Reklama

Wiara i Kościół naszych dzieci

Wiara i Kościół naszych dzieci

27.07.2020
Czyta się kilka minut
Młodzi Polacy, lepiej poinformowani o świecie niż ich rówieśnicy z lat 60. ubiegłego wieku, coraz bardziej kwestionują autorytet Kościoła.
Z

Zaintrygował mnie artykuł Dariusza Kota „Wiara po remiksie”. Sięganie do amerykańskich doświadczeń, by przewidzieć przyszłość Polski, nie zawsze się sprawdzało. Słusznie więc autor o polskich dzieciach (i wnukach) pisze wstrzemięźliwie, ograniczając się do tego, co już na pewno wiadomo. A wiadomo, że w 2018 r. Polska „była najszybciej laicyzującym się krajem świata, jeśli brać pod uwagę różnice międzypokoleniowe. O ile wśród starszych 40 proc. stwierdziło, że religia jest dla nich w życiu bardzo ważna, wśród młodych – tylko 16 proc.”. Wiadomo też (na podstawie sondażu CBOS z 2015 r.), że gdy chodzi o znajomość treści wiary, to w głowach polskich katolików (obu pokoleniowych grup) panuje spore zamieszanie.

Co zaś do przyszłości, to prosta obserwacja pozwala zanotować niektóre zwiastuny idących przemian. Rzuca się w oczy np...

3394

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Szanowny księże Adamie! Proszę żyć długo i pisać jeszcze dłużej, bo prawda Twoich słów choć często poraża, ale jest nam niezbędna do zrozumienia dzisiejszej rzeczywistości.

oczywiście, ale przecież dorośli też są lepiej poinformowani... dlaczego zatem młodzi mają kościół gdzieś? - bo przede wszystkim już nie tak skutecznie tresowani, nie tak wystraszeni, z nie tak mocno jak ich rodzice wypranymi mózgami, i mniejsza o to dlaczego tak się dzieje bo to temat na inną dyskusję

Bliski?- bo w pełni zgadzam się z przytoczoną postawą młodych ludzi,choć do młodych się nie zaliczam.Sojusz tronu z Kościołem,miernota nauczania religii w szkołach,hipokryzja "naziemnego personelu Kościoła"/jak mówi szanowna siostra M.Chmielewska/,nierozliczanie pedofilii itp..powoduje lawinowe odchodzenie od Kościoła a często i wiary. Życzę Księdzu dużo, dużo zdrowia i głoszenia prawdy wszędzie gdzie to możliwe.Mądry i dobry Ksiądz jest nadal potrzebny. Szacunek.

Powodów odchodzenia młodych od Kościoła jest kilka, na pierwszym miejscu stawiałbym uniezależnienie się od rodziców i dziadków, najbliższej rodziny jako takiej. Nie muszą już mieszkać kątem u rodziny, siedzieć cichutko niczym myszki pod miotłą, nie są już monitorowani 24/h na dobę Wychowują dzieci tak jak sami uważają, stać ich na żłobek, przedszkole. Babcia z dziadkiem już nie ryją w głowach ich dzieci. Potrafią skrupulatnie ocenić jakość nauczania Kościoła, a ksiądz nie jest dla nich istotą z innej planety. Tym łatwiej im to przychodzi, im przewyższają go wykształceniem i obyciem. Dziś to zjawisko nagminne, gdyż jakość kształcenia i formatowania kapłanów ich poziom intelektualny, pozostawia wiele do życzenia. Protekcjonalizm etatowych sług Kościoła jest tym co ich mocno dystansuje od tej instytucji. Jeszcze nie przekłada się to na dopuszczanie swych pociech do przyjmowania sakramentów, ale to też się będzie zmieniać. Wydaje się, że dzwoni ostatni dzwonek na alarm, jest jeszcze jakaś szansa dotarcia do dzieci i młodzieży, ze strony ludzi kościoła, ale nie sądzę aby ją wykorzystali. Potrzeba zmiany mentalności, a to proces długotrwały. Z patologii, która młodych najmocniej drażni, wymieniłbym chciwość i kolaboracja z władzą. Takie sprawy, jak kolejny ślub Kurskiego raczej bulwersują starszych, na młode pokolenie to nie działa, stanowi być może jedynie dobry przykład w argumentowani swojego stanowiska obojętności wobec Kościoła. Formułowanie tez o ich rzekomym antyklerykalizmie, niechęci czy wręcz nienawiści do Kościoła jest całkowicie nieprawdziwe. Z dwojga złego, chyba właśnie tą obojętnością hierarchowie powinni się bardziej przejmować.

Wielu ludzi, młodych i nie tylko, chodziło kiedyś do kościoła z przywiązania, ze zwyczaju, był to tylko element ich tożsamości i nie wyobrażali sobie innego scenariusza. Nie chodziło tu o chęć zbawienia swojej duszy czy głębokie przekonanie o prawdziwości i słuszności takich praktyk. To opada, a zostają ci, którzy są mocniej religijni (nie użyłem tu słowa wierzący, ale właśnie religijni), inna sprawa czy te mniejszości w bezbożnym społeczeństwie pójdą w stronę chrześcijaństwa otwartego czy konfrontacyjnego religijnego fundamentalizmu z kompleksem oblężonej twierdzy (a ku temu są po trochu podstawy biblijne, a bardziej tradycja Kościoła, którą on sam sobie uświęcił). Mam wrażenie, że liczba świadomych, mocno religijnych katolików w ciągu kilkunastu lat znacznie wzrosła, dalej jest to pewna radykalna mniejszość, ale liczniejsza, o lepszej od ich ojców czy dziadów znajomości Biblii, historii kościoła, zasad wiary, obowiązujących dokumentów, klasyków myśli katolickiej itd.

Proponuję eksperyment. Ilu dorosłych ludzi, którzy w swoim życiu nie słyszeli o Mojżeszu, Jezusie czy Mahomecie przyjęłoby pod wpływem nauk kaznodziejów jakieś konkretne wyznanie ludu Księgi z całym pakietem obowiązujących zasad wiary? Oczywiście to zależy od stopnia świadomości jednostki, wiedzy o otaczającym świecie, wyższości intelektualnej czy też liczby spektakularnych cudów towarzyszących próbie nawracania. Przynajmniej tego ostatniego jestem w miarę pewien. Dalej uzyskany wynik może być zbliżony do wyniku ludzi, którzy w najbliższym czasie świadomie jako dorośli będą przyjmować dany system wierzeń.

ja się nad tym już kiedyś zastanowiłem - spadam z Księżyca na Śląsk Cieszyński, tabula rasa pod względem religijnym i z duchową potrzebą wielką, próbuje zatem przyłączyć się do jakiejś wspólnoty istniejącej, a mamy ich u siebie bez liku, rozglądam się i staram się rzecz jasna oceniać "po owocach" - nie będę pisał, co bym wybrał, ale jedno wiem na pewno: kościół katolicki w tym castingu zajmuje u mnie jedno z ostatnich miejsc - Bóg zapłać za uwagę i z Panem Bogiem

oportunisto, to zupełnie jak uczeni w Piśmie przewyższali Jezusa. Chyba coś się Ci się Przyjacielu rozmyło w jego nauce. Zachęcam także do przypomnienia wykształcenia i obycia Jego uczniów. Chyba Maria z Magdali stałaby najwyżej z nich pod tym względem. Po drugie:"Babcia z dziadkiem już nie ryją w głowach ich dzieci". Ponieważ zaliczam się do tej grupy (nie dzieci, rzecz jasna)zastanawia mnie fakt, czy rodzina składa się dla Ciebie tylko z jednego pokolenia? Czyli Twoje dzieci, jeśli je masz, są dla Ciebie tak obce intelektualnie i emocjonalnie, że muszą chronić przed Tobą własne dzieci? Nie mogę w to uwierzyć. Bo to niestety przeniesie się na kolejne pokolenie. Szkoda,że nie mogę poznać Cię w realu. Cóż to byłyby za rozmowy. Pozdrawiam.

Sądzę, że niezupełnie się rozumiemy. Jezusa bym nie mieszał do polityki kościelnej, to zupełnie inne historie. Dzisiejszy kapłan nie odwzorowuje, naśladuje Chrystusa i jego uczniów, jest on jak ulał osadzony w realiach faryzeuszy, uczonych w piśmie. Jedynym który potrafił z uczniów Jezusa czytać i pisać był zdaje się Judasz, ale mniejsza o to. Faryzeusze niewątpliwie w czasach ich świetności, brylowali obyciem i wykształceniem, a ich status społeczny nie był podważany. Nasi obecni kapłani, choć wśród nich wiele perełek, zazwyczaj to kiepskiej jakości urzędnicy kościelni, ich głównym zadaniem jest dbanie o dobrostan materialny instytucji. Co do rodziny i owszem do niedawna funkcjonowały w systemach wielopokoleniowych. Tutaj kłaniają się warunki mieszkaniowe i status materialny. Na wsi w jednym domu domu mieszkali dziadkowie, kontem rodzice z dziećmi, czasami nawet cztery pokolenia. Jadali wspólne posiłki, razem pracowali, dokładali środki finansowe do jednego garnka. Rządził jednak dziadek właściciel, on narzucał rodzinie co i jak. W miastowych blokowiskach nie było lepiej, młodzi katem mieszkali z rodzicami, teściami i musieli chować honor do kieszeni, całodobowy monitoring działał jak się patrzy. Dziś młodzi idą na swoje, kupują na kredyt, wynajmują, rodzina nie zagląda im do garów, nie inwigiluje, nie narzuca własnego widzimisię. Jest jeszcze coś, do niedawna starszych w rodzinie postrzegano jako doświadczonych życiowo, posiadających zasób wiedzy i umiejętności, mądrości, to się zmieniło, opadła kurtyna uzależnienia, gdy zostali sami bez wsparcia młodych, okazało się, że są słabi niezaradni, niewiele rozumiejący co się naokoło dzieje. Ich dorobek życiowy na młodych nie robi wrażenia. Nawet ci zaradni, którzy dorobili się tego i owego, pobudowali domy, mają problem z przekazaniem go następnym pokoleniom. Nie chcą starych chałup do remontu, wolą nowe i po swojemu urządzone życie. Zmiana ta nastąpiła całkiem niedawno i równolegle się rozwija z odchodzeniem ich od Kościoła, więc korelacja jest jak najbardziej oczywista. Ja nie narzekam na relacje z własnymi dziećmi i wnukami, zawsze prowadziliśmy z żoną dom otwarty i szanowaliśmy decyzje jakie podejmowały i podejmują. Same sobie wybierały szkoły, zawody, prace i partnerów, wspieramy ich bezinteresownie i nie wsadzamy nosa w ich życie. To jest ich problem, czy chodzą do kościoła czy nie, nie uczę pacierza wnuków, tak jak to robiłem z dziećmi, oni mnie o to nie proszą, a ja to szanuję. Gdy rozmawiam z moimi rówieśnikami, widzę ile to nastręcza im kwasu, jak ogromną odczuwają potrzebę narzucenia własnego widzimisię i jakie to odnosi skutki. Jest jeszcze jedno, Kościół nie jest na tym poziomie rodziny i nigdy nie był, platformą kształtującą więzi, wspólna celebracja świąt to jedynie drugorzędna sprawa w tym względzie.

Największym wrogiem kościoła są jego najwięksi wyznawcy ponieważ przy dzieciach dyskutują na temat nieprawidłowości w tej instytucji. Żyją w zaprzeczeniu ponieważ mają brać udział w ceremoniach, które są ważne w istocie funkcjonowania kościoła a są prowadzone przez osoby, które są bardzo krytykowane przez rodziców. Niestety kościół zaprzecza idei "po czynach ich poznacie".

W kosciol czy w Jezusa/Boga? Autor miesza tu moim zdaniem jedno z drugim. Czym innym jest negacja kosciola jako instytucji, czym innym wiara. I na oba twmaty moznaby duzo napisac. Mysle, ze w Polsce wciaz traktuje sie oba pojecia jako wymienne. To po pierwsze. Po drugie, jesli chodzi o "wiare", jak zauwaza Willigis Jaeger i nie tylko, czlowiekowi wspolczesnemu trudno jest po prostu uwierzyc, ze ktos 2000 lat przed jego urodzeniem, zadecydowal, ze kazdy czlowiek jest grzeszny i ze trzeba go zbawic. I ze ktoz za "grzesznika" umrze... I tak zdecydowal kochajacy Bog... Mysle, se ta wersja wiary chrzescijanskiej do wielu mlodych i nie tylko dawno nie przemawia. Wielu duchowych przewodnikow rowniez sie od niej odcina. Wiara chrzescijanska "koleguje sie" z innymi drogami duchowymi, tyle, ze czesc kosciola je nadal oficjalnie wyklucza i nie rzadko potepia. W swiwtle tych zmian - po trzecie - mowienie o "polskim katolicyzmie" za 40 lat traci myszka, a i nie rzadko ogarnia trwoga...

