Reklama

Odczarowanie

Odczarowanie

11.08.2019
Czyta się kilka minut
Przyjmowane w dobrej wierze, zapadają głęboko w duszę. Dopiero po latach okazują swą destrukcyjną moc.
KATHRIN ZIEGLER / GETTY IMAGES
O

Osiem zdań to na pewno nie wszystko. Ale jednocześnie osiem zdań to już coś. Czy to wiele? Nie wiadomo. Annie wystarczyły cztery przykłady. Każdy z nich miał potwierdzać poprzedni. Pierwszy o szklance. Drugi o bucie. Trzeci o kwiatku. I dopiero czwarty o gumie. Bo guma była najgorsza.

1. Będziesz „wyżutą gumą”!

Anna ma 26 lat. Z zawodu – matematyczka. Prywatnie – od dwóch lat żona. Rozmawiamy krótko przed jej porodem. – Kiedyś zapytałam mamę o czystość, bo przyznałam się do niej kolegom i pytali o powody. Odpowiedziała: „To zapytaj chłopaków, czy nie chcieliby mieć dziewicy w łóżku po ślubie? Przecież każdy facet by chciał”.

Wiele o intymności nie rozmawiały. Wszystko wiedziała z Kościoła.

– Czystość była dla mnie świętością, na równi z dogmatem o Trójcy Świętej. Od dziecka do czasu studiów bezkrytycznie przyjmowałam treści głoszone w Oazie, w Odnowie w...

18232

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

ten artykuł czytałam trochę jak z życia wzięty komentarz do frazesów którymi przez kilka lat mnie karmiono, a które ja potulnie przeżuwałam w mojej młodości. z kościelnej optyki zrezygnowalam kilka lat temu. czytając ten artykuł, szczególnie utozsamilam się z tym żalem do partnera o jego poprzednie partnerki- ten żal odczuwam z różnym nasileniem, zwłaszcza gdy mam okresy spadku pewności siebie. mam wielki żal do ludzi którzy programują w innych, ufnych osobach takie poczucie winy i obowiązku wiecznego kontrolowania siebie. piszę to jako osoba która wierzy w Boga ale nie wierzy juz w ciągłe, panicznie rozliczanie siebie. nie wierzę w chowanie się za długimi sukienkami, nie wierzę w moje cielesne pokłady zła które plugawią męskie dobro. no nie, nie wierzę w mój obowiązek zabezpieczania duchowości mężczyzn. te Zdania wzbudzają we mnie odrazę, nie dlatego że brzydzę się wiarą ludzi, ale dlatego że to drogowskazy przekazywane bez ostrzeżeń o potencjalnych trudnościach. według mnie, te drogowskazy to czysta manipulacja. nie zostawia miejsca na emocjonalne przeżywanie siebie, otoczenia i Boga. te drogowskazy wtłaczają we wspólnotę, która później paradoksalnie pozostawia cię samą z poczuciem winy i z poczuciem braku sprawczości. boli mnie ogromnie to, że to co miało dać tym kobietom "duchowe ukojenie", dało im chyba jedynie wieczny duchowy niepokój

ten artykuł czytałam trochę jak z życia wzięty komentarz do frazesów którymi przez kilka lat mnie karmiono, a które ja potulnie przeżuwałam w mojej młodości. z kościelnej optyki zrezygnowalam kilka lat temu. czytając ten artykuł, szczególnie utozsamilam się z tym żalem do partnera o jego poprzednie partnerki- ten żal odczuwam z różnym nasileniem, zwłaszcza gdy mam okresy spadku pewności siebie. mam wielki żal do ludzi którzy programują w innych, ufnych osobach takie poczucie winy i obowiązku wiecznego kontrolowania siebie. piszę to jako osoba która wierzy w Boga ale nie wierzy juz w ciągłe, panicznie rozliczanie siebie. nie wierzę w chowanie się za długimi sukienkami, nie wierzę w moje cielesne pokłady zła które plugawią męskie dobro. no nie, nie wierzę w mój obowiązek zabezpieczania duchowości mężczyzn. te Zdania wzbudzają we mnie odrazę, nie dlatego że brzydzę się wiarą ludzi, ale dlatego że to drogowskazy przekazywane bez ostrzeżeń o potencjalnych trudnościach. według mnie, te drogowskazy to czysta manipulacja. nie zostawia miejsca na emocjonalne przeżywanie siebie, otoczenia i Boga. te drogowskazy wtłaczają we wspólnotę, która później paradoksalnie pozostawia cię samą z poczuciem winy i z poczuciem braku sprawczości. boli mnie ogromnie to, że to co miało dać tym kobietom "duchowe ukojenie", dało im chyba jedynie wieczny duchowy niepokój

ten artykuł czytałam trochę jak z życia wzięty komentarz do frazesów którymi przez kilka lat mnie karmiono, a które ja potulnie przeżuwałam w mojej młodości. z kościelnej optyki zrezygnowalam kilka lat temu. czytając ten artykuł, szczególnie utozsamilam się z tym żalem do partnera o jego poprzednie partnerki- ten żal odczuwam z różnym nasileniem, zwłaszcza gdy mam okresy spadku pewności siebie. mam wielki żal do ludzi którzy programują w innych, ufnych osobach takie poczucie winy i obowiązku wiecznego kontrolowania siebie. piszę to jako osoba która wierzy w Boga ale nie wierzy juz w ciągłe, panicznie rozliczanie siebie. nie wierzę w chowanie się za długimi sukienkami, nie wierzę w moje cielesne pokłady zła które plugawią męskie dobro. no nie, nie wierzę w mój obowiązek zabezpieczania duchowości mężczyzn. te Zdania wzbudzają we mnie odrazę, nie dlatego że brzydzę się wiarą ludzi, ale dlatego że to drogowskazy przekazywane bez ostrzeżeń o potencjalnych trudnościach. według mnie, te drogowskazy to czysta manipulacja. nie zostawia miejsca na emocjonalne przeżywanie siebie, otoczenia i Boga. te drogowskazy wtłaczają we wspólnotę, która później paradoksalnie pozostawia cię samą z poczuciem winy i z poczuciem braku sprawczości. boli mnie ogromnie to, że to co miało dać tym kobietom "duchowe ukojenie", dało im chyba jedynie wieczny duchowy niepokój

Dobry i potrzebny reportaż. Kiedyś gdy byłam nastolatką traumatyzowały mnie teksty z pisemka Miłujcie Się, dostawałam je od babci. Seksualność jest tam pokazana jako sfera podszyta ciągłym lękiem i poczuciem winy, jako bezustana walka z samym sobą i szatanem. Na szczęście zanim dorosłam to wyrosłam już z Kościoła, więc w sumie w praktyce mnie to nie dotyczyło.

Dobrze, że poruszyłaś te kwestie, tego typu problemy są bardzo przykre i fajnie żeby to zmotywowało ludzi Kościoła do wypracowania jakieś nowej drogi. Tylko szkoda z kolei, że nie skonfrontowałaś tych opinii z "drugą stroną", tzn z wypowiedzią kogoś z Kościoła albo innej pary, której np pożycie seksualne zgodne z KK się udaje. Zawsze w tego typu artykułach właśnie brakuje drugiej strony medalu (podobno na I roku dziennikarstwa uczą, żeby dać się wypowiedzieć drugiej stronie) O ile większość wypowiedzi jest przykra i nie ma tam specjalnie prostych remediów, w "świeckim" małżeństwie te problemy by tak samo wystąpiły, to trudno w sumie winić KK za to że ktoś ma takie albo innej schorzenie. Irytuje mnie z kolei przedstawianie pewnych ludowych mądrości jako oficjalnej nauki KK ( z tymi spódnicami ,brakiem przyjemności z seksu wśród kobiet itp), fajnie by takie rzeczy oddzielić. Z tego co wiem to mężczyzna popełniający cudzołóstwo tak samo ma grzecha, nie jest on lżejszy niż u kobiety :) a często jeszcze podwójnie bo szkodzi sobie i doprowadza do grzechu kobietę.

jak można w ogóle myśleć że jak się ktoś o coś będzie modlić to NA PEWNO się uda. Niektóre osoby powinny mieć żal na swoją naiwność a nie do Kościoła. Żaden normalny ksiądz tak nie powie, że wystarczy się modlić i seks będzie okej.

... to, że ksiądz w ogóle może mówić jaki jest sex

Tekst mnie nie dotyczy, bo szybko przejrzałam na oczy;) ale czyta się go świetnie. Brawa dla autorki. Jestem bardzo ciekawa, co takiego ona sama usłyszała w kościele, ze zainspirowało ja to do napisania tego tekstu. No chyba, ze jest taka dobra obserwatorka-to tez możliwe ☺️

Rozumiem żal wielu osób za cytowane w artykule i inne - podobnie głupie - zdania usłyszane gdzieś "w okolicy Kościoła" na temat czystości i seksu. Rzeczywiście - nie jest łatwo o dobrą, prawdziwą komunikację w tym zakresie, ale nie znaczy to, że w tzw. kręgach katolickich nie rozmawia się na temat seksu jako rzeczywistości wielowymiarowej:cielesno-psychiczno-duchowej (wg mnie odbieranie jakiegokolwiek z tych wymiarów bardzo spłyca seksualność). Może jestem wyjątkiem, ale mam doświadczenie takich rozmów. Pewnie wiele w tym obszarze do zrobienia, ale bardzo szkoda, że w artykule nie przytoczono żadnych informacji nt. np. teologii ciała, pracy o. Ksaweregio Knotza i innych podobnych mu osób duchownych i świeckich, specjalistów w zakresie seksualności, Komunii Małżeństw, Diakonii Życia, licznych wspólnot małżeńskich czy po prostu osób, które mają dobre doświadczenie jeżeli chodzi o "katolicką edukacj seksualną" czy rozmowy o seksie wśród dorosłych katolików. Byłoby ciekawiej i prawdziwiej. A tak - dużo wylanego żalu "z okresu nastoletniegO" (co też ważne, bo takie rzeczy niestety nadal można usłyszeć), ale brak jakiejś szerszej perspektywy. Może mogłaby Pani pociągnąć ten temat szerzej w kolejnych artykułach? Zachęcam, bo obserwując Pani działalność widzę, że nie boi się Pani podejmować ważnych, czasem kontrowersyjnych kwestii. Prawo żony-katoliczki (i męża-katolika, nie zapominajmy o mężczyznach, też pewno często słyszą podobne zdania do cytowanych) do przyjemności z seksu mógłby być jednym z nich ;-)

Cóż, to są bardzo trudne i delokagne tematy ale to prawda-bardzo mało się o nich mowi A jeśli już to np o czystosci malzenskiej na naukach przedmałżeńskiej w cale nie mówi sie o problemami i trudnosciach z nich wynikajacych. Przez pierwszy rok mojego malzenstwa stosoaalismy npr - ja byłam szczęśliwa bo że spokojnym sumieniem mogłam chodzić do komunii na czym mi naprawdę bardzo zależało, ale moja relacja z mężem była coraz trudniejsza, teraz czuje ze stoję przed wyborem albo malzenstwo albo Bóg.. na naukach przedmałżeńskich uslyszalam tez zebym nie martwila się jak działa npr po porodzie... No tak trochę jakby zatajenie prawdy. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć.

