Traktat o Kościele

„Problem »Tygodnika Powszechnego«” – tak biskup Karol Wojtyła zatytułował swój raport z 1962 r., którego adresatem był prymas Wyszyński, a który dopiero dziś ujrzał światło dzienne. Co to za dokument...

Reklama

Traktat o Kościele

Traktat o Kościele

18.05.2020
Czyta się kilka minut
„Problem »Tygodnika Powszechnego«” – tak biskup Karol Wojtyła zatytułował swój raport z 1962 r., którego adresatem był prymas Wyszyński, a który dopiero dziś ujrzał światło dzienne. Co to za dokument?
Spotkanie z redakcjami „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku” w siedzibie arcybiskupów krakowskich po nominacji abp. Karola Wojtyły na kardynała, czerwiec 1967 r. / Archiwum „Tygodnika Powszechnego”
B

Był rok 1961, gdy polscy biskupi ­zaniepokoili się „Tygodnikiem Powszechnym”. Niektórzy z nich pytali, czy może on określać się jako pismo katolickie. Prawdopodobnie wtedy przewodniczący Episkopatu prymas Stefan Wyszyński zwrócił się do metropolity krakowskiego abp. Eugeniusza Baziaka z prośbą o przedstawienie stanowiska. Arcybiskup, który troskę o „Tygodnik” już wcześniej powierzył Karolowi ­Wojtyle – od 1958 r. biskupowi pomocniczemu – jemu też zlecił opracowanie dokumentu, o który poprosił kard. Wyszyński.

W marcu 1962 r. dokument taki, zatytułowany „Problem »Tygodnika Powszechnego«. Próba analizy”, został przekazany kard. Wyszyńskiemu, wraz z wprowadzającym listem bp. Wojtyły. Nieco później (być może na prośbę prymasa) autor przekazał jeszcze „Aneks”. W liście bp Wojtyła wyjaśniał, że jego analiza ma pomóc („według uznania Waszej Eminencji!”) do „ustalenia poglądów na temat katolickości »Tygodnika Powszechnego« w gronie Dostojnego Episkopatu”.

„Starałem się uchwycić problem »Tygodnika Powszechnego« od strony tego wszystkiego, co dlań jest najbardziej istotne i znamienne – pisze przyszły papież. – Istnieje moim zdaniem jakaś zasadnicza koncepcja tego pisma oraz jego wewnętrzna linia. Zdaje mi się przeto, że przyznawanie mu lub też odmawianie prawa do tego [katolickiego] charakteru, jaki ono samo wyznaczyło sobie w podtytule, zależy w pierwszym rzędzie od przyjęcia lub też odrzucenia owej jego zasadniczej koncepcji i linii”


100. ROCZNICA URODZIN JANA PAWŁA II – CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


 Bp Wojtyła podejmuje więc problem katolickości „Tygodnika”. Jednak nie jest to ani apologia, ani oskarżenie, lecz traktat o Kościele. Konkretnie: o miejscu i roli w nim ludzi świeckich. 

Przechowywaną w Archiwum krakowskiej Kurii Metropolitarnej kopię tych dokumentów, dotąd niepublikowanych, odnalazł i zamieścił w swojej książce – wydanej niedawno z okazji stulecia urodzin Karola Wojtyły – ks. prof. Jacek Urban, dyrektor tego Archiwum [o książce piszemy w tym numerze – red.]. Objętość dokumentu to kilkadziesiąt stron maszynopisu. Całość publikujemy na naszej stronie internetowej >>>

Katolicki, nie kościelny

Bp Wojtyła zaczyna od zwięzłego przypomnienia historii „Tygodnika”, „który swym ładunkiem treściowym nie miał chyba precedensu”. Pisze, że po 1945 r. wydawanie takiego pisma okazało się potrzebne, bo w polskim katolicyzmie „nagromadziły się w ciągu tegoż dwudziestolecia [międzywojennego] i okupacji pewne nowe energie, które potrzebowały takiej właśnie krystalizacji, zwłaszcza na tle nowych stosunków, jakie po zakończeniu wojny natychmiast się u nas zarysowały”. 

Autor podkreśla, że początkowo „Tygodnik” – w latach 1945-53 wydawany przez Kurię Krakowską – był pismem „nie tylko katolickim, ale wręcz kościelnym”, a jednocześnie „na tle szerokiej dyskusji światopoglądowej (...) jednym z głównych organów, poprzez który wypowiadała się strona katolicka”. Pismo związane z Kurią nie angażowało się politycznie, traktując politykę „li tylko sprawozdawczo”. 

Jednak nie tamten rozdział historii pisma interesuje autora. Dla bp. Wojtyły moment przełomowy to rok 1956. Gdy po „odwilży” w komunistycznej PRL pismo wraca do prawowitej redakcji, Kuria Metropolitalna nie jest już jego wydawcą. Robiony przez tych samych ludzi co przed 1953 r., „Tygodnik” pozostaje katolickim pismem społeczno-kulturalnym, ale wydawanym przez zespół świeckich katolików. Nie jest więc już „w żadnej mierze pismem kościelnym, ale tylko pismem katolickim”. Związek z Kurią Metropolitalną redakcja zachowuje dzięki osobie asystenta kościelnego, mianowanego przez krakowskiego ordynariusza, a kompetencje asystenta dotyczą ortodoksyjności publikowanych materiałów religijnych.

Dzieło katolickiego laikatu

Bp Wojtyła kładzie nacisk na to, że pismo „w swej dzisiejszej postaci to w o wiele większej mierze dzieło katolickiego laikatu, aniżeli w swej [postaci] pierwotnej”. „Tygodnik” sprzed roku 1953 „o wiele bardziej uczył, chociaż także dyskutował”. Obecny przede wszystkim obserwuje i dyskutuje. „Pod pewnym względem socjologia zajęła w nim miejsce ­filozofii i teologii – jest to jednak proces raczej dobrze wyważony, zgodny z ogólną przemianą umysłowości”. Autor dodaje, że „Tygodnik” „jest może teraz bardziej religijny, podczas gdy dawniej był bardziej światopoglądowy i teologiczny”.

Jeśli świeccy katolicy angażują się w wydawanie tego pisma, to dlatego, że czują się odpowiedzialni za Kościół – pisze autor. Nie można zaś być odpowiedzialnym, pozostając „w roli elementu słuchającego (Kościół słuchający) i biernego”. Powstaje nowa sytuacja: pojawienie się „laikatu nauczającego”, będącego dopełnieniem nauczania hierarchicznego.

Świadom uprzedzeń wobec „Tygodnika”, bp Wojtyła stawia zasadnicze pytanie: „Które konflikty wynikają z błędów doktrynalnych, a które są tylko produktem odrębnego sposobu widzenia tych samych prawd i tych samych spraw, innego nieco u świeckich niż u duchownych?”. I dalej opisuje ten „świecki” sposób widzenia i oczekiwań, aby „Kościół był bardziej dla świeckich niż dotąd, bo dotąd był bardziej dla duchownych”. 

Rzecz o doktrynie

„Nauczający laikat” chce być w zgodzie z nauczającym Kościołem – pisze bp ­Wojtyła i podkreśla, że w „Tygodniku” wprawdzie „bywają potknięcia, ale upor­czywego błędu nie ma”, a trzeba też odróżnić błędy doktrynalne od błędów postępowania czy taktyki. 

Podważa też niektóre stawiane „Tygodnikowi” zarzuty. Np. pyta, czy błędem doktrynalnym jest wyczuwalna w „Tygodniku” tendencja, aby katolicyzm ­„polski” (z jego mocnym powiązaniem pierwiastka narodowego z religijnym) zastąpić katolicyzmem „uniwersalistycznym” (powszechnym!). I podaje drażliwy – dla prymasa Wyszyńskiego – przykład entuzjastycznej reakcji ­„Tygodnika” na Sobór Powszechny z ideą zjednoczenia chrześcijan (przypomnijmy, że Sobór Watykański II miał zacząć się za kilka miesięcy, jesienią 1962 r.) oraz pewien dystans, z którym redakcja traktuje Wielką Nowennę millenijną, sztandarowy projekt kard. Wyszyńskiego. 

Akcentowanie uniwersalizmu jest czymś pozytywnym – pisze bp Wojtyła – jednak robi wrażenie désintéressement w stosunku do tego, co jest zwyczajne i przeciętne w polskim katolicyzmie oraz w Kościele w Polsce. To zaś, pisze dalej, musi wywoływać sprzeciw u ludzi, którzy są ściśle związani właśnie z teraźniejszością Kościoła w Polsce, jak hierarchia i duchowieństwo. 

Omawiając jeszcze kilka stawianych „Tygodnikowi” zarzutów (o elitarność czy estetyzm), bp Wojtyła tłumaczy, że aprobata (lub dezaprobata) pisma, aby była sensowna, musi dotyczyć samych założeń i zasad. „Tymczasem u nas – pisze bp Wojtyła, być może mając tu na myśli grono biskupów – zwraca się uwagę na różne szczegóły, tj. na publikacje, które z punktu widzenia katolickiego robiły wrażenie niewłaściwych, bądź w znaczeniu teoretycznym, bądź praktycznym”, nie docierając do istoty rzeczy. „Nie będziemy jednak – konkluduje – akcydentalnych potknięć uważać za przekroczenie granic katolickości”.