Wiara nie zależy od wiedzy, poziomu wykształcenia, pochodzenia społecznego, znajomości.Powiem krótko, albo to coś się ma, albo tego się nie ma.Czy ja mam? Tak. Czy chciałbym by naokoło inni mieli w tym młodzi? Tak. Powstaje pytanie? Dlaczego? Można by tu napisać, pracę doktorska, lecz nie o to chodzi. Moim skromnym zdaniem z dwu prostych przyczyn. 1 - Człowiekowi wierzącemu, zdecydowanie bezpieczniej, iść przez życie. Wiara daje pokój serca, nie mylić z tzw. świętym spokojem. 2 - Wiara daje nadzieję,na to co jest po drugiej stronie linii życia. Tego nie może dać, nikt na tym świecie, chociażby był super geniuszem. Najwybitniejsi też umierają i skądinąd to dla ludzi, dobra wiadomość, bo inaczej, za tych wybitnych na śmierć by szli ludzie prości( nie mylić z prostakami)bo ktoś wybitny by uznał, że lepiej dla ludzkości jest by umarło 1000 prostaczków, niż jeden geniusz. Czym zatem jest ta wiara, dla mnie? To najcenniejsza perła mojego życia. Bez niej, moje życie nie miałoby sensu.Jako człowiek wierzący, mam takie pytanie dla moich braci i sióstr w wierze, oraz wszystkich z otwartym sercem. Pytanie dodam, na które ja w sobie samym odpowiedziałem. Znamy wszyscy tą biblijną przypowieść, jak Piłat uwalnia Barabasza i wydaje na śmierć Jezusa, umywając przy tym ręce.A co by było, gdyby Piłat, ulegając swojemu sumieniu i namowom żony, uwolnił Jezusa a nie Barabasza? Czy powstałoby chrześcijaństwo? To bardzo ważne pytanie, egzystencjalne, można powiedzieć.

"A co by było, gdyby Piłat, ulegając swojemu sumieniu i namowom żony, uwolnił Jezusa a nie Barabasza?". To pytanie nie jest ani ważne, ani egzystencjonalne :) Dwa powody. Po pierwsze, każda odpowiedź na to pytanie ma zasadniczy mankament - nie można zweryfikować jej prawdziwości. To tylko domysły. Zresztą łatwo sobie wyobrazić, że uwolniony przez Piłata Jezus i tak mógł w końcu dokonać żywota na krzyżu. Po drugie, do alternatywnej wersji historii nie doszło. Co potwierdza, że zamysł Boga był nieunikniony. Ale co ja tam wiem :) Pozdrawiam serdecznie Szanownego Pana.

Do alternatywnej wersji historii, nie doszło."Co potwierdza, że zamysł Boga był nieunikniony", jak piszesz. Tak, pełna zgoda, zamysły Boga są nieuniknione. Bóg funkcjonuje w czasie, czy nam się to podoba czy nie. Lecz owe pytanie nie jest takie nieistotne, wręcz przeciwnie. Bo zobacz, gdyby nie było Wielkiego Piątku, nie byłoby Zmartwychwstania,później Wniobowstąpienia wreszcie Zesłania Ducha Świętego. Jezus nie wchodziłby przez zamknięte drzwi,uczniowie nie trudzili by się na drodze na Emaus,nie było by świadectwa św. Tomasza, itd, itp.Matematyku gdyby Piłat ułaskawił Jezusa a nie Barabasza nie byłoby Chrześcijaństwa, przynajmniej moim zdaniem. To jakby potoczyły się Jego dalsze losy, nie miałoby żadnego, większego znaczenia. Byłby jednym z dziesiątków, wędrownych kaznodziei wędrujących po drogach, ówczesnej Palestyny, którzy byli i przeminęli.Wniosek jest jeden,który zacytowałem z twojego postu. Bóg, jako byt osobowy, posługuje się swoją logiką.My tej logiki nie rozumiemy, lecz to nie oznacza, że Bóg nie ma do tego prawa. Ja jestem człowiekiem wierzącym, lecz brak mi wiary Abrahama, który gotów był Bogu poświęcić swojego syna. Dlatego on został ojcem narodów a ja jestem źdźbłem trawy. Na przykładzie Abrahama, można powiedzieć, Bóg nie wymagał od niego więcej, niż wymaga od siebie. To dla nas ludzi, dobra wiadomość. Wynika z niej, że dobry Bóg, kocha nas ludzi, jakąś niepojętą, nieograniczona miłością. Nawet wtedy gdy działa ona, tylko w jedną stronę. Również pozdrawiam.

Szanowny Pan ma bardzo infantylne pojęcie o losie świata - ba, Wszechświata w istocie - kiedy pisze "gdyby nie to i tamto itede..." - nie będę wykładał szczegółowo, to kwestia fizyki i matmatyki, proszę tylko przyjąć do wiadomości, że zaistnienie jakiegokolwiek zdarzenia nie jest uzależnione od innego pojedynczego zdarzenia, ale od nieskończonej wprost ilości zdarzeń równoległych, zaś wnioskowanie typu "gdyby nie było Wielkiego Piątku, nie byłoby Zmartwychwstania" to czysta dziecinada - a może byłyby dwa albo i trzy zmartwychwstania, skąd Pan wie?... a może to samo ale w innych okolicznościach?... [p.s. a co do Abrahama, jeżeli faktycznie PB od niego takiej ofiary by żądał, byłby patologicznym sadystą w sensie ścisłym, zaś Abraham gdyby się na nią zdecydował - fanatycznym głupcem]

Nie podejmę dalszej dyskusji w sprawie "co by było, gdyby..." :) Jednak podzielę się spostrzeżeniem na temat naszej oceny postawy Abrahama, który gotów był poświęcić Bogu swojego syna. Otóż myślę, że trzeba tutaj uwzględnić zmiany w postrzeganiu bliźnich i świata przez człowieka, jakie zaszły od tamtego czasu i, Bogu dzięki, postępują dalej. Zachowania naszych przodków uważane dzisiaj za barbarzyńskie, często były dla nich czymś naturalnym, nieobciążającym sumienia. Można powiedzieć, że etyka ewoluuje, moim zdaniem, ku lepszemu :) Dlatego nasza ocena zachowania Abrahama nie jest obiektywna, nie będzie więc sprawiedliwa. Inaczej też postrzegamy Boga. Stąd nie przyjmuję twierdzenia, że brakuje Panu wiary Abrahama, bo tak naprawdę nie wiemy, w co wierzył. Ale co ja tam wiem :) Pozdrawiam serdecznie Szanownego Pana.

Wydaje się, że każdy szuka bezpiecznej drogi przez życie, nie tylko wiara ją daje. Wiara to z kolei coś zupełnie innego niż religia, ta zaś niekoniecznie ułatwia szukanie właściwej drogi, powiedziałbym nawet, że ją uniemożliwia narzucając gotowy szablon. Idziemy do kościoła bierzemy udział w celebrze, na sygnał wstajemy, klękamy, śpiewamy, odpowiadamy wyuczonymi formułkami. Takie jest całe nasze życie jeśli pozwolimy się religii przeorać. Zaryzykowałbym nawet, że wśród tych najgorliwszych wyznawców połowa nie posiada umiejętności rozumienia czym jest 10 przykazań i co z nich wynika, o stosowaniu ich w codziennym życiu szkoda pisać. Czy wiara, religia daje nadzieję na to co jest po drugiej stronie życia? Być może, jestem jednak w wieku, gdy odchodzenie pokolenia moich rodziców jest rzeczą oczywistą. To odchodzące pokolenie nosiło w sercu wiarę i religijność bezkompromisową, utrwaloną doświadczeniami trudów życia o jakich ja i moje pokolenie nie ma pojęcia. Dziś są schorowani, samotni, bezradni, całkowicie uzależnieni od innych. W ich zachowaniu nie ma krzty spokoju, nadziei, wiary w lepszy byt po śmierci, jest za to wszechogarniający strach przed nią, przed bólem i cierpieniem, nawet żal do Boga, że tak to paskudnie urządził. Wierzący człowiek nie cierpi godniej, a obiecany wieczny odpoczynek nie działa kojąco. Powiedziałbym nawet, że drobne grzeszki popełniane w życiu, powodują dodatkowe lęki. Zabawa w gdybanie nie przystoi człowiekowi wierzącemu, wszak Bóg jest nieskończenie doskonały, policzone ma nawet nasze włosy na głowie, jeśli tym torpem idziemy, to wszystko co było jest i będzie jest w jakiś sposób zaprogramowane.