"żebym nie martwiła się jak działa npr po porodzie" - no pewno, po co się martwić, można po prostu urodzić następne dziecko. Widać tak chce Pan Bóg(to sarkazm, jakby ktoś miał wątpliwości).

"Anna ma 26 lat. Z zawodu – matematyczka. Prywatnie – od dwóch lat żona.Dziś wiem, że poza Kościołem można być właściwie ukształtowanym, dobrym i szczęśliwym człowiekiem. Że można nie żyć w czystości i być wspaniałym mężem." Co z tego wynika? Jedna rzecz: że Anna ma bardzo małe doświadczenie życiowe, że nie wie, że w sercu człowieka mieszka grzech, że jeszcze nie poznała w jaki toksyczny sposób niszczy on relacje międzyludzkie i żyje sobie w słodkiej iluzji....

zżymał się na to skupianie się Kościoła na moralności "poniżej pasa". Moralność to bardzo szerokie pojęcie a sprawy seksu to tylko mały fragment. Ważniejszy jest tu stosunek do drugiego człowieka. Żeby go szanować, nie "używać" do zaspokajania swoich potrzeb. Można też żyć w czystości i np. poniżać partnera/partnerkę a po ślubie traktować przedmiotowo. I formalnie żadnego grzechu nie popełniać. Ale Bóg nie dba o przepisy, widzi serce człowieka.

Dla katolika wiążące jednak nie są rzucone przez nawet biskupa Rzymu bonmoty w samolocie w przerwie pomiędzy kibelkiem a wywiadem z dziennikarzami, ale oficjalne dokumenty kościelne choćby w adhortacjach encyklikach czy katechizmie oraz wypowiedzi ex cathedra. one pozostały nie zmienne bez względu na prywatne niedopowiedzenia Franciszka

Dla katolika wiążące jednak nie są rzucone przez nawet biskupa Rzymu bonmoty w samolocie w przerwie pomiędzy kibelkiem a wywiadem z dziennikarzami, ale oficjalne dokumenty kościelne choćby w adhortacjach encyklikach czy katechizmie oraz wypowiedzi ex cathedra. one pozostały nie zmienne bez względu na prywatne niedopowiedzenia Franciszka

"Przyjmowane w dobrej wierze, zapadają głęboko w duszę. Dopiero po latach okazują swą destrukcyjną moc." Nauka o czystości przed ślubem nie jest destrukcyjna. Destrukcyjna jest mentalność antykoncepcyjna po ślubie. Destrukcyjna jest u małżonków chrześcijańskich kompletna nieświadomość tego co to jest Wola Boża w życiu małżeńskim, w jaki sposób ją rozeznawać, że jej pełnienie daje pokój, radość, szczęście i poczucie spełnienia. Kościół uczy, że Bóg ma plan na życie konkretnej pary małżeńskiej i chce aby ona realizując go była szczęśliwa, ale ta para ma swój plan na życie i za wszelką cenę chce go zrealizować. Czy mogą tak postępować? Jasne. Są wolni. Ale potem okazuje się, że w związku jest dużo cierpienia...

Jesteśmy 19 lat po ślubie i nie cierpimy z tego powodu, że stosujemy antykoncepcję po odchowaniu dzieci. Nasze doświadczenie mówi nam, że udane dla obu stron współżycie - również z antykoncepcją- bardzo zbliża. Jesteśmy oboje wierzący, przystępujemy do sakramentów. Jeśli mam do wyboru: zaufać nauczaniu księży powtarzających utarte, często niekorzystne dla kobiet schematy a zaufać naszemu 19- letniemu małżeńskiemu doświadczeniu, wybieram jednak to drugie. Teraz po czterdziestce możemy cieszyć się w pełni seksem i jestem pewna, że Bóg nie jest zazdrosny o naszą przyjemność. Wręcz przeciwnie--zdolność do odczuwania orgazmu i duchową jedność między nami podczas zbliżeń mamy od Boga.

coś jest dobre

Autorko, dzięki za tekst, na który czekałam...oj długo!!! Jestem wierząca, po Odnowie, Oazie, Harcerstwie, Rekolekcjach Ignacjańskich. Uważam, że księża o seksie nie wiedzą NIC. Bo go nie znają. I ponieważ nie poznają go, nie powinni się wypowiadać. Deliberować jak wilk o gwiazdach. To nic złego, wielebni Ojcowie, no offense! Jestem lekarzem, więc temat współżycia przynajmniej technicznie znałam już ze studiów. Myślałam, że coś o tym wiem. Dziś jako żona wiem, że nie wiedziałam (przed ślubem, który był u mnie momentem rozpoczęcia współżycia) nic. I wszystkim, którzy sądzą, że coś o seksie mogą powiedzieć radzę poczytać Sokratesa. Tak, żyjąc całe swoje 26 lat blisko Kościoła wierzyłam w czystość przedmałżeńską, cudowny pierwszy raz i powszechne dopasowanie (sic!) Znam masę ludzi żyjących w Kościele, którzy w to wierzą. Do ślubu. Większość par słucha Knotza, Szustaka, Pawlukiewicza czy też pana Jacka Pulikowskiego, który jako ojciec i mąż (nie jest księdzem) przeraża mnie swoimi niektórymi stwierdzeniami na temat małżeństwa. A potem okazuje się, że czekałaś na nic. Zamiast cudownej nocy poślubnej przeżywasz...5 pierwszych razów, bo Twojemu małżonkowi udaje się "wejść" bez doprowadzania Cię do łez przy piątym podejściu, cały czas boli jak cholera, seks trwa w porywach 5 minut po jakimś pół roku. Seks który miał być boski, jak to ojciec Knotz mówił okazuje się byc zawodem numer jeden małżeństwa. Udanego małżeństwa, ale jednak. I nie ma w tym patologii, nie jestem "jedną z tych kobiet" którym coś dolega. Ot tyle. Problem w tym, gdy po przeżyciu ćwierćwiecza w Kościele dochodzisz do wniosku, że rację mieli pan Izdebski z Lwem-Starowiczem, a nie Knotz z Szustakiem. Życie zweryfikowało

