Reklama

Niewielu nas zostało

Niewielu nas zostało

30.07.2019
Czyta się kilka minut
Jak co roku, także tego 1 sierpnia – w 75. rocznicę – warszawscy powstańcy będą w centrum uwagi. Przez resztę roku zmagają się z codziennością, czasem samotnie. To opowieść o nich.
Okładka dodatku: Powstanie ’44 ARCHIWUM SZCZECIŃSKICH / EAST NEWS
C

Ci wówczas młodsi, którzy do walki poszli jako nastolatkowie, dobiegają dziś dziewięćdziesiątki. Ilu weźmie udział w obchodach? Wielu być może nie znajdzie siły, aby wyjść z mieszkania.

Dla wszystkich jednak to szczególny czas: gdy wracają wspomnienia, gdy można zobaczyć dawnych kolegów i koleżanki, dowiedzieć się, co u nich słychać. Przez kilka dni można zapomnieć o codziennych problemach oraz o coraz bardziej ciążących latach.

Inaczej stąd nie wyjdę

Pokoje w mieszkaniu są zacienione, nie jest tak gorąco jak na zewnątrz. Oddech dają też jaśminy i rododendrony na podwórzu. Duży przedwojenny budynek otoczony jest przez cztery ulice, w tym ruchliwą Wawelską. Jednak nie odczuwa się zgiełku miasta.

W czasie Powstania był to ostatni punkt oporu na Ochocie, nazywany „Redutą Wawelską”; padł 11 sierpnia.

d8a01089-4861-4939-b1a7-a721c33f23f4.jpg


Z prawej: jedyne zdjęcie Haliny Dudzik (dziś Jędrzejewskiej) ps. „Sławka” z Powstania. Z lewej: dziś, w mieszkaniu przy ul. Wawelskiej, 10.07.2019 r.

Halina mieszkała tam z rodzicami i dwiema siostrami. 1 sierpnia wyszła z domu. Dopiero po kilku miesiącach, już w obozie jenieckim, powoli docierały do niej wieści o bliskich: kiedy Reduta padła, ojca zabito, a matka i jedna z sióstr zostały ciężko pobite (o tym, co przeszły, długo nie chciały jej opowiedzieć).

Dziś Halina dalej mieszka w tym samym mieszkaniu na Wawelskiej.

Gdy wchodzę, siedzi z telefonem w ręce, wśród papierów, dokumentów, notesów.

– To możemy zaproponować – mówi do słuchawki. – Dobrze, proszę się zastanowić.

To kolejna „kombatancka” sprawa do załatwienia. Bo Halina Jędrzejewska (wtedy nosiła panieńskie nazwisko Dudzik), pseudonim „Sławka”, choć ma 93 lata, niezmiennie zaangażowana jest w sprawy kolegów i koleżanek. Nie tylko z jej Batalionu AK „Miotła”, ale z całego powstańczego środowiska. Jest wiceprezesem Związku Powstańców Warszawskich. Ale przede wszystkim jest „Sławką”.

– A „Sławka” o tym wie? – usłyszałam niedawno w rozmowie dwóch weteranów, zmagających się ze służbą zdrowia. Bo jak nie wie, to trzeba jej powiedzieć, ona coś załatwi, pomyśli, doradzi. Tak było kilkadziesiąt lat temu, gdy Halina pracowała jako lekarka w jednym z warszawskich szpitali, tak jest i teraz.

W jej historii widać, jak silne są więzi między powstańcami, nawet po latach.

– Kiedyś przyjechałam rano do kliniki i na parkingu zobaczyłam kolegę leżącego w samochodzie. To był Zbyszek Chwaszczewski ps. „Tchórz”, razem byliśmy w Powstaniu. Okazało się, że się źle poczuł w drodze do pracy i postanowił przyjechać do mnie po pomoc – opowiada. – Jestem ortopedą, a on miał problemy z sercem, ale pomogłam mu dostać się na kardiologię. „To mój kolega z Powstania, proszę go przyjąć. Inaczej stąd nie wyjdę” – tak mówiłam.

Płakałam dwa razy

„Sławka” także w Powstaniu była gotowa zrobić wszystko dla kolegów i koleżanek.