wiejskiej parafii. Niedziela ludzie idą na Mszę. Chłopy te starsze i te w średnim wieku, przez bramę przechodzą i cienia szukają, na poświęconej ziemi, przecie. A tam będą się pod ołtarz pchali, jak te baby. W początkowych wiekach chrześcijaństwa, przed wejściem do kościoła, stali najwięksi grzesznicy, za pokutę to mieli, prosząc wchodzących,by się za nich modlili. Jak by to tak, tym moim braciom bramkowcom, powiedzieć? E....tam panie, tak, te miastowe gadają.Bóg tak, kościół nie, modne hasło, jak je słyszę, to w/g mnie oczywiście, obraz człowieka niedojrzałego duchowo a często też emocjonalnie.Inaczej, To zwykł łatwizna, tandeta. Kościół powstał z wyraźnej woli Bożej, bo właśnie w Kościele grzesznych ludzi, mamy się zbawić. Jakby wszyscy wokół, byli doskonali, to co to byłaby za zasługa. To Jezus grzesznych ludzi,uczynił apostołami. Lecz ty mi napiszesz, że Pismo Święte, czytają często obłudnicy. Jeżeli nawet jest to częściowa prawda, to pytam się, co z tego? Jedni zdradzają swoje żony a inni są im wierni, przez całe życie, nawet wtedy, gdy te żony, są tego nie warte. Albo odwrotnie. Czynią tak, bo właśnie poważnie traktują swoją wiarę. Dbaj o swego ojca, nawet gdyby rozum stracił.Ze starości ma się rozumieć.Tak uczy znowu ta Biblia. Bo starość jest straszna, dla wierzących i niewierzących.Jeżeli jeszcze jest w miarę zdrowa, to daj Panie Boże.Jak jest inaczej, mamy problem. Zastanawiam się czy byś Oportunisto, pasował do tej grupy bramkowców? Pewno tak, a potem na piwo. Lecz zakładam, że na niedzielną Mszę, chodzisz, razem z żoną a ona by cię do tych chłopów nie puściła. Mądra żona to prawdziwy skarb.Dobranoc.

ten drugi widać sprawiedliwie PB podzielił, bo ponoć wszyscy zadowoleni z przydziału - zaś tacy jak na przykład ja, co absolutnie żadnej potrzeby wiary w cokolwiek nie odczuwają [choć jak wszystkim wkoło i mnie od dziecka wmawiano, że wierzę i że tak trzeba] są z tego b r a k u akurat kontenci ㋡ [p.s. uprzedzająco dodam dla tych, co slogan "wiara jest łaską" lubią powtarzać, że mnie nikt, a już na pewno żaden rodzic, łaski nie zrobi wiarą obdarowując, sam bym jako rodzic takiego nazwał m a r n y m rodzicem]

Czyż godne korzystanie z rozumu nie jest łaską dla nas samych i otoczenia? Powiadasz Eddie, ze nie odczuwasz żadnej potrzeby, korzystania z wiary w cokolwiek. Naprawdę? Nie wierzę, jesteś dobrym aktorem. Miłość kobiety do mężczyzny, do dziecka,do Ojczyzny czy to nie jest oparte na wierze? Przecież tego nie można dotknąć, namacać. Jeżeli możemy kochać, to co widzialne, dlaczego nie możemy kochać tego co niewidzialne? Przecież takie coś byłoby właśnie ograniczenie naszego ludzkiego rozumu i wynikającej z niego percepcji. Dlatego Eddie, nie kupuję, twojego delikatnie mówiąc lekceważenia wiary. Wręcz przeciwnie, chciałbyś, tylko być może ci nie wypada. Bo co by twoi znajomi a nawet rodzina powiedziała. Taki kozak a poleciał przed ołtarz............O konfesjonale nie wspominając.Dobranoc.