Autorka reportażu nie przełamuje żadnego tabu, ani zmowy milczenia - bardzo podobne teksty publikowane są co 3 dni na Onecie. Metoda jest ta sama: polemizować że stworzonym przez siebie przeciwnikiem. Kto wypowiedział te 8 zdan, które przywoływane są w reportażu? Kiedy i gdzie? Te 8 zdan to wizja nauczania Kosciola wykreowana przez ludzi działających w kierunku obalenia prawdy na temat Boga i człowieka. Jola Szymańska stworzyła sobie karykaturę ewangelicznej prawdy i boksuje się z karykatura jednocześnie wchodząc w wygodną rolę "neutralnej, słuchającej reportażystka". - Komentarz innego internauty z ktorym się bardzo zgadzam.

...co w komentarzach Autorce przytakują, to już chyba kompletne idiotki, co nie?

Trochę brutalnie, ale trafnie.

Raczej ofiary swej bezbrzeżnej naiwności. Przykładem pani, która o nieprzyjemnościach przerwania błony dziewiczej wiedziała od Starowicza,ze studiów, jak i zapewne z wiedzy społecznej, a jednak uwierzyła w "cudowność" pierwszego razu. Widać chciała w to wierzyć bardziej niż w wszelkie sygnały rzeczywistości i rozumu. Najgorsze gdy ktoś zewnątrz mówi nam to co głos wewnętrzny szepcze. Zamiast oddać cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie, uczyniła na odwrót i ma to co ma. Naiwność nie ma żadnej wymiernej ceny, więc ma pani szczęście że tylko w takim zakresie okazała się jej ofiarą. Sorki, że piszę tu takie oczywiste rzeczy... .

W sensie, że trzeba być idiotką, żeby wierzyć w bzdury serwowane przez księży? Coś w tym jest...

W sensie, że trzeba być idiot(k)ą, żeby przytakiwać autorce. To była prosta odpowiedź na proste pytanie.

wyjaśniam, bo dla Pana nawet proste bywa zbyt trudne

Przynajmniej dla mnie. Seks to życie, czy dodatek do życia? Jeżeli moim życiem jest seks,to prędzej czy później, będę musiał(a)skorzystać z pomocy psychologa, ponieważ stanę się jego niewolnikiem. Jeżeli natomiast, seks, to dodatek do życia,ważny, choć jeden z wielu, to w moim życiu jest wszystko ok. To ja kieruję swoim życiem. Wiara w moim rozumieniu, tylko w tym pomaga a nie przeszkadza. Ot i wszystko.

.

Czytam sobie, czytam i jedna myśl coraz mocniej wali mnie w głowę - baby to są nieźle popieprzone. „To zapytaj chłopaków, czy nie chcieliby mieć dziewicy w łóżku po ślubie? Przecież każdy facet by chciał” Na szczęście ja dziewicy nie szukałem, trafiła się po prostu fajna dziewczyna. Próbowałem ją zbałamucić przed ślubem, ale się nie udało. Był moment, że chciałem dać sobie już spokój, ale była fajna. Wolałbym przeczytać kilka męskich wywodów jak to im się trafiło. Po ślubie nie było łatwo, te wszystkie pierdoły i religijne zakłamania potrafią namieszać we łbach. Każdy jednak zaopatrzony jest w zdrowy rozsądek, jeśli go szuka u spowiednika to znak, że ma problem z własną głową i do lekarza prawdziwego czas się udać. Małżonka moja przez wiele lat próbowała mnie na swoje przekabacić, a moje argumenty zbywała słynnym - Nie bo nie. Gdy przeginała zdrowy rozsądek podpowiadał jej wycofywanie się do z góry upatrzonych pozycji. Z czasem manewry ustały, po latach, gdy dzieci już dorosły, nauczyliśmy się nazywać wiele rzeczy po imieniu i dosadnie, szanuje jej fanaberie, a ona moje. W sumie dobrze, że nie szukałem dziewicy. Zresztą te, które znałem, przynajmniej z ich deklaracji, fatalnie powychodziły za mąż, większość jest już po rozwodach. Moje bardziej rozrywkowe koleżanki całkiem nieźle sobie poukładały życie, są dziś szczęśliwymi babciami, kilka ma już kolejnych mężów, ale są szczęśliwe. Najbardziej unieszczęśliwia nas własna głupota i doskonalenie się w niej, a najlepszą rozrywką staje się psucie szczęścia innym. Mam nadzieję, że te bardziej drastyczne wypowiedzi zostały zmyślone na potrzeby artykułu. Mam świadomość ogromu głupoty ludzkiej, bynajmniej nie tylko autorek zamieszczonych tu wypowiedzi. Szukanie winy w nauczaniu kościoła, usprawiedliwianie nim własnych życiowych niepowodzeń jest jakąś paranoją. W dzieciństwie rodzice czytali nam bajki, większość z nich była okrutna i straszna, ale dziecko potrafi oddzielić prawdziwy świat od fikcji wie, że na filmach zabijają się tylko na niby wie, że choć w grze komputerowej ma siedem żyć to gdy wpadnie pod samochód, skończy się to tragedią. Jeśli tego nie wie będąc dorosła osobą i obciąża winą swych rodziców, powinien się leczyć. Prawdą jest, że rodzice mają duży wpływ na budowę ego dziecka, na jego poczucie własnej wartości, ale oni też są zakodowani, też mają ograniczenia, z którymi sobie nie radzą. Instytucje kościelne, szkoła itp. są nastawione na eksploatację nas, a nie ochronę, podejmowanie za nas decyzji, dokonywanie życiowych wyborów. Te panie piszą, że były po nawróceniu i to jest ciekawostka, tego wątku nie ogarniam.

Jak ludzie Kościoła często NIE RADZĄ SOBIE z problemami, które najpierw sami stwarzają. A przecież wielu z nich by nie było, gdyby powiedzieć sobie - i wiernym - że małżeńska sypialnia to sanktuarium, do którego tylko mąż i żona mają wstęp. I gdyby np. stwierdzić-jak o.Joachim Badeni - że w małżeństwie dobre, święte i czyste jest WSZYSTKO, cokolwiek sprawia przyjemność, co buduje miłość. I że (zwłaszcza jeśli żonie coś dolega) przez "gumową rękawiczkę" można ją dotykać z nie mniejszą czułością.

Aż mi trudno było wierzyć chwilami, że niektóre opowieści bohaterek nie zostały zmyślone. Przypadek pani Asi cierpiącej z powodu braku synchronizacji orgazmu z mężem i widzącej w tym coś na kształt grzechu masturbacji przypomina starodawne opisy nerwic z terapii Z. Freuda. Ja pierdziulę, to już naprawdę lepiej i nowocześniej jest żegnać się po zobaczeniu czarnego kota, który przebiega nam drogę. Jak takie archaizmy dzisiaj przyczepiają się ludzi i tak się trzymają? Z innej strony patrząc, zakrawa to na ironię w czasach, gdy oskarża się Kościół o „wtrącanie się do spraw łóżkowych”. Tyle tylko że Kościół „wtrącanie się” ogranicza do mówienia co jest w życiu erotycznym złe, co nie powinno dziwić, chyba że uwierzy się wbrew wszelkiej rzeczywistości, że życie płciowe to obszar wolny od dobra i zła. Ale przykłady tych pań wydają się być świadectwem wręcz domagania się od Kościoła (jako instytucji lub wspólnoty), by wtrącał się w nasze sprawy łóżkowe, mówiąc co będziemy przeżywać, co lub jak należy czynić, i jakie to powinno przynieść doznania, uczucia i doświadczenia duchowe (chyba niepotrzebnie ludzie Kościoła ulegają takiej pokusie by "edukować" owieczki, które na religijnej trasie gubią drogę do seksu). Niektóre opisane wyżej przypadki jakby stoją w nieświadomości, że Kościół sam doskonale zna, rozumie i przewiduje takie fizyczne czy psychologiczne sytuacje (również na tle religijnym), gdyż one w prawie kanonicznym mogą stanowić przesłankę do unieważnienia małżeństwa. Widzę w tym coś tragikomicznego, że własny problem przenosi się na Kościół tylko dlatego, że powstał na gruncie religijnym i w religijnym środowisku. Równie dobrze można mieć pretensje, że się nie jest szczęśliwym, choć Kościół mówi, że jest to w naszym zasięgu, że łaska boża to skarb itd.

No, problemy są własne, ale nie przenoszone na Kościół, tylko przez naukę ludzi Kościoła generowane. Jestem absolutnie pewna, że nic w artykule nie jest wymyślonego ani przesadzonego. Pan widocznie nie rozumie, że człowiekowi może zależeć na życiu sakramentalnym i nagina się do zasad przekazywanych mu przez różnych nawiedzonych edukatorów na oazach czy kursach przedmałżeńskich. Tam wszystko jest białe lub czarne i na oko wydaje się oczywiste. Niestety, życie jest bogatsze. A zakaz prezerwatyw w małżeństwie powinien być dawno cofnięty pod jednym tylko warunkiem: żeby nie wykluczać poczęcia, bo to generuje myślenie aborcyjne w razie wpadki. Z moich doświadczeń NPR jest do bani, u niektórych kobiet nie da się go stosować w ogóle a u wszystkich nie da się go stosować po porodzie, przy przekwitaniu i w wielu jeszcze innych życiowych sytuacjach. Mądrzy spowiednicy to wiedzą ale niestety trudno takich znaleźć.

Nie, no jasne że nie ma w tym artykule przesady, tylko naiwność i przesądy, które urosły do granic trudnych do przyjęcia przez zdrowy rozsądek. Ja ostatecznie uwierzyłem w autentyczność tych opowieści :). NPR to świetne narzędzie dostosowane do przeróżnych sytuacji, warto zapoznać się z nim w wersjach najbardziej zaawansowanych opracowanych przy udziale lekarzy, np. pod red. prof. Troszyńskiego. Wymaga, jak można się domyślać, studiów, analiz, systematycznej obserwacji i okresowej wstrzemięźliwości i co jest bardzo ważnego wspólnego zaangażowania w poznaniu i opanowaniu tej metody w małżeństwie. Nie wiem jakie sa Pani „doświadczenia:, ale jeśli polega to na tym, że uczy się NPR ze zwyklej broszurki czy strony internetowej przy biernej postawie faceta, który tylko oczekuje od kobiety informacji, czy jest dziś płodna czy nie, to wyników dobrych nie będzie, chyba że się jest wzorcowym materiałem biologicznym. Skoro warunkiem ma być nieunikanie możliwości poczęcia, to po kiego czorta znosić zakaz używania prezerwatyw? Rozumiem, że mogą wystąpić wyjątkowo trudności natury anatomicznej we współżyciu, które można zniwelować za pomocą prezerwatyw, ale naprawdę nie ma innej medycznej lub innej drogi, która pozwoli osiągnąć to samo? Dowiadywała się Pani?

trzeba się pogodzić z tym, że na wiele trudnych pytań w życiu NIE dostaniemy natychmiastowej odpowiedzi od księży, spowiedników, wspólnot. Gdy przyjdą trudne sytuacje, trzeba będzie żyć w dorosły sposób. Jeśli ktoś nas prowadzi w duchowość infantylną pod tytułem ja Panu Bogu dam różaniec codziennie, a on mi święty spokój, ja dam czystość przed ślubem, a On mi da fajerwerki po to... to jest magia, a nie wiara. Życie jest czymś więcej niż formułkami z katechizacji, modlitwa też często jest w suszy czy ciemności. Katolicyzm cukierkowy, obrazkowy, paciorkowy, to iluzja... Piękno to zaufać mimo tego, spokojnie przyjąć rzeczywistość i wyciągać wnioski w Bożej obecności i bez jakiś założeń wyssanych z palca... to niewielu spowiedników powie, ale wiara to podpisanie czeku in blanco, nie wiemy, ile zapłacimy, jakie będą nasze radości czy trudności. A seks małżeński to jak rozmowy, życie małżeńskie, sztuka, której się uczymy, powoli i cierpliwie. Jakoś nikt dzieciom nie mówi przy Pierszej Komunii, że przejdą ekstazę i zobaczą obajawienie Pana Jezusa za pierwszym przyjęciem tego największego przecież Sakramentu, nie wiem, skąd te bzdury o cudowności pierwszego razu, o cudowności wszystkiego zaraz po ślubie, to czysta magia, nie ma niczego bez wysiłku i poświęcenia, słuchania, rozumienia... ja miałam akurat super nauki przedślubne, gdzie nikt takich bzdur nie opowiadał. Smutne, że się jeszcze traktuje Sakramenty jak zaklęcia. Ale są też zdrowe nauki, normalni spowiednicy, a jest też i zdrowy rozsądek. Na szczęście. Żal mi, że niektórzy są jeszcze tak prowadzeni...

Czytam niektóre komentarze i nie wierzę. Chyba to prawda, że spora część czytelników TP to tylko kulturowi katolicy niewierzący albo w ogóle nie utożsamiający się z KK. Uporządkujmy kilka rzeczy: 1. Wg KK antykoncepcja jest grzechem, nie ma obowiązku należenia do KK tylko z powodu że się wychowano w rodzinie gdzie praktykowano pewne tradycje. To nie hipermarket gdzie można sobie wybierać tylko wybrane produkty. 2. KK narzuca swoim członkom styl życia umiarkowanej ascezy, nie omija to także sfery seksualnej. 3. Podstawową, pierwszoplanową funkcją małżeństwa jest płodzenie potomstwa, czyli inaczej jak u protestantów czy prawosławnych gdzie równorzędny jest więziotwórczy charakter małżeństwa i już zupełnie inaczej jak w założeniach etyki świeckiego humanizmu gdzie granicą jest dopiero zgoda i niezadawanie cierpienia. Możesz oddzielać przemieszczanie się od pracy mięśni (samochody, samoloty...), a seksu od rozrodczości już nie. Bo tak, uzasadnienie teologiczne się znajdzie, taki peszek. 4. W katolickiej etyce seksualnej, o ile nie ma problemów z płodnością i nie chce się mieć półtuzina i więcej dzieci występują długie i liczne okresy zupełnej wstrzemięźliwości seksualnej. Wizja 2 tygodnie beztroskiego seksu vs 2 tygodnie wstrzemięźliwości na cykl rozciągnięta na cały okres płodności przy stosowaniu NPR to bujda. 5. Para ateistów, hedonistów czy po prostu ludzi odrzucających ograniczenia katolickiej etyki będzie potencjalnie miała bardziej satysfakcjonujące życie seksualne jak małżeństwo katolickie, więcej zbliżeń, więcej erotycznych wspomnień, więcej eksperymentów. Katolicka etyka to nie jest przepis na cudowne orgazmy stymulowane przez Ducha czy droga pełna braku wyrzeczeń, cierpienia. Nie wiem co wpłynęło że niektórzy mają takie naiwne zdanie.

W KK też są to cele równorzędne: płodność i budowa więzi. Miłość jest najważniejsza. Ważna również (i to jak bardzo!) do wychowania (a nie tylko spłodzenia)potomstwa. Jeśli w rodzinie nie ma miłości, dzieci nie będą zdrowe psychicznie. Oczywiście, można powiedzieć, że miłość to nie seks. Ale seks jest bardzo ważny w kształtowaniu bliskości, Kościół to wreszcie zrozumiał i zmienił priorytety. Pan czerpie z nieaktualnych dokumentów.

KK nie może przeczyć swojemu nauczaniu, Magisterium jest nieomylne, co najwyżej twórczo się rozwija, aktualizuje, ale nigdy nie przeczy sobie. Podobno:). A jak jest inaczej to tym gorzej dla faktów. A teraz już poważniej, bez ironii. Czerpałem z PiusXI, PiusXII, PVI, Wojtyła (jako xiądz i już jako Papa). Czerpię z aktualnych dokumentów. Słowa, że namiętność jest dobra padły dopiero w dokumentach tegorocznego synodu dzięki nowej drodze Franciszka. Zobaczymy co przyniosą kolejne synody, adhortacje. Kierunek wydaje mi się słuszny, więcej roli indywidualnego sumienia i zdania się na rozum i doświadczenie małżonków, byłby to istny przełom kopernikański, integryści tego znienawidzą i już pełza schizma. Ale. Póki co jest jak jest. Młody Wojtyła był przełomowy jak na swoje czasy i ówczesną naukę Kościoła, postulował obowiązek dbania o przyjemność małżonki podczas (i "w łączności z...") aktu, wiadomo jakie to ma praktyczne implikacje. Dzisiaj już nikt nie potrzebuje takich drogowskazów, może z wyjątkiem jednostek, które KK zaraził antyseksualizem i wszystko co związane z seksem, przyjemnością zmysłową jawi się jako brudne, nieczyste, "te sprawy, tam na dole" itd, wtedy i remedium może być lektura o.Knotza, chociaż tylko ma wagę komentarzy do przypisów do przypisów i w atrakcyjnej formie (porównania do meczu na boisku, sakralizacja seksu otwartego na życie itd) przekazuje to co już jest ujęte w techniczno prawnym języku w Katechizmie. Priorytety (niestety) się nie zmieniły. Dalej pierwszorzędną, naczelną, główną funkcją jest płodzenie potomstwa. Doceniono i charakter więziotwórczy (kiedyś zupełnie niezauważalny w dokumentach), ale nie wysunięto go jako równorzędny, a główny cel nie może przez to schodzić na dalszy plan. Czyli masz prawo albo i obowiązek się cieszyć, ale jako tako przy okazji.

Dla mnie najbardziej traumatyczna jest spowiedź. Najbardziej mnie zabolało, jak wyspowiadałam się kilka lat temu z tego, że PRAWIE współżyłam z chłopakiem. Wyszłam z konfesjonału z łzami w oczach. Dowiedziałam się, że Duch św. podpowiada spowiednikowi, że jak on mnie rozgrzeszy to ja to zrobię, bo przeze mnie przemawia szatan, więc nie dostanę rozgrzeszenia. Do tego byłam na mszy z moją ultra-wierzącą rodziną, pytań nie było końca. Przecież byłam u spowiedzi, dlaczego nie idę do komunii? Od tego czasu boję się chodzić do spowiedzi, dostaję drgawek i często wolę nie iść do komunii niż trafić znowu na księdza, który mnie sponiewiera słownie. Często też słysząc mądrości na kazaniach po prostu mam ochotę wyjść. Do dziś szumi mi w głowie kazanie, na którym ksiądz powiedział, że rodzice nie mogą chodzić do komunii i dostać rozgrzeszenia, jeśli ICH dzieci mieszkają ze sobą przed ślubem. Nie umiem tego pojąć, jak łatwo jest oceniać drugiego człowieka i nie ponosić za to żadnych konsekwencji...

Zgodnie z wykładnią katolik nie tylko ma wyrzec się osobistego grzechu, ale też nie może propagować postaw grzesznych u innych, a na grzechy innych ma obowiązek reagować. Rodzic nie ma grzechu jeżeli się przeciwstawił grzesznej postawie bliźniego (w tym wypadku własnego potomstwa). Samo mieszkanie bez ślubu nie jest grzeszne (choć są różne interpretacje), ale jest na ogół bliską sposobnością do grzechu (seks przedm.).Rozwijając to rodzic ma wręcz obowiązek przeszkadzać i zniechęcać dziecko w przypadku ślubu niekatolickiego (cywilny lub innowierczy, wg kk będący tylko usankcjonowanym prawnie konkubinatem, być może wyjątek stanowi ślub prawosławny), spotkałem się wręcz z interpretacjami że na ślubie cywilnym i późniejszym weselu nie może się nawet pojawić, a jak już to tylko symbolicznie by się nie bawić co mogłoby być odebrane jako akceptacja i namowa do dalszego zgorszenia. Co do "PRAWIE współżyłam z chłopakiem. Wyszłam z konfesjonału z łzami w oczach. ". Jeżeli relacja jest prawdziwa to trafiłaś na jakiegoś frustrata, nie ma obowiązku spowiadania się u danego spowiednika, są inni. Ja się spotkałem z inną skrajnością. Ślub, protokół małżeński, ksiądz zaznacza odpowiedzi i mówi głośno "czy współżyli ze sobą....oczywiście że nie (puszcza oczko)... tak będzie lepiej, to tylko formalność". Głowa do góry, nie jednego temat seksu od KK odrzucił, nie można się zniechęcać poszczególnymi skrajnymi, nierozsądnymi postawami.

Szanowna pani, proszę rzadziej się spowiadać. Radzę poszukać spowiednika w zakonie np. dominikanów.Opinie spowiednika też należy ocenzurować. Nie zawsze mówi przez niego Duch Święty, czasami to suma stereotypów, głupoty, uprzedzeń, mizoginii.... Unikać konfesjonałów tzw. księży diecezjalnych. Można w nich spotkać kapłana z poważnymi problemami psychicznymi i moralnymi, instrumentalnie traktujących penitenta!

Bogu a nie księdzu się spowiadać - ten nie powinien mieć słabszych dni

Ale spowiadając się bezpośrednio Bogu, zwykle nie wiesz, czy ci wybaczono. Nawet ograniczony ksiądz udziela, zgodnie z obietnicą Pana Jezusa, ważnego rozgrzeszenia:ZAPRAWDĘ, POWIADAM WAM: WSZYSTKO CO ZWIĄŻECIE NA ZIEMI, BĘDZIE ZWIĄZANE W NIEBIE, A CO ROZWIĄŻECIE NA ZIEMI, BĘDZIE ROZWIĄZANE W NIEBIE.