Batalion „Miotła”, wchodzący w skład Zgrupowania „Radosław”, przeszedł wyjątkowo ciężką drogę: przez Wolę, Stare Miasto, kanałami do Śródmieścia, potem krótko Czerniaków i jeszcze ul. Książęca (Halina: „Musiał ją utrzymać, by uniemożliwić Niemcom wejście do Śródmieścia”).

„Sławka” była sanitariuszką liniową, czyli była z oddziałem cały czas i jak chłopcy szli do ataku, biegła z nimi. Z ciężką torbą sanitarną. – Nie było czasu na myślenie: chłopcy szli, to ja szłam. Chłopcy biegli, to ja biegłam. Chłopcy padali, to ja padałam – zawsze tak samo zbywa pytania o odwagę (dwukrotnie została odznaczona Krzyżem Walecznych).

Kiedyś, podczas walk na Stawkach, ranny w brzuch został kolega z oddziału. „Sławka” ściągnęła go spod ostrzału, ale nie była w stanie zanieść go sama do szpitala. Inni chłopcy też zostali ranni. Poprosiła więc o pomoc cywilów. – Nie chcieli. Teraz myślę, że trudno się dziwić, ale wtedy byłam zszokowana odmową. Wyciągnęłam zza paska pistolet i powiedziałam: „Jeśli go natychmiast nie weźmiecie, to strzelam” – opowiadała mi kiedyś. Ranny trafił do szpitala, ale nie udało się go uratować. – Bardzo płakałam. W czasie Powstania płakałam dwa razy i to był jeden z nich – mówiła. – Tak bardzo chciałam go uratować i nie udało się.

Teraz, 75 lat później, „Sławka” dalej ratuje innych. Ostatnio dwukrotnie złamała nogę, ale mimo to dwa razy w tygodniu jedzie do siedziby Związku na ul. Długiej. – Trzeba przejść w wejściu dwa schodki – mówi. – Niech to licho, te schodki! Trochę trzeba mi pomóc... Ale daję radę.

Czego potrzeba powstańcom? Według Haliny, przede wszystkim codziennej opieki i uwagi. – Niektórzy z nas sami już nie są w stanie wyjść z domu – opowiada. – A chcieliby pójść na spacer. Nie być samemu.

Zwraca uwagę, że oferować pomoc też trzeba umiejętnie, bo w niejednym z kolegów zagra jeszcze duma i będzie próbował pokazać, że radzi sobie sam.

– Postarzeliśmy się. Pamiętam moich kolegów, jak byli tymi młodymi, silnymi, szaleńczo odważnymi chłopami. A teraz są bezradni, skazani na czyjąś pomoc. To takie przykre – mówi.

– Niewielu już z nas zostało. Z moich kolegów został już tylko jeden. Wszyscy umarli – dodaje i głos się jej łamie.

W głowie i sercu

Od kilku lat powstańcy mogą liczyć na coraz większą pomoc ze strony władz Warszawy. Jest to jednorazowe wsparcie finansowe (w tym roku 5 tys. zł), ale także np. możliwość bezpłatnego korzystania z taksówek. W 2018 r. rozpoczął działalność dom dziennego wsparcia, gdzie mogą spędzić dzień i zjeść ciepły posiłek.

Pomagają firmy. Na przykład Maspex w ramach projektu Parasol Historii – Wspomnienie ’44 włącza się w akcję „Pomoc dla Powstańców” (wsparcie finansowe, za pośrednictwem Światowego Związku Żołnierzy AK) oraz w akcję Stowarzyszenia „Paczka dla Bohatera” (paczki żywnościowe przed świętami). Nadal działa „Rachunek wdzięczności”: akcja PGNiG, w ramach której powstańcy mogą liczyć na wsparcie w wysokości do 900 zł rocznie na rachunki za gaz. Podobnie jak w ubiegłym roku, od 1 sierpnia do 2 października Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny im. Orłowskiego zaprasza powstańców na darmowe konsultacje lekarskie, badania diagnostyczne czy rehabilitację.

O szczegóły chcę zapytać Agnieszkę Pawelec, odpowiadającą za kontakty z weteranami w Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzeum uczestniczy w konsultacjach dotyczących projektów dla powstańców, a Agnieszka – pracująca tam od samego początku – zna potrzeby weteranów lepiej niż ktokolwiek inny.

Kiedy przychodzę, ma już jednak gości: Zofię Gordon ps. „Iskra” (w Powstaniu nosiła panieńskie nazwisko Śliwka) i Janusza Walędzika ps. „Czarny”. Są ciastka i kawa.

f4457526-1147-44b3-93dd-b96394f5a860.jpg


Zofia Śliwka (dziś Gordon) ps. „Iskra”, 9.07.2019 r.

Dostaję swoją w kubku, który Janusz zamówił specjalnie dla Agnieszki. Jest na nim jego zdjęcie – w mundurze, z biało-czerwoną flagą i... w rzadkim modelu subaru leone. Bo Janusz kocha samochody, a ten wyjątkowy podarował mu syn na 50. rocznicę Powstania.

Powstańcy uwielbiają Agnieszkę i teraz wspólnie wymieniają jej zalety: cierpliwość, uśmiech, zrozumienie.

– Ona wie o nas wszystko, ale ma nas nie tylko w głowie, ale przede wszystkim w sercu – mówi Zofia. Opowiada, jak kilka lat temu zmarli jej mąż i córka. – W tym najciemniejszym okresie dzwoniła Agnieszka. Co chwila coś wymyślała. Że trzeba tam pójść, a tam jest spotkanie, a coś jeszcze trzeba zrobić – opowiada. – Najgorsze momenty przetrwałam dzięki niej.

– I zawsze jest uśmiechnięta – dorzuca Janusz.

Agnieszka woli zmienić temat i zamiast o niej, mówimy o zorganizowanych formach pomocy.

Potrzeba więc pomocy w dostępie do opieki zdrowotnej. Ale nie tylko: także w sprawach codziennych. Gdy jakiś czas temu Muzeum zapytało powstańców o ich problemy, okazało się, że jednym z największych jest samodzielne przygotowanie obiadu. Bo trzeba zrobić zakupy, wnieść ciężkie siatki do mieszkania, ugotować, a potem umyć garnki. Dla ludzi w wieku lat 90 i więcej to po prostu ogromny wysiłek.

– Często są ludzie, którzy chcieliby pomóc, np. w odmalowaniu mieszkania, a nie wiedzą, jak dotrzeć do powstańców. Staramy się to koordynować. Ale czasami się spóźniamy i pomoc dociera za późno – ze smutkiem przyznaje Agnieszka. – Dopiero się jednak uczymy pomocy weteranom, a Warszawa jest tu prekursorem.

Chuda, mała, z warkoczem

Zofia i Janusz dołączyli do Powstania jako nastolatkowie. Janusz miał 14 lat („Ale byłem wysoki jak na swój wiek” – zaznacza), Zofia 16 lat. Oboje byli w Śródmieściu: on w Zgrupowaniu „Chrobry II”, ona w Batalionie „Ruczaj”.

Gdy zaczęły się walki, jak wielu młodych ludzi nie chcieli być bezczynni. Tym bardziej że mieli starsze rodzeństwo w konspiracji.

– Mieszkaliśmy na ul. Pańskiej 45. Kiedy wybuchło Powstanie, szybko pojawili się ranni. Niedaleko, na Mariańskiej, zorganizowano szpital, chciałam pomagać, więc powiedziałam mamie: „Chcę iść walczyć”. Tylko mnie pocałowała: „Idź, dziecko” – opowiada Zofia. – Byłam chuda, mała, z warkoczem. Wszędzie mnie było pełno. Byłam jak iskierka, stąd pseudonim. Potem byłam w szpitalu na Mokotowskiej.

– Mnie nazwano „Czarny” – Janusz opowiada o swoich powstańczych początkach. – Miałem starszego o trzy lata brata, który już wcześniej był w konspiracji. Kiedy 1 sierpnia nie wrócił do domu na noc, to wiedziałem, że poszedł do Powstania. Pamiętam ten entuzjazm, szał radości, ludzi na ulicach. Myśleli, że to koniec wojny. Nie wytrzymałem, rozpierała mnie chęć działania, więc pobiegłem do brata – był w okolicy Alei Jerozolimskich i Żelaznej. I tak trafiłem do „Chrobrego II”.

75 lat później Zofia i Janusz nadal starają się być aktywni. Spotykają się z młodzieżą, opowiadają.

– Zawsze przyjmuję zaproszenia. To mój obowiązek – mówi Janusz, który prowadzi też izbę pamięci „Chrobrego II” w szkole podstawowej na ul. Miedzianej.

– Proszę przyjść do mnie na Miedzianą – zaprasza. – W szkole wystarczy zapytać o „Dziadka”. Wszystkie dzieci mnie znają i pokażą drogę.

Strażnik z Miedzianej

Szkoła podstawowa nr 26 przy ul. Miedzianej mieści się w budynku XIX-wiecznym, ale mocno przebudowanym. Jak wszędzie w tej okolicy, stare podwórka i mury sąsiadują z biurowcami połyskującymi szkłem i metalem. Jeszcze coś zostało z przedwojennego charakteru, ale teraz to jedna z najdynamiczniej zmieniających się części stolicy.

Próg szkoły na Miedzianej Janusz przekroczył po raz pierwszy we wrześniu 1937 r., jako uczeń. Dwa lata później wybuchła wojna i szkoła została zbombardowana. W 1944 r. znów był w szkole, ale w innym charakterze: już jako łącznik w Zgrupowaniu „Chrobry II”.

Zgrupowanie to walczyło na jednym z najważniejszych odcinków powstańczego frontu. Osłaniało centrum stolicy przed atakami niemieckimi od strony Al. Jerozolimskich oraz ulic Towarowej i Grzybowskiej. Prasa powstańcza nadała mu zaszczytną nazwę: „twardy front”. Oddział utrzymał pozycje do końca Powstania. Szkołę na Miedzianej też obronili.

44b52dbb-5391-4136-a85d-0fd7672335d3.jpg


Janusz Walędzik ps. „Czarny” miał 14 lat, gdy zgłosił się do zgrupowania „Chrobry II”. Z lewej: na Powązkach, 30.07.2018 r.

– Atakowali nas czołgami, ale do szkoły nigdy nie weszli. Podchodzili i odstępowali – wspomina „Czarny”. – Mieliśmy mało amunicji, trzeba było oszczędzać. W nocy podpełzaliśmy do zabitych Niemców i zabieraliśmy broń i amunicję.

Szkoła pozostała w polskich rękach, ale było wielu rannych. W dwóch klasach na parterze zorganizowano punkty pomocy medycznej, dopiero stąd ranni trafiali dalej do szpitali. Wielu umierało. – Nie mieliśmy ich gdzie grzebać – mówi Janusz. – Nie mieliśmy trumien, więc ciała zawijaliśmy w koce. Ale gdzie je pochować? Im dłużej trwało Powstanie, tym większy to był problem. Każdy skrawek ogródka był zajęty. A to lato było, ciepło, więc sama pani rozumie...

Razem z ciałami grzebano butelki z informacją – imię, nazwisko – z myślą o przyszłych ekshumacjach. – Niekiedy jednak znaliśmy tylko pseudonim – wzdycha Janusz.

Teraz w jednej z tych sal jest pracownia historyczna, w drugiej świetlica. Akurat nie ma w nich zajęć, jest pusto. Przez okna wpada słońce. Jest tak spokojnie, że trudno wyobrazić sobie, że umierali tu ludzie.

Izba pamięci jest na końcu korytarza. W niej zdjęcia, hełmy, pociski. Gra przedwojenne radio. Przypomniana jest historia patrona szkoły Mirosława Biernackiego, który dowodził słynną redutą powstańczą na rogu ulic Siennej i Towarowej, tzw. Kurzą Stopką. Choć miał 16 lat, został zapamiętany jako opanowany i odpowiedzialny dowódca drużyny. Może stąd pseudonim „Generał”. „Pamiętaj, nie wolno ci się dać zabić!” – mówił swoim żołnierzom przed akcją.

Kapral Biernacki zginął 30 sierpnia 1944 r.