dyrdymały Pan posuwa nieopisane, co mi wypada i co moja rodzina,, w co mi wierzy a w co nie - widzi Pan, ja wiem albo nie wiem, a Pan wierzy albo nie wierzy, i taka to jest różnica między nami, kolosalna uważam z punktu widzenia ontologicznego [p.s. tzw. 'miłości' do kobiety czy do dziecka są oparte na h o r m o n a c h, proszę Pana, a ta niby 'do ojczyzny' to jest zupełnie inna bajka, z wiarą także nie ma nic wspólnego]

Ogromnie dziękuję Księdzu, zapewne mającemu urwanie głowy w związku z filmem, że znalazł czas na przeczytanie i skomentowanie mojego tekstu :) Aby się odwdzięczyć, chciałbym "nie chować głowy w piasek" i coś konstruktywnego zasugerować. Otóz mój artykuł opisuje, jak młodzi Amerykanie - dodam tutaj, że wściekli na sojusz chrześcijan (ewangelików) z Trumpem i sojusz Demokratów (liberalizmu) z bankami i korporacjami - eksperymentują w zakresie nowych religii. Część tego zamętu jest autentyczna, ale brakuje im oczywiście doświadczenia starych Kościołów. Część jest sztuczna, to są pułapki na naiwnych. Pomysłowe firmy i partie po prostu dosypują religię jak przyprawę do różnych usług i ideologii, które starają się dobrze sprzedać... W obu wypadkach młodzi ludzie są w ogromnym niebezpieczeństwie. Wielu z nich zostanie zmylonych, oczarowanych i wyrzuconych na śmietnik (po wpłacie lub oddaniu głosu w wyborach). Stare Kościoły Zachodu - zwłaszcza największy z nich - mogłyby nie starając się koniecznie o nowe nawrócenia, zbudować tu bezcenny parason ochronny. Pomóc w tworzeniu uniwersalnej, neutralnej edukacji w zakresie tzw. "czegoś więcej" w życiu. Szerszego obrazu świata. Autentycznej wspólnoty. Poważniejszych życiowych ambicji. I wzmacniających to wszystko rytuałów. (Tara Burton ciekawie ten uogólniony schemat religii opisuje). Zanim jako duchowni powiecie młodym: odpowiedzią jest Jezus, warto może najpierw stworzyć warunki, w których młodzi ludzie sami potrafiliby zadawać odpowiednie pytania? I nie nabieraliby się na odpowiedzi-podróbki? Oczywiście wielu z nich znalazłoby w końcu zupełnie inne Wielkie Odpowiedzi, ale jestem pewny, że nawet oni całkiem inaczej widzieliby taki bardziej opiekuńczy Kościół...). Część może nawet by kiedys wróciła - np. sama Tara Burton, która przeszła w życiu przez wiele z tych nowych remiksowanych religii - jest teraz katoliczką, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu. Pozdrawiam serdecznie!

O jedno tylko chodzi w gruncie rzeczy, i to się streszcza w następujących pytaniach: . Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa Syna Bożego, ukrzyżowanego i zmartwychwstałego? . Jeśli tak, następne pytanie brzmi: Czy żyjesz wiarą w Chrystusa? Jeśli nie...to powiedz dlaczego. Nie chcesz o tym mówić...Nie interesuje Cię to...Powiedz dlaczego. Nie chcesz o tym w ogóle rozmawiać? No to nie rozmawiajmy. Ale to pokaż jak żyjesz? Czy byłeś, od czasu do czasu, albo raz tylko, dobrym Samarytaninem - czyli człowiekiem, którego sam Chrystus podaje nam za przykład, bez względu na religię, jaką wyznaje.