Misja świeckich

Biskup Karol Wojtyła był świadom uprzedzeń części Episkopatu. W swym tekście chciał nade wszystko przedstawić „Tygodnik” jako realizację misji świeckich w Kościele, jej specyfikę, różną od misji osób duchownych.

Wiedział, jak świeccy potrafią irytować duchownych, zwłaszcza biskupów, oraz jak duchowni są postrzegani przez świeckich. Chciał też doprowadzić do zaprzestania ataków na „Tygodnik” z powodu jednej czy drugiej niefortunnej publikacji. Znając dobrze ludzi ze środowiska „Tygodnika” i „Znaku”, cenił ich poważne zaangażowanie religijne i chronił przed zagrożeniami, których był, jak widać, świadom. Cenił ich, ale nie idealizował. Jako obrońca był skuteczny, bo może dzięki tamtym polemikom „Tygodnik” do dziś pozostał katolickim pismem społeczno-kulturalnym.

Napisane przez 42-letniego krakowskiego biskupa pomocniczego opracowanie zostało wysłane do kard. Stefana Wyszyńskiego z datą 7 marca 1962 r. Zawarta w nim obrona katolickości „Tygodnika” – bo tekst niewątpliwie jest obroną, choć wcale nie bezkrytyczną – opiera się na jego wizji miejsca i roli świeckich w Kościele. Dodajmy, że takiej wizji, jaką odnajdziemy później w soborowym dekrecie o apostolstwie świeckich („Apostolicam actuositatem”), ogłoszonym w 1965 r. 


CZYTAJ TAKŻE: „TYGODNIK POWSZECHNY HISTORIA” WYDANY NA 40. ROCZNICĘ WYBORU KAROLA WOJTYŁY NA PAPIEŻA >>>


Bp Wojtyła jest przekonany, że „Tygodnik” urzeczywistnia właśnie ideę odpowiedzialności świeckich za Kościół. Pisze: fakt, że „jest on [»Tygodnik«] dzisiaj daleko bardziej niż poprzednio dziełem grupy świeckich katolików, każe nam zwrócić szczególną uwagę na jego stosunek do Kościoła, jako (...) religijnej społeczności, w której na plan pierwszy wysuwa się kapłaństwo oraz hierarchia z nim związana (...). Polski laikat reprezentowany (...) przez zespół »Tygodnika Powszechnego« zdaje sobie sprawę z tego”.

Dalej czytamy: „Świadomość ta nie uchyla jednak (...) potrzeby zaznaczenia swoistej odrębności własnego zaangażowania. (...) Laikat współczesny to nie jest tylko prosta obecność świeckich w Kościele, oznacza on przede wszystkim ich zaangażowanie połączone z poczuciem odpowiedzialności za Kościół. Jedno i drugie musi zakładać jakieś własne widzenie Kościoła i wszystkich jego spraw – własne to nie znaczy bynajmniej nieortodoksyjne, niemniej oznacza zawsze w jakiś sposób »świeckie«. Stoi poza tym widzeniem inne powołanie doczesne, inna formacja, inne warunki i styl życia itd. To wszystko nie może pozostawać bez konsekwencji. Odpowiedzialność świeckich za Kościół w którymś miejscu musi dotknąć doktryny – wynika to z samej istoty tej odpowiedzialności: nie można być odpowiedzialnym za Kościół, pozostając w roli elementu słuchającego (Kościół słuchający) i biernego, musi się wówczas w jakiś sposób »głosić« bodaj z pozycji wyznawcy, jeśli jeszcze nie »nauczać«. A jednak przy dzisiejszej organizacji życia kulturalnego i umysłowego wychodzi to w ostatecznym rachunku na jakieś »nauczanie«”.

Nowe ujęcie, nowe zadania

Bp Wojtyła ostrzega, że między tymi, którzy „z urzędu i posłannictwa” nauczają w Kościele, a laikatem „nauczającym” mogą powstawać konflikty. Wtedy – powtórzmy przytoczony już powyżej cytat – podstawowe pytanie brzmi: „Które konflikty wynikają z błędów doktrynalnych, a które są tylko produktem odrębnego sposobu widzenia tych samych prawd i tych samych spraw, innego nieco u świeckich niż u duchownych?”. 

Dalej czytamy, że „nauczanie” laikatu, którego przejawem jest właśnie działalność pisarsko-publicystyczna „Tygodnika” i „Znaku”, wynika „ze swoistego »świeckiego« sposobu widzenia Kościoła i różnych jego problemów”. 

Jakie są cechy znamienne tego sposobu widzenia – pyta Wojtyła i odpowiada: to „nowe ujęcie Kościoła”. Otóż „Kościół ma być bardziej dla świeckich niż dotąd, bo dotąd był bardziej dla duchownych (...). Kapłaństwo to nie (...) statyczna godność, ale (...) dynamiczne zadanie (...). Kapłani istnieją nie dla siebie, lecz dla świeckich. (...) Stosunek świeckich do duchownych układa się na zasadzie mocno stawianych postulatów, na zasadzie przede wszystkim żądania, a nie przede wszystkim uznania. Taka zasada tkwi bardzo głęboko w samej koncepcji współczesnego laikatu. (...) Gdy laikat zaczyna w swoisty sposób »nauczać« (...) zasada żądania może się skrystalizować nawet w swoisty »antyklerykalizm ludzi wierzących« (...). W imię zrozumienia samej istoty kapłaństwa stawia się żądania oraz poddaje krytyce sposób życia, a jeszcze bardziej sposób duszpasterzowania, ze szczególnym naciskiem na sposób nauczania”.

Rozmowy i listy

Opracowując swój tekst o „Tygodniku” – będący właściwie małym traktatem o laikacie w Kościele – bp Wojtyła nie wiedział, że za dwa lata, w 1964 r., zostanie arcybiskupem metropolitą i sam będzie musiał wziąć odpowiedzialność za katolickość pisma, którego redakcja mieściła się (i mieści nadal) przy ul. Wiślnej, w oficynie pałacu arcybiskupów krakowskich. 

Jako krakowski arcybiskup i przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Świeckich, a niewątpliwie także z racji łączących go z ludźmi „Tygodnika” więzów przyjaźni, Karol Wojtyła czuł się odpowiedzialny za to pismo nie tylko „urzędowo”. „Tygodnik” leżał mu na sercu. Świadczy o tym choćby fakt, że mniej więcej co miesiąc zapraszał do siebie redaktorów „Tygodnika” i „Znaku” na Franciszkańską, na długie i czasem niełatwe rozmowy. Świadczy o tym także wymiana listów o sprawach najbardziej istotnych z redaktorem naczelnym Jerzym Turowiczem. Ta więź nie wygasła po wyborze na Stolicę św. Piotra.

W tej współpracy nie zabrakło „napięć i konfliktów”, o których pisał w 1962 r. Rozumiał interlokutorów – co nie znaczy, że się ze wszystkim zgadzał. Przedmiotem sporów nie były jakieś niefortunne incydenty, lecz zasady. 

Widzenie duszpasterskie, widzenie dziennikarskie

Korespondencję Karola Wojtyły z Jerzym Turowiczem opublikowaliśmy w 2006 roku. Uważna lektura tych listów pozwala stwierdzić, że w toczonych sporach zderzały się dwa sposoby widzenia zjawisk tego świata: duszpasterski i dziennikarski. 

Kwestią kluczową było to, jak w redagowaniu pisma mają się do siebie informacja (o Kościele po Soborze) i formacja (religijna), którą kardynał nazywał „inicjacją” lub „pedagogiką wiary”. Abp Wojtyła uważał, że misją katolickiego pisma jest nade wszystko formacja i jej powinno być podporządkowane wszystko. Z informacji, które mogłyby zakłócić proces formacyjny, pismo katolickie powinno jego zdaniem raczej rezygnować. 

Redaktor w odpowiedzi zapewniał, że pojawiająca się w jego piśmie krytyka ludzkiego pierwiastka w Kościele wynika z miłości do Kościoła, z troski, by działo się w nim lepiej. Kardynał nie przyjmował tego do wiadomości, wracał do idei inicjacji. To ona, a nie krytyka, musi być punktem wyjścia refleksji nad realizacją Soboru. „Krytyka Kościoła nie może spełniać funkcji pozytywnej – i dlatego trudno w niej dostrzec prawdziwą miłość Kościoła (...). Miłość bowiem nie może się wyrażać przede wszystkim w krytyce. Z relacji choćby międzyludzkich wiemy, że zasadniczym wyrazem miłości nie może być krytyka, lecz afirmacja” (list z 3 lipca 1969 r.). 


CZYTAJ TAKŻE

HISTORIA PEWNEGO KŁAMSTWA: Fragmentem listu papieża Jana Pawła II do Jerzego Turowicza na 50-lecie „TP” od lat bije się w pismo i w jego redaktora. Odsłaniamy kulisy manipulacji tym dokumentem >>>


W liście z 13 marca 1968 r. kardynał pisał do Turowicza: ,,szczególny problem naszych czasów rodzi się stąd, że prasa oraz inne środki społecznego przekazu myśli rozpowszechniają w błyskawicznym tempie oraz w szerokim zasięgu wszelkie nowości w dziedzinie religijnej. Nowości te dają czasem łatwą okazję do zgorszenia. Dzieje się tak bądź dlatego, że to, co owe środki przekazu podają, bywa nieraz ujmowane zbyt powierzchownie i przez to zniekształcane – bądź też ze względu na różne okoliczności, na jakie życie religijne napotyka w poszczególnych krajach – bądź wreszcie dlatego, że nie dość bierze się pod uwagę znaczenie podawanej nauki. Niejednokrotnie w takim nieroztropnym rozpowszechnianiu nowości biorą udział nawet księża, osoby zakonne, teologowie czy wychowawcy, nie wykazując dostatecznej troski o »pedagogikę wiary«”. 

W drodze do ideału

Nie ma wątpliwości, że Karol Wojtyła, także potem jako Jan Paweł II, dobrze rozumiał aspiracje świeckich w Kościele, że nie obruszał się na ich krytyczne głosy dotyczące funkcjonowania kościelnych instytucji i ludzi Kościoła. Jako papież mówił o tym m.in. do polskich biskupów, podczas podróży do Polski w czerwcu 1997 r.: „O ile sytuacja dawniejsza zyskiwała Kościołowi ogólne uznanie – nawet ze strony osób i środowisk »laickich« – to w sytuacji obecnej na takie uznanie w wielu wypadkach nie można liczyć, trzeba raczej liczyć się z krytyką, a może nawet gorzej. Trzeba zdobywać się na discernimento: akceptować to, co w każdej krytyce może być słuszne. A co do reszty: jest rzeczą jasną, iż Chrystus zawsze będzie »znakiem sprzeciwu« (por. Łk 2, 34)”.

Myślę, że dla biskupa Wojtyły kreślona przez niego w 1962 r. wizja Kościoła, w którym harmonijnie uzupełniają się misja duchownych i misja świeckich, była raczej idealnym celem niż realną rzeczywistością. Starał się ten cel przybliżyć, świadom, że pełna jego realizacja jest utopią. Inicjatywy świeckich otaczał opieką, był przeciwnikiem pospiesznych potępień. Z drugiej strony zdecydowanie i nieustępliwie bronił katolickiej doktryny wiary, której strzeże Urząd Magisterski Kościoła.

Jednak – uznając wartość krytyki Kościoła – źle ją znosił, zwłaszcza na łamach katolickiego „Tygodnika”. Nie dowierzał zapewnieniom – jak widzieliśmy w cytowanym już liście – że owe krytyki są wyrazem miłości do Kościoła. 

Wątek miłowania Kościoła wróci jeszcze po latach – w liście z 5 kwietnia 1995 r. na jubileusz powstania „Tygodnika”. Papież, odnosząc się do sytuacji po upadku komunizmu, napisał: „Kościół w »Tygodniku« nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; »nie czuł się dość miłowany« – jak kiedyś powiedziałem”. 

Niechętne interpretacje tamtego listu, sugerujące potępienie czy odwrócenie się papieża od naszego pisma, zaskoczyły samego Jana Pawła II. Pytał mnie wtedy, jak może temu zaradzić, jak okazać życzliwość i szacunek dla „Tygodnika”. Ostatecznie Jan Paweł II postanowił, że w bardzo napiętym programie kolejnej wizyty w Polsce musi się znaleźć czas na spotkanie z Jerzym Turowiczem. Przez to spotkanie chciał powiedzieć, że z „Tygodnikiem” (czytaj: z laikatem w Kościele) może się spierać, może coś oceniać krytycznie, ale nie ma zamiaru go skreślać. ©℗


ARTYKUŁ POCHODZI Z KOLEJNEGO NUMERU "TYGODNIKA POWSZECHNEGO", KTÓRY OD ŚRODY W KIOSKACH, A JUŻ WE WTOREK W E-WYDANIACH.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"...nowe energie, które potrzebowały takiej właśnie krystalizacji, zwłaszcza na tle nowych stosunków, jakie po zakończeniu wojny natychmiast się u nas zarysowały”? Warto się przez chwilę zastanowić nad tym ważnym chyba zdaniem, bo kończącym pierwszy akapit raportu. Jakie nowe stosunki zarysowały się w Polsce po wojnie, to mniej więcej wiemy, ale co to za nowe energie domagały się na tym tle krystalizacji? Czemu w tekście ks. Bonieckiego, objętościowo równym prawie 30% omawianej analizy, ani razu nie pada kilkakrotnie tam użyte słowo "socjalistyczny"? Bpa Wojtyłę interesuje w zasadzie wyłącznie okres po odwilży, kiedy zwrócony prawowitej redakcji tygodnik wznowił działalność, nie będąc jednak "na tym etapie w żadnej mierze pismem kościelnym, ale t͟y͟l͟k͟o [wszystkie podkreślenia moje] pismem katolickim". I dalej: "W przeciwieństwie do pierwotnego stał się on pismem wyrażającym pewne nie tylko poglądy polityczne, ale także polityczne zaangażowanie. Zaangażowanie to zostało zaraz na początku określone nazwą pozytywizmu politycznego, w ramach którego przedstawiciele klubu „Znak” d͟o͟s͟t͟r͟z͟e͟g͟l͟i͟ ͟m͟o͟ż͟l͟i͟w͟o͟ś͟ć͟ ͟w͟s͟p͟ó͟ł͟i͟s͟t͟n͟i͟e͟n͟i͟a͟ ͟i͟ ͟w͟s͟p͟ó͟ł͟p͟r͟a͟c͟y͟ ͟z͟ ͟o͟b͟o͟z͟e͟m͟ ͟s͟o͟c͟j͟a͟l͟i͟s͟t͟y͟c͟z͟n͟y͟m͟ ͟w͟ ͟o͟p͟a͟r͟c͟i͟u͟ ͟o͟ ͟n͟o͟w͟e͟ ͟r͟z͟e͟k͟o͟m͟o͟ ͟z͟a͟s͟a͟d͟y͟ ͟p͟o͟s͟t͟ę͟p͟o͟w͟a͟n͟i͟a głoszone przez Władysława Gomułkę. [...] gdy ta zmiana okazywała się w różnych punktach problematyczna, stanowisko klubu poselskiego „Znak” zaczęło budzić coraz więcej obaw i zastrzeżeń. Faktem dla naszej analizy najważniejszym jest to, że od 1956 roku „Tygodnik Powszechny” przy zachowaniu prawie zupełnej tożsamości nazwisk w stosunku do „Tygodnika” pierwotnego stał się jednak czymś innym". Musimy mieć świadomość, że biskup waży każde zdanie, woląc raczej nie dopowiedzieć niż nieopatrznie zaszkodzić. Weźmy tak passus: "Wyczuwa się przeto, że ludzie tej grupy daleko bardziej koncentrują się na problemie „jaki powinien być” katolicyzm w Polsce, niż na tym „jaki on jest”. Od tego, jaki jest, jak gdyby się dyskretnie odwracali, nie żywiąc głębokiego przekonania ani do jego masowości, ani do jego psychologicznych cech. Są przekonani nie tylko o tym, że powinien być inny, ale także o tym, że w przyszłości na pewno będzie inny, jeśli w ogóle ma być. Trudno nie wyczuć tej jakiejś atmosfery rokowania na przyszłość, która wyrasta z͟ ͟z͟a͟ł͟o͟ż͟o͟n͟e͟j͟ ͟u͟ ͟p͟o͟d͟s͟t͟a͟w͟,͟ ͟c͟h͟o͟ć͟ ͟r͟a͟c͟z͟e͟j͟ ͟n͟i͟e͟p͟r͟z͟e͟p͟r͟o͟w͟a͟d͟z͟a͟n͟e͟j͟ ͟n͟a͟ ͟ż͟y͟w͟o, krytyki teraźniejszości, a także bezpośredniej przeszłości". Mówiąc brutalniej: doktrynerzy uważający własne poglądy za niepodważalne i nie podlegające dyskusji, ponieważ, niemal po marksistowsku, są one obiektywnie koniecznym wynikiem intelektualnej analizy rzeczywistości (do której, rzecz jasna, tylko oni są zdolni) do tego stopnia, że nawet nie trzeba tej analizy przeprowadzać. Proponuję ewentualnym chętnym do dyskusji zapoznanie się od razu z oryginalnym raportem. Gramotnemu zajmie to na pewno mniej niż 39 minut, a i tyle byłoby warto.

W jednym miejscu czytam, że biskup Wojtyła woli katolicyzm polski od światowego, w drugim miejscu, że jest otwarty i tolerancyjny. Nigdzie też nie mówił białe jest białe a czarne jest czarne. Starał się nie mieć zdania. I o tym czytam niechętnie, że TP ma być formacyjny to znaczy, że ma nas kształtować nie przez dyskurs ale przez takie dzialania jak to robią najbardziej bezwzględni marketingowcy. Dla mnie nie ma Boga polskiego, włoskiego, niemieckiego i irlandzkiego. Jest jeden Bóg. A biskup Wojtyła zalecał tworzenie dla nas Boga lokalnego?