[a nie księdzu]

Niezrozumiała i niekonsekwentna jest dla mnie także postawa tych katolików czy osób uważających się za katolików, którzy stosują antykoncepcje i się z tego nie spowiadają jak i ogółem tych którzy stosują i nawet się spowiadają. Takie głosy pojawiają się i w komentarzach tutaj, ogółem w internecie jak i w rozmowach na żywo ze znajomymi. Należy zawsze się kierować własnym sumieniem, racja, ale jednocześnie katolik ma obowiązek kształtować swoje sumienie w oparciu o magisterium, Katechizm. Potrafię sobie wyobrazić liczne sytuacje w przeszłości, że ludzie po prostu nie wiedzieli że coś jest grzechem ciężkim, postępowali zgodnie z sumieniem, intuicją, głębokim wewnętrznym przekonaniem, ale obecnie w powszechności internetu, darmowego dostępu do wiedzy, dyskusji, dokumentów ciężko mi sobie taką sytuacje wyobrazić, przynajmniej w pierwszym świecie. W przypadku niespowiadania się "z tego": uważasz się za katolika, chodzisz do katolickiej świątyni na nabożeństwa sprawowane przez katolickiego kapłana, korzystasz z katolickiej Eucharystii, decydujesz się na katolicki sakrament pokuty i pojednania odbywający się (zwyczajowo) w katolickim "meblu", a dalej już tworzysz sobie własną religię z własnymi zasadami wybiórczo inspirowanymi tylko katolickimi wskazaniami (zapewne jesteś także po katolickim sakramencie chrztu, komunii, bierzmowania, małżeństwa, przyjmujesz katolickiego księdza po kolędzie, a swoje dzieci też ochrzciłeś/aś w Kościele katolickim i posłałeś na katolicką katechezę w szkole i tak dalej), a jednocześnie świadomie łamiesz jedną z głównych zasad dotyczących wskazań do życia codziennego. A teraz nawet w przypadku spowiadania się. O ile coś wydarzyło się pod wpływem impulsu, wcześniej nie planowane, doprawione np alkoholem, a gumy można kupić wszędzie - rozumiem. Co jednak z ludźmi świadomie, na spokojnie wcześniej przygotowującymi sobie grunt pod ubezpłodniony stosunek. Myślenie: wyspowiadam się na Wielkanoc i problem z głowy, a teraz sobie sprowadzę hurtem niezbędne zabezpieczenia? A gdzie szczery żal, chęć poprawy? Czy to nie jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu? Czy taka postawa nie różni się od planowania okradzenia sklepu, najpierw świadome rozpoznanie, sprowadzenie niezbędnych przedmiotów, dokonanie rabunku, a potem hyc "proszę o pokutę i rozgrzeszenie" i Pana Jezuska do buzi. Fanatykami logiki, w pełnym uznaniu, jawią się mi więc dwie grupy ludzi, apostaci (lub przynajmniej zadeklarowani niekatolicy zdający sobie sprawę ściągnięcia na siebie ekskomuniki) i ortodoksyjni katolicy.

Tak bardzo stoisz na straży katolickiej ortodoksji. Nie powiem, to chwalebne zajęcie.Tylko należy czytać ze zrozumieniem. Moje zrozumienie podpowiada mi, że nie jesteś katolikiem. Należy zadać pytanie? Co zatem tobą powoduje, ze tak ochoczo wypowiadasz się w tematach KK, niczym rzecznik prasowy KEP? Owszem, starasz się zachować obiektywizm, lecz jest to bardzo sztuczne, wręcz rzucające się w oczy. Inaczej. Skąd przychodzisz i dokąd zmierzasz Borowiku? Jeżeli oczywiście nie narusza to twojej prywatności.

Nie staram się w jakimś niby to misyjnym być strażnikiem cnót wszelakich, ale staram się zgłębiać i poznawać stanowisko KK. Nie od dzisiaj, nie od roku. Twoje zrozumienie może być błędne, nie wiem niby gdzie nie zachowałem obiektywizmu i w sumie na czym obiektywizm miałby polegać skoro decydując się pisać jakieś swoje odczucia już staje się to z definicji subiektywne. Obiektywnie to co najwyżej starałem się przekazać to co Kościół głosi, mam nadzieję że się nie pomyliłem, a jeżeli to nie umyślnie.

W twoich postach, słowo katolik, katolicki, jest odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki. Można powiedzieć, jesteś jakimś rekordzistą. Ja jestem katolikiem,ale nie muszę tego, co chwila podkreślać. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie i dobrze o tym wiesz. Zobacz, z jednej strony głęboko wnikasz w ten katolicki świat a z drugiej strony, sam pozostajesz incognito. Powiadasz, że chcesz przekazać to co Kościół głosi. To cenne, jednakowoż, jak powiadają, dobrymi chęciami, jest piekło wybrukowane. Bo widzisz Borowiku, naukę można pokazywać by kogoś ubogacić, ale można też to czynić, by kogoś pognębić.Wszystko zależy, od owego obiektywizmu subiektywnego, nazwijmy go tak.Obiektywizm subiektywny, zależy od miejsca w którym się znajdujemy.

Ten łańcuszek z odmienianiem katolicki zastosowałem tylko jako pewną formę ekspresji, logika byłaby taka sama jakbym przymiotnik ominął.

ludek boży kościoła katolickiego w Polsce to stadko w przeważającej mierze owieczek oswojonych przez swych pasterzy z obłudą i zakłamaniem, w kwestii religii często skrajnie konformistycznych, i bez najmniejszych problemów stosujących takie zachowania w swych relacjach z Bogiem - good news jest taki, że coraz więcej młodych nie chce mieć nic wspólnego z tym kościołem, nie ma za czym płakać

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]