indie) gonią jednak tzw. bogaty Zachód. Deaton w swych pracach (zmienił to trochę w wydanych po Noblu książkach) zdawał się nie dostrzegać jednak problemu nierówności coraz bardziej widocznych wewnątrz świata bogatego. To mocno odróżniało go od innych ważnych (a niegodnych jak dotąd Nobla) badaczy problemu: choćby Francuzów Thomasa Piketty’ego czy Emmanuela Saeza, Serba Branko Milanovica czy (zmarłego w 2017 roku) Anthony’ego Atkinsona. Na ich tle Deaton był więc badaczem nierówności dużo bardziej obłym i odmawiającym postawienia kropki nad i. A co za tym idzie, mniej kontrowersyjnym. Dzięki niemu można było powiedzieć „no jak to: był Nobel za nierówności? No to o co chodzi?!”.

Z miłości do niskich podatków

Właściwe pytanie brzmi oczywiście „dlaczego”? Czemu sztokholmski komitet przyznający nagrodę dla badaczy ekonomii zachowuje się w sposób tak zachowawczy? Przypadek to czysty? Czy raczej pewna reguła? Pewne światło na to pytanie rzuca kilka nowszych publikacji na temat ideologicznych perypetii powstania i przyznawania tej najmłodszej nagrody w noblowskiej rodzinie. Pierwszy pokazał to już kilka lat temu historyk ekonomii Philip Mirowski w książce „The Thirteen Commandments of Neoliberalism” (Trzynaście przykazań neoliberalizmu). A potem choćby Avner Offer i Gabriel Soderberg w pracy „The Nobel Factor: The Prize in Economics, Social Democracy, and the Market Turn” (Czynnik noblowski. Nagroda, socjaldemokracja i zwrot prorynkowy). 

Ich argumentację da się streścić w sposób następujący: tę kategorię Nobla powołano do życia w roku 1969 i był to pomysł szwedzkiego biznesu, a zwłaszcza sektora finansowego. Chodziło o podniesienie prestiżu szwedzkiego banku centralnego (do dziś Riksbank jest patronem nagrody). I uniezależnienie go od wpływów politycznych (głównie zakusów ze strony szwedzkiej socjaldemokracji, która zawsze podkreślała, iż jest on ciałem znajdującym się poza bezpośrednią demokratyczną kontrolą i uchyla się od wspierania bieżącej polityki zwalczania bezrobocia albo przeciwdziałania kryzysom. 

Jednak pewnie nawet sami pomysłodawcy nie spodziewali się, że nagroda stanie się ideologiczną kolumbryną, której znaczenie błyskawicznie przekroczy granice samej Szwecji. Znacząco ułatwiając wielki neoliberalny zwrot w polityce ekonomicznej i gospodarczej ostatnich 40 lat. Działało to (w skrócie) tak, że przez dwie – trzy dekady Noble z ekonomii zgarniali niemal wyłącznie ekonomiści prorynkowi: Hayek, Friedman, Stigler, Becker, Buchanan, Coase, Prescott czy Kydland. A taki wysyp usankcjonowanych Noblem autorytetów mocno przełożył się na wyrugowanie z debaty ekonomicznej na Zachodzie ekonomii innej niż ortodoksyjnie liberalna. To, że tak wielu z nas mówiąc „podatki” – myśli: „najlepiej niskie”, albo myśląc „państwo” – dopowiada: „mniej efektywne niż rynek”, zawdzięczamy właśnie Noblowi z ekonomii. 

Upadające dogmaty

Oczywiście z biegiem czasu (po roku 2000) zestaw noblistów zaczął się poszerzać. Na przykład o tzw. neokeynesistów czy przedstawicieli ekonomii behawioralnej. Niepodważających z reguły podstaw neoliberalnego status quo, ale zwracających uwagę na pewne jego niedoskonałości. To Noble dla takich postaci jak Paul Krugman, Joseph Stiglitz, Daniel Kahneman czy ostatnio Richard Thaler albo (to bardziej neoschumpeterysta) Paul Romer. 

Wszyscy oni mówią i myślą o ekonomii jednak w sposób dość zachowawczy. Oczywiście, na tle tego, co było przed nimi, wychodzą na radykałów. Ale żadnymi radykałami nie są. Nagradza się ich na przemian z ekonomistami od kluczowych problemów współczesnej debaty oderwanymi. By nie powiedzieć obłymi i bez żadnego politycznego (nomen omen, bo to jednak Nobel) dynamitu. Jak choćby tegoroczni laureaci. Problem tylko w tym, że dzieje się to wszystko w czasach niespokojnych, gdy stawiane są fundamentalne pytania o przyszłość. A prawidła ekonomii neoliberalnej chwieją się w posadach. Otwarte jest pytanie o dopuszczalną wysokość długu publicznego. Wygląda na to, że rola państwa w promowaniu innowacyjności powinna być dużo większa niż dotąd. A inflacja jest we współczesnym świecie bardziej projekcją lęków niektórych ekonomistów niż faktycznym realnym zagrożeniem. Tego wszystkiego jednak komitet przyznający ekonomiczne Noble zdaje się nie widzieć. Wielka szkoda.


NAGRODA NOBLA  2020 – czytaj więcej w serwisie specjalnym >>>

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

nic dziwnego, Marks, Engels i Lenin już nie żyją, więc szans na nią nie mają - ale radziłbym powściągliwość w krytyce, a nuż ktoś kiedyś samego red. RW do tej nagrody zgłosi?...

kto jest zleceniodawcą, a w tej dziedzinie są to banksterzy. Tak porównując czemu służyły nagrodzone prace i jaki wpływ miały na społeczeństwa z fizyki, chemii, medycyny, z tymi z ekonomii to jak porównywać białe z czarnym. A Panu eddiepolo chiałem zwróić uwagę na niestosowność zrównywania Marksa, Engelsa i Lenina. Ten pierwszy był wybitnym ekonomistą, prekursorem sojologii, trohę mniej wybitnym filozofem, ten trzeci był psychopatą i zbrodniarzem.

zwracam uwagę, że zestawianie M+E+L nie jest moim autorskim pomysłem, ta trójca funkcjonuje od bardzo dawna w przestrzeni publicznej ideologii i publicystyki, ja na przykład pamiętam ją doskonale jeszcze z podstawówki - a który z nich kim był a kim nie, to w kontekście tekstu red. RW zupełnie nieistotne - on sam wszakże w relacji do Nobla, Komitetu Noblowskiego i laureatów nagród jest n i k i m, i wcale mu to nie przeszkadza wymądrzać się na te tematy, a nawet chyba wręcz pomaga ㋡

przy okazji zawracam też uwagę, iż Pańskie stwardzenie "wynik badań naukowych.. zależy od tego kto jest zleceniodawcą" plasuje Sz. Pana niebezpiecznie blisko frakcji płaskoziemców, a już na pewno w kręgu teoretyków spiskowych - więcej szacunku dla nauki i naukowców, proszę Pana! ㋡

Tego autora czytam zawsze. Nie w każdym przypadku się z nim w pełni zgadzam. Ale dzisiaj w pełni. Czekam zatem na kolejne, ciekawe i jak zawsze merytoryczne artykuły.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]