Tak! Trzeba naprawić mój Kościół! Nie odrzucić, lecz naprawić! Myśl o tym narasta we mnie od kilku lat. Tradycja wielu pokoleń protestanckich wśród mych przodków sprawia, że z zazdrością i podziwem patrzę na świadome przeżywanie wiary przez wielu polskich ewangelików. Coraz więcej argumentów wskazuje na konieczność ponowienia symbolicznego aktu przybicia do drzwi Katedry Zamkowej w Wittenberdze przez Marcina Lutra w dniu 31 października 1517 tez naprawczych Kościoła. Tezy naprawcze dla Kościoła Katolickiego w Polsce trzeba zredagować inaczej, punktując różnice dzisiejszej praktyki Kościoła w zestawieniu z tym, co pochodzi od Chrystusa. Do redakcji tez trzeba zaprosić starannie dobranych wierzących członków Kościoła, dysponujących poważną wiedzą biblijną, z historii Kościoła oraz praktycznie znających zarówno młodsze pokolenia, jak też mechanizmy skutecznej komunikacji społecznej. Warto skorzystać z doświadczeń i praktyki innych kościołów chrześcijańskich, oraz zapytać o zdanie mądrych duchownych. Warto rozważyć parę propozycji zmian, gdyż historia nie powtarza się nigdy: - Luter przybił tezy od zewnątrz, symbolicznie umieszczając się poza murami świątyni. Jeśli celem ma być skuteczna naprawa a nie atak, to tezy naprawcze trzeba przybić na drzwiach od wewnątrz katedry pozostając w Kościele, by go wspólnie z dołączającymi wiernymi i duchownymi - poprowadzić skuteczny proces naprawy! - Luter przybijał tezy nocą. Współczesną naprawę Kościoła trzeba inaugurować przy dźwięku dzwonu Zygmunta, w pełnym świetle dnia! - Luter przybijał tezy wbrew i przeciw grzechom hierarchii. Marzy mi się, że tezy opracowane przez wiernych do drzwi katedry osobiście przymocuje biskup ordynariusz, w uroczysty sposób otwierając proces naprawy! Tylko gdzie dziś w Polsce znajdziemy biskupa gotowego wraz z nami wejść do nieznanej rzeki? Mam też wątpliwości: - Jak sprawić by powtórka historycznej akcji nie była tylko teatrem rekonstruktorów historii? - Powtórne przybicie Tez Naprawczych Kościoła Katolickiego wzbudzi emocje! Ważny będzie długofalowy ich efekt. Jak sprawić by nastąpiło podjęcie procesu skutecznej naprawy, a nie proste otwarcie kolejnego frontu wojny polsko-polskiej. - Jak możemy przygotować wierzących do uznania potrzeby i podjęcia, a nie odrzucenia tej inicjatywy? - Jak przekonać duchowieństwo, że trzeba rozciąć tę gorszącą więź, gdy czerpie ono garściami ze zblatowania z władzą? - Nie wiem, czy nie jest już za późno? Czy w młodszych pokoleniach znajdą się jeszcze ludzie, którym na przetrwaniu wiary i Kościoła choć trochę zależy?

Tezy najlepiej przybić gwoździami do głowy - będą przypominać koronę cierniową...

Tylko co to zmieni?

i zaczekać, czy coś to zmieni. Zawsze można próbować przygasić kogoś napalonego. Nie wyłączając mnie;)

Od nas nic nie zależy. Administracja Kościoła wie lepiej, arbitralnie. Się nie dyskutuje z Kurią (Kurski). Jest zapewne sporo wiernych którzy to przyjmą jako dogmat. Z nimi nie ma problemu. Są też myślący wierni, którzy nie godzą się na taki stan rzeczy, którzy potrafią odróżnić zapisy Ewangelii od tego co kłapie ksiądz na kazaniu. Każdego kto przeżywa kryzys wiary w Kościół, zachęcam do zainteresowania się Archidiecezją Łódzką. Tam jest nasz prawowity krakowski Metropolita. Niesamowity kapłan, robi dobrą robotę, wbrew całemu episkopatowi. Jeśli Kościół w Polsce przetrwa to właśnie dzięki takim Rysiom jak Ten :)

który może sobie rościć prawa do synonimu "prawowity". Pomyśl o innym:)

Co to ma do rzeczy ? Nie znam nauczania kościoła prawosławnego, ale w ciemno obstawiam że na nikogo nie szczuje.

...

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]