Jestem szzczęśliwa, że w 100 rocznicę Tygodnikowi coraz to bardziej Powszechnemu, udało się zmieścić artykuł o Karolu Wojtyle. Brawo! Nie spodziewałam się.

@Zofia P w poniedziałek, 18.05.2020, 10:07. Nie oczekuj jasnych wypowiedzi od ks. Bonieckiego. Przeczytaj to, co napisał kard. Wojtyła, a zobaczysz, że swoje zdanie miał i wyraził je jednoznacznie, chociaż delikatnie, z niuansami i zgodnie z "zasadą życzliwości".

Wyraził je tak delikatnie, z niuansami i życzliwie, że jest w wielu momentach wewnętrznie sprzeczne, tak uogólnione, jakby nie miał własnego zdania albo miał wszystkie zdania jednocześnie. Nie powinno być bardziej tak tak nie nie?

@Zofia P w poniedziałek, 18.05.2020, 19:44. Występuje przede wszystkim jako biskup krakowski (a więc również "tygodnikowy"), a nie inkwizytor czy prorok. Bez wątpienia jednak ma własne zdanie, tylko wyraża je subtelnie, czasem ironicznie, ale częściej relatywizując twierdzenia za pomocą zaimków nieokreślonych i partykuł o podobnej funkcji ("jakby", "poniekąd" i ulubione "chyba" - 14 razy). Może to sprawiać wrażenie nieustannego podważania każdego wypowiedzianego chwilę wcześniej twierdzenia, ale to pozory. Nie powinny też nas zmylić wyrazy takie, jak "intelektualizm", czy "estetyzm", które bynajmniej nie są komplementami pod adresem tygodnikowych intelektualistów. Bp Wojtyła akurat pod tym względem nie miał powodów do kompleksów, które z jednej strony mogą manifestować się brakiem krytycyzmu, a z drugiej - demonstracyjną pogardą dla "mądrali". Mnie najbardziej zdumiewa jasność, z jaką Wojtyła widzi realia polityczno-społeczne w roku 1962 w sposób niedaleki od naszej dzisiejszej perspektywy (czyli w istocie 60 lat do przodu), podczas gdy "Tygodnikowcy" jeszcze nie bardzo mogą otrząsnąć się z oczarowania Gomułką i nagłą perspektywą "uczestniczenia" w nieodwracalnym procesie dziejowym. Ta analiza poniekąd (że tak po wojtyłowemu zrelatywizuję) dekonstruuje pewną legendę "Tygodnika", nie negując jego roli i dokonań.

Michała Okońskiego na tym zdjęciu ze spotkania z redakcją. Ktoś widzi?

„Miłość bowiem nie może się wyrażać przede wszystkim w krytyce. Z relacji choćby międzyludzkich wiemy, że zasadniczym wyrazem miłości nie może być krytyka, lecz afirmacja” Efekty bezkrytycznej miłości do Jana Pawła II odczuwamy do dzisiaj i nie są one bynajmniej budujące. Był tak samo oderwany od rzeczywistości jak cały kler, a tygodnik traktował niczym wentyl bezpieczeństwa. Był przesiąknięty komunistycznym sposobem patrzenia na otaczający świat, a krytykę traktował jak atak na Kościół. O miłości , tej zwyczajnej ludzkiej, między kobietą a mężczyzną też nic nie wiedział. Kiepsko się dzieje w rodzinie gdzie nie znosi się krytyki, a kompromis jest zawierany ze wstrętem. Kościół to nie osoba, lecz instytucja i wazeliniarstwo bardzo jej szkodzi. Tutaj przykład toruńskiej rozgłośni, której działania akceptował, choć zdawałoby się powinien coś z tym fantem zrobić. W kontekście miłość jest ślepa, nie dziwi zamiatanie pod dywan raka toczącego tę instytucję. Zapewne kolejne odkrywanie kart z jego pontyfikatu, będzie nas Polaków mocno bolało.

Zgadzam się calkowicie. Ale nie będzie bolało odkrywanie kart pontyfikatu, bo będzie odkrywanie dłońmi pokrytymi wazeliną. Każdy fakt będzie przykryty jakimś ale. Polacy kochają JPII tak, jak kazał, miłością bezkrytyczną i ślepą.

@oportunista w wtorek, 19.05.2020, 17:03. Czytam sobie od czasu do czasu na forum te twoje medytacje wiejskiego listonosza i przyznam, że bywają zabawniejsze i bardziej interesujące od cotygodniowej produkcji zawodowych felietonistów TP. Jednakże ta wykreowana (jak sądzę) perspektywa chłopka-roztropka ma swoje ograniczenia. I właśnie zdarzyło ci się palnąć głupstwo wprost niewiarygodne. "Był przesiąknięty komunistycznym sposobem patrzenia na otaczający świat, a krytykę traktował jak atak na Kościół". O Karolu Wojtyle? Serio? Nie wiem, może po prostu nieudolnie wyraziłeś niepozbawioną sensu myśl, że o komunizmie wiedział więcej niż katoliccy intelektualiści z drugiej strony żelaznej kurtyny albo że większość jego życia i działalności upłynęła pod znakiem konfliktu pomiędzy komunizmem a tym, co komunizm aktywnie zwalczał lub niszczył samą siłą rozkładu. Tak czy inaczej wyszła z tego pokraczna karykatura: Wojtyła jako "człowiek sowiecki" (przesiąknięty... itp.). Czy nie słuszniej - chociaż też niezbyt sprawiedliwie - byłoby to powiedzieć o ludziach, którym katolicki uniwersalizm pięknie komponował się z leninowskim internacjonalizmem, którzy wręcz przebierali nogami, żeby dołączyć do marszu na prawach poputczików, byleby tylko główna siła historyczna nie przymuszała ich do gestów, których trochę by się wstydzili, jako inteligenci i jednak wciąż "un peu croyants"? Za to odrazą napełniał ich katolicyzm "nieoświeconych", nie rozumiejących ducha czasu. Ot, choćby to upatrywanie polskiej racji stanu - w którą niewątpliwie wierzyli szczerze - w wiecznym sojuszu z równie wiecznym Związkiem Radzieckim, bo przecież alternatywa nie mieściła im się w uczonych głowach. Napisałem wcześniej, że wojtyłowa analiza dekonstruuje pewną legendę, ale nie jest tak, że nikt tego wcześniej nie próbował. W 2011 roku ukazała się książka Romana Graczyka, byłego członka redakcji, później pracownika IPN, pt. "Cena przetrwania?". Gniewne reakcje na tę odbrązowiającą publikację znajdziesz bez trudu w internetowych archiwach TP i innych gazet. Graczyk jednak pisał po pierwsze - ex post, po drugie - z perspektywy człowieka niegdyś głęboko przywiązanego, który niespodziewanie dla siebie odkrył nieprzyjemne prawdy (wstrząsnęły nim szczególnie rewelacje na temat jego byłych autorytetów moralnych i intelektualnych). Poza tym - jaką siłą autorytetu rozporządza Roman Graczyk, żeby mierzyć się z siłą takiej legendy? A Wojtyła nie grzebie po żadnych ubeckich archiwach, do których nawet nie mógłby mieć wtedy dostępu, nie rozważa ewentualnych ukrytych motywów tej czy innej osoby, nie powołuje się na żadne osobiste źródła informacji - czy to prywatne rozmowy, czy plotki. Bierze do ręki wydrukowane egzemplarze i czyta. Krytycznie, z jasnym umysłem, wolny od narzuconej większości z jemu współczesnych niby coś oczywistego komunistycznej wizji historii i przyszłości. A przy tym nie jest obciążony resentymentem, wynikającym zawsze z zawiedzionej miłości, z rozczarowania, bo słabości ludzi "Tygodnika" nigdy nie były dla niego tajemnicą, a z drugiej strony nie żywi do nich "naturalnej" niechęci ówczesnej kościelnej konserwy, żeby nie powiedzieć - obskurantów. Widział wszystko we właściwych proporcjach - tylko tyle i aż tyle. Kiedy czytam o tym laikacie "nauczającym" (Wojtyła za każdym razem pisze to w cudzysłowie), a zaraz potem zdanie: "Tak jest nie tylko w wypadku wybitnych myślicieli i pisarzy takich jak Gilson, Maritain czy Chesterton, ale z całą pewnością także w wypadku poszczególnych pisarzy i publicystów naszego „Tygodnika Powszechnego” czy „Znaku”" - to widzę w tym delikatnym przeciwstawieniu "wybitności" i "naszości" wojtyłową ironię, o którą naprawdę bym go nie podejrzewał. "Tak na ówczesne patrzy baśnie. Trochę z ukosa. Choć poważnie" - trawestując znany poemat. I to właśnie Miłosz, a nie, z całym szacunkiem, Jerzy Turowicz albo ks. Boniecki, jest proporcjonalnym punktem odniesienia do osoby Karola Wojtyły. Ten Miłosz, który o JPII napisał: "Na dnie swojej nędzy Polska dostała króla, i to takiego, o jakim śniła". Nie weź tego osobiście, ale "odkrywanie kart z jego pontyfikatu" to nie jest zajęcie dla... Niech już każdy sobie dopowie.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]