Teraz jego kolega, Janusz, prawie codziennie przychodzi do szkolnej izby pamięci. Mieszka obok, szkoła jest niemal jego drugim domem. Opowiadanie o Powstaniu uważa za swój obowiązek: tłumaczy, że było reakcją na lata terroru, buntem, którego nie można było powstrzymać.

Miał wtedy 14 lat, niewiele młodsi uczniowie grają właśnie w piłkę na szkolnym boisku. Jestem tu w połowie czerwca, za chwilę wakacje. Gorący dzień, na korytarzach już pusto, ale na zewnątrz głośno od śmiechu dzieci.

Janusz żegna mnie na progu szkoły, za chwilę wróci do izby pamięci – jej ostatni strażnik z ulicy Miedzianej. Jeszcze przez chwilę patrzymy na dzieci biegające w słońcu. Nie wiem, o czym myśli. Może o tym, co działo się tu 75 lat temu. A może o tym, że i on kiedyś tak szybko biegał. I że życie jest silniejsze.

Samemu jest smutno

Do Domu Wsparcia na ul. Nowolipie powstańcy przychodzą codziennie od poniedziałku do piątku. Są tacy, którzy bywają regularnie, i tacy, którzy wpadają od czasu do czasu. Przychodzi lekarz, organizowane są koncerty, lekcje obsługi komputera, są wykwalifikowane opiekunki. Jest rehabilitacja i gimnastyka.

Kiedy przychodzę przed południem, kilkanaście osób siedzi już wokół stolików. Piją kawę, czytają gazety, rozmawiają. Ci, którzy będą brali udział w gimnastyce, mierzą ciśnienie.

– Gimnastykę bardzo cenię, ćwiczenia nam służą – mówi Jadwiga Skolimowska (wtedy Gadomska, rocznik 1927, ps. „Jadwiga Czarna”). – Czuję się tu jak pączek w maśle.

Zaznacza jednak: – Warszawa przypomniała sobie, że ma powstańców. Ale mam żal – nawet nie żal, tylko pretensję – że tak późno. Za późno.

Placówka została otwarta jesienią 2018 r.

W fotelach siedzą panowie Kazimierz Abramczuk i Czesław Łukasik. Żartują, przekomarzają się: – Nie idziesz na gimnastykę? To ty leniuszek jesteś!

Można by przypuszczać, że przeszli wspólnie cały powstańczy szlak. – Ależ skąd! Poznaliśmy się tutaj – wyjaśnia Czesław. – Byłem wtedy na Ochocie, a Kazik na Żoliborzu.

– Przychodzę codziennie – opowiada Kazimierz. – Mieszkam sam, a samemu żyje się ciężko, smutno i nudno. Tutaj odżywam.

Czesław ma dużą rodzinę, ale do Domu Wsparcia przyciąga go uśmiech pracowników. – Zawsze można też porozmawiać z kolegami i koleżankami. Są tylko dwie zasady: nie rozmawiamy o polityce i Kościele! A na spory mamy szeryfa – śmieje się. – Ja jestem sędzią pokoju.

Szeryfem jest Zbigniew Daab, ps. „Kapiszon”.

Do rozmowy dołącza Krystyna Rybicka (wtedy: Mekke). Pseudonim „Lilia”, rocznik 1925, wtedy sanitariuszka Wojskowej Służby Kobiet. – Wcześniej prawie przez dwa lata nie wychodziłam z domu. A rehabilitacja tak mi pomogła, że po domu chodzę sama i to nawet bez kuli – chwali pracowników Domu Wsparcia. – Tutaj, choć mieszkam blisko, przywozi mnie przemiły kierowca.

Placówka to nie tylko pracownicy i powstańcy. To także wolontariusze. Jacek Powierza pracował już z wieloma weteranami, dziś przyszedł pierwszy raz z nową podopieczną. – Powstańcy mają wspaniałe umysły, tylko ciała się już poddają. Dlatego potrzebują wsparcia. A ja pomagam, bo chcę, bo mogę. Bo po prostu drugi człowiek potrzebuje pomocy – wyjaśnia.

Szefową Domu Wsparcia jest Aleksandra Płońska. – Dom może maksymalnie gościć 30 weteranów. Zwykle przychodzi około dwudziestu. Jest stała grupa, codziennie przywożona przez kierowcę – opowiada Aleksandra. – Gimnastyka jest bardzo ważna, nieraz widzimy z tygodnia na tydzień, jak niektóre osoby stają się sprawniejsze. Myślę jednak, że poza takimi praktycznymi sprawami jak ćwiczenia czy ciepły posiłek ważne jest, że powstańcy mają miejsce, do którego mogą przyjść i w którym spotka ich tylko dobroć i życzliwość.

Żeby pamiętać

Wiesław Lechowicz ps. „Kotwica” ma 94 lata. Poznaliśmy się kilka lat temu, podczas pracy nad filmem Ewy Ewart „Zdobyć miasto”. Wiesław, który przed oraz w czasie Powstania pracował jako rusznikarz na Starym Mieście i w Śródmieściu, opowiadał nam wtedy o produkcji granatów i miotaczy płomieni, o ciężkiej matrycy, którą przenosił kanałami oraz o chłopcach z miotaczami, którzy poganiali go: „Szybciej, szybciej napełniaj!”, gdy trwały walki o szpital św. Jana Bożego na Starówce.

W ciągu kilku ostatnich lat Wiesław z powodzeniem przeszedł operację oczu, ale zmaga się z innymi problemami zdrowotnymi.

To dotyka wszystkich powstańców: diagnozy, szpitale, wizyty kontrolne. Nawet w rozmowach w ich własnym gronie to właśnie zdrowie zaczyna wypierać inne tematy. A Powstanie? – Czasem wraca, czasem się o tym myśli. Z dziećmi czasem o tym porozmawiam – mówi Wiesław. – Wolałbym jednak Powstanie namalować. Bo ja mam takie obrazki z Powstania w głowie. Jeden zwłaszcza pamiętam: szliśmy po nalocie Marszałkowską i zobaczyliśmy dwoje małych dzieci, a obok starszego człowieka, pewnie dziadka, przyciśniętego gruzami budynku. Prosił, żeby go dobić... Nie mogliśmy tego zrobić, ale też nie mogliśmy mu pomóc. Musieliśmy go zostawić i te dzieci też. Zameldowaliśmy o tym w dowództwie. Nie wiem, czy ktoś tam poszedł... Pamiętam to tak wyraźnie...

Za oknem upał, mieszkanie na szczęście jeszcze się nie nagrzało. – Jak jest chłodno, czasem sam wychodzę – zaznacza Wiesław. – A jak nie, to dzieci i sąsiadka mi pomagają.

Rozmawiamy niespiesznie o tym, co dziś, i o tym, co wtedy. – Czy warto było? To historia wyjaśni – stwierdza „Kotwica”. – Dziś miasto żyje, ludzie chodzą po ulicach. Jak wówczas, jak 1 sierpnia. Tyle że wtedy więcej młodych ludzi nagle się pojawiło i gdzieś biegało. Mało kto z młodych dziś zdaje sobie sprawę, jaka wtedy była sytuacja, czemu Powstanie wybuchło.

To zawsze było trudne zadanie: wytłumaczyć, opowiedzieć Powstanie. Z czasem staje się chyba coraz trudniejsze. Przypominam sobie wcześniejszą rozmowę z Haliną Jędrzejewską, która podkreślała, że teraz najważniejsze, żeby ludzie zapamiętali, że było Powstanie. I dlaczego było. – To był ogromny wysiłek mnóstwa ludzi. Nie wolno tego zapomnieć – prosiła. – To ważne, żeby młodzi ludzie wiedzieli, jaki był nasz stosunek do kraju. Teraz to wydaje się dziwne, wiem, ale my mieliśmy jedną myśl: co mamy zrobić dla kraju, jak pokonać Niemców. I wierzyliśmy – tak długo wierzyliśmy! – że się uda. Nie wiem, jak to tłumaczyć.

Może wystarczy pamiętać. ©℗

Galeria zdjęć
Parasol historii - wspomnienie 44

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

https://zrzutka.pl/zf9xz7
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]