Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Gdy życie wisi na pasku

Zbiórki społecznościowe na leczenie stają się trzecim filarem finansowania opieki medycznej w Polsce.

Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

Gdy życie wisi na pasku

Gdy życie wisi na pasku

07.01.2019
Czyta się kilka minut
Zbiórki społecznościowe na leczenie stają się trzecim filarem finansowania opieki medycznej w Polsce.
Bieg charytatywny Franek Run dla chłopca chorego na artezję dróg żółciowych. Łask, październik 2016 r. ADAM STAŚKIEWICZ / EAST NEWS
L

Leki, których roczny koszt przekracza kilkaset tysięcy albo dwa miliony złotych. Eksperymentalne terapie onkologiczne. Leczenie komórkami macierzystymi w Chinach. Operacje kardiochirurgiczne. Zbiórki na leczenie trwają przez cały rok i okrągłą dobę. Na miejsce jednego zrealizowanego celu pojawiają się trzy kolejne.

I Polacy chętnie otwierają portfele, zwłaszcza gdy w grę wchodzi życie małych dzieci. One mają, statystycznie, największe szanse na zgromadzenie środków.

Dwa warunki

Dr Tadeusz Jędrzejczyk, prezes Narodowego Funduszu Zdrowia w latach ­2014-16, twierdzi jednak, że publiczny płatnik wcale nie oszczędza na pacjentach, którzy potrzebują zagranicznego leczenia. – Jeśli spełnione są wynikające z przepisów warunki, Fundusz płacił i płaci za leczenie, niejednokrotnie bardzo drogie – podkreśla. Warunek pierwszy: problemu zdrowotnego nie da się rozwiązać w...

15106

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

ale tak naprawdę to problem w tym, że zawsze i wszędzie będzie brakowało na leczenie wszystkich i ze wszystkiego, i od tego kłopotu nie są wolne nawet najbogatsze społeczności - a problem ten swe źródło oczywiście ma w [absurdalnej, co tu dużo mówić] ludzkiej niezgodzie na przemijanie i panicznym strachu przed kościelnym niebem - akurat polskiej rzeczywistości leczniczej to nam może pół świata zazdrościć, i tym się cieszmy, żeśmy w górnej części piramidy, i to raczej bliżej jej wierzchołka niż środka

Czy cos wiadomo o efektach leczenia tych przypadkow opisanych w tekscie?

O jednym aspekcie wyjazdu do Monterey Pani nie wspomniała. Dzieciaki w dobrej kondycji zyskują tam więcej czasu niż realnie otrzymałyby tutaj. Dobre spojrzenie, ciekawy artykuł. Pozdrawiam

Szanowna Pani redaktor. Jestem w stanie zrozumieć Pani podejście do tematu ale proszę pamiętac, że nie wszystko jest czarne lub białe. Przedstawia Pani kwestię zbiórek jako wymysł zrozpaczonych rodziców, którzy dają się zmanipulować i naciągnąć. Jestem jedną z osób które zorganizowały zbiórkę na wyjazd zagraniczny. Zbiórka ta kosztował mnie moje życie prywatne, niezależność oraz godność. Życze Pani, żeby nigdy nie doświadczyła Pani na własnej skórze ile emocji i sił pochłania zbieranie pieniędzy na leczenie kogoś bliskiego. Mimo wszystko, gdybym musiała zrobić to raz jeszcze zrobiłabym to bez chwili zastanowienia. Argumenty które Pani przedstawia są dość stronnicze. Owszem, część lekarzy w Polsce jest wybitnie uzdolniona, wyposażenie szpitala też często jest na najwyższym poziomie ale każdy z nas wie, że nie wszystko jest takie idealne. Słyszała Pani kiedyś o limitach i terminach? Bo ja tak. To limity miały zadecydować o zwiększeniu lub zmniejszeniu szans mojego dziecka na przezycie. Nie miałam żadnego wpływu na rozwój choroby mojego dziecka ale mogłam zrobić dla Niego wszystko by zapewnić mu jak największą szanse na życie. I te szanse wybrałam. Mój syn urodził się z bardzo ciężką wadą, która wymagała ratowania Jego życia od pierwszych chwil. W czasie ciąży większość wizyty musiałam odbyć prywatnie choć jestem ubezpieczona, nie mogłam czekać na termin wizyt wyznaczonych z nfztu ponieważ specjalistyczne badania prenatalne wyznaczono mi dwa miesiące po planowanym terminie porodu. Gdy zdiagnozowano już dokładnie chorobę przejechałam pół Polski by znaleźć najlepsze miejsce na przyjście na świat mojego syna. W żadnym z szpitali w którym miał być operowany syn nie mogłam rodzić bo szpitale te nie miały porodówki. Lekarze prognozowali, że syn może urodzić się w stanie krytycznym. Transport dziecka był pierwszą kwestią która spędzała mój sen z powiek. A to miał byc dopiero początek. W tym czasie lekarze zaczęli wypowiadać klauzulę opt -aut. W wielu szpitalach brakowało lekarzy anestezjologów. NFzt zwraca pieniądze na określonych warunkach jednym z nich jest zapewnienie w okresie okołooperacyjnym ciągłości anestezjologicznej. Większość szpitali nie była w stanie tego zrobić, dlatego odraczała operacje. Oczywiście dzieci w stanie krytycznym "wskakują " na początek kolejki, tylko pytanie jednego z lekarzy dało mi do myślenia - jaki sens ma czekanie aż dziecko bedzie w stanie krytycznym skoro można działać gdy jest w dobrym stanie ? Czy wie Pani jak wygląda życie dziecka które boryka się z efektami niedotlenienia? Żaden ze szpitali nie był w stanie zagwarantować mi, ze w dniu porodu przyjmie mojego syna. Oczywiście, gdzieś zostałby przekierowany w to nie wątpie, wątpie jednak w jakim stanie dotarłby do danej placówki. Wylew, udar,niedotlenienie, zatrzymanie akcji serca - nikt nie był w stanie powiedzieć z czym będzie musiał zmierzyć się mój syn. Kolejna sprawa to sposób zaplanowanego leczenia. Syn miał przejść więcej operacji niż planowała przeprowadzić klinika zagraniczna.Nie ma Pani pojęcia co czuję rodzic gdy odwozi swoje dziecko an blok operacyjny i nie wie czy wróci do niego żywe. Krążenie poza ustrojowe zostawia po sobie różne ślady, kazda kolejna ingerencja nie pozostaje bez znaczenia. Słyszała Pani o sepsie ? Jakiś czas temu czytałam o tym, że z rogu na rok ilość zachorowań w polskich szpitalach jest coraz większa, Samo ministerstwo się do tego przyznaje. Sepsa dla mojego syna z dużym prawdopodobieństwem oznaczała by śmierć lub ciężkie powikłania. Skąd u nas taki problem miedzy innymi stąd, że rzeczy jednorazowe wcale nia sa jednorazowe. Dlaczego ? Dlatego, że przetargi są na okresloną ilość, podczas jednego z pobytów z synem w szpitalu usłyszałam, że mam myć strzykawki po lekach bo jutro nie dostane nowych tylko mam podać w tych. Nie mam żalu do pielęgniarek, bo to system jest chory.Słyszała Pani o dyskwalifikacjiz operacji z powodu na nadciśnienie płucne ? Oczywiści żaden lekarz nie podbije pieczatki, że dziecko jest zdyskwalifikowane tylko odroczone,co zamyka drogę do refundacji. Cudotwórców nie ma ale są lekarze którzy mają wybitne zdolności i sprzyjające warunki. Owszem czasem rodzic z miłości nie potrafi powiedzieć dość i myśli co jeszcze by mógł zrobić. Z drugiej strony nie warto ślepo wierzyć, że zaproponowana droga jest najlepsza bo nie zawsze tak jest. Tutejsi lekarze nie dawali nam szans, zaproponowali operacje "przygotowująca" i pare miesiecy oczekiwania na OIOMIE aż dziecko nabierze sił. Syn został zoperowany w zagranicznej klinice pare dni po porodzie i w domu byliśmy po paru tygodniach.Mój syn żyje dzięki temu, że ludzi dobrej woli nam pomogli. W świecie gdy najczęściej myśli się o sobie i czasem traci wiare w ludzi spotkaliśmy sie z takim ogromem ludzkiej dobroci, że aż zapierało dech. Nie zniechecajcie się do pomagania, nie poddawajcie wszystko watpliwosci i nie sądźcie, że słysząc wyrywkowe opinie i informację wiecie lepiej.

Szanowna Pani redaktor. Jestem w stanie zrozumieć Pani podejście do tematu ale proszę pamiętac, że nie wszystko jest czarne lub białe. Przedstawia Pani kwestię zbiórek jako wymysł zrozpaczonych rodziców, którzy dają się zmanipulować i naciągnąć. Jestem jedną z osób które zorganizowały zbiórkę na wyjazd zagraniczny. Zbiórka ta kosztował mnie moje życie prywatne, niezależność oraz godność. Życze Pani, żeby nigdy nie doświadczyła Pani na własnej skórze ile emocji i sił pochłania zbieranie pieniędzy na leczenie kogoś bliskiego. Mimo wszystko, gdybym musiała zrobić to raz jeszcze zrobiłabym to bez chwili zastanowienia. Argumenty które Pani przedstawia są dość stronnicze. Owszem, część lekarzy w Polsce jest wybitnie uzdolniona, wyposażenie szpitala też często jest na najwyższym poziomie ale każdy z nas wie, że nie wszystko jest takie idealne. Słyszała Pani kiedyś o limitach i terminach? Bo ja tak. To limity miały zadecydować o zwiększeniu lub zmniejszeniu szans mojego dziecka na przezycie. Nie miałam żadnego wpływu na rozwój choroby mojego dziecka ale mogłam zrobić dla Niego wszystko by zapewnić mu jak największą szanse na życie. I te szanse wybrałam. Mój syn urodził się z bardzo ciężką wadą, która wymagała ratowania Jego życia od pierwszych chwil. W czasie ciąży większość wizyty musiałam odbyć prywatnie choć jestem ubezpieczona, nie mogłam czekać na termin wizyt wyznaczonych z nfztu ponieważ specjalistyczne badania prenatalne wyznaczono mi dwa miesiące po planowanym terminie porodu. Gdy zdiagnozowano już dokładnie chorobę przejechałam pół Polski by znaleźć najlepsze miejsce na przyjście na świat mojego syna. W żadnym z szpitali w którym miał być operowany syn nie mogłam rodzić bo szpitale te nie miały porodówki. Lekarze prognozowali, że syn może urodzić się w stanie krytycznym. Transport dziecka był pierwszą kwestią która spędzała mój sen z powiek. A to miał byc dopiero początek. W tym czasie lekarze zaczęli wypowiadać klauzulę opt -aut. W wielu szpitalach brakowało lekarzy anestezjologów. NFzt zwraca pieniądze na określonych warunkach jednym z nich jest zapewnienie w okresie okołooperacyjnym ciągłości anestezjologicznej. Większość szpitali nie była w stanie tego zrobić, dlatego odraczała operacje. Oczywiście dzieci w stanie krytycznym "wskakują " na początek kolejki, tylko pytanie jednego z lekarzy dało mi do myślenia - jaki sens ma czekanie aż dziecko bedzie w stanie krytycznym skoro można działać gdy jest w dobrym stanie ? Czy wie Pani jak wygląda życie dziecka które boryka się z efektami niedotlenienia? Żaden ze szpitali nie był w stanie zagwarantować mi, ze w dniu porodu przyjmie mojego syna. Oczywiście, gdzieś zostałby przekierowany w to nie wątpie, wątpie jednak w jakim stanie dotarłby do danej placówki. Wylew, udar,niedotlenienie, zatrzymanie akcji serca - nikt nie był w stanie powiedzieć z czym będzie musiał zmierzyć się mój syn. Kolejna sprawa to sposób zaplanowanego leczenia. Syn miał przejść więcej operacji niż planowała przeprowadzić klinika zagraniczna.Nie ma Pani pojęcia co czuję rodzic gdy odwozi swoje dziecko an blok operacyjny i nie wie czy wróci do niego żywe. Krążenie poza ustrojowe zostawia po sobie różne ślady, kazda kolejna ingerencja nie pozostaje bez znaczenia. Słyszała Pani o sepsie ? Jakiś czas temu czytałam o tym, że z rogu na rok ilość zachorowań w polskich szpitalach jest coraz większa, Samo ministerstwo się do tego przyznaje. Sepsa dla mojego syna z dużym prawdopodobieństwem oznaczała by śmierć lub ciężkie powikłania. Skąd u nas taki problem miedzy innymi stąd, że rzeczy jednorazowe wcale nia sa jednorazowe. Dlaczego ? Dlatego, że przetargi są na okresloną ilość, podczas jednego z pobytów z synem w szpitalu usłyszałam, że mam myć strzykawki po lekach bo jutro nie dostane nowych tylko mam podać w tych. Nie mam żalu do pielęgniarek, bo to system jest chory.Słyszała Pani o dyskwalifikacjiz operacji z powodu na nadciśnienie płucne ? Oczywiści żaden lekarz nie podbije pieczatki, że dziecko jest zdyskwalifikowane tylko odroczone,co zamyka drogę do refundacji. Cudotwórców nie ma ale są lekarze którzy mają wybitne zdolności i sprzyjające warunki. Owszem czasem rodzic z miłości nie potrafi powiedzieć dość i myśli co jeszcze by mógł zrobić. Z drugiej strony nie warto ślepo wierzyć, że zaproponowana droga jest najlepsza bo nie zawsze tak jest. Tutejsi lekarze nie dawali nam szans, zaproponowali operacje "przygotowująca" i pare miesiecy oczekiwania na OIOMIE aż dziecko nabierze sił. Syn został zoperowany w zagranicznej klinice pare dni po porodzie i w domu byliśmy po paru tygodniach.Mój syn żyje dzięki temu, że ludzi dobrej woli nam pomogli. W świecie gdy najczęściej myśli się o sobie i czasem traci wiare w ludzi spotkaliśmy sie z takim ogromem ludzkiej dobroci, że aż zapierało dech. Nie zniechecajcie się do pomagania, nie poddawajcie wszystko watpliwosci i nie sądźcie, że słysząc wyrywkowe opinie i informację wiecie lepiej.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]