Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Aleja Karola Marksa

Aleja Karola Marksa

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
10.01.2019
Czyta się kilka minut
To będzie przypowieść o demokracji w działaniu. I o tym, czy ciągle jest ona w stanie chronić interes konkretnego słabszego. Takich historii słucha się w Polsce z niedowierzaniem. Niestety.
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
W

We wschodnim Berlinie, w dzielnicy Friedrichshain, jest aleja Karola Marksa. To o takich miejscach mówiło się kiedyś „arm aber sexy”. Biednie tu trochę, ale za to intrygująco. Jeszcze dekadę temu takie miejsca były ucieleśnieniem Berlina, który jakoś bronił się przed losem Nowego Jorku czy Londynu. Stolic, gdzie bez grubego portfela nie masz co liczyć na mieszkanie w fajnej dzielnicy.

Od kilku miesięcy z okien socrealistycznych kamienic w alei Marksa zwisają transparenty „Precz z chciwością” i „Miasto dla mieszkańców, nie dla spekulantów”. Mieszkańcy protestują w ten sposób przeciwko planom prywatnego inwestora, który próbuje wykurzyć ich z budynków.

W tle sporu jest skomplikowana historia ostatniego półwiecza. Sockamienice wzniesiono po wojnie w ramach planowanej w tym miejscu alei Stalina. Budował – jak to się i u nas mówiło – cały naród. Zamieszkali konkretni ludzie. Raczej zwykli. Absolutnie nie partyjna wierchuszka. Zresztą długoterminowy najem to niemiecka specjalność. Popularna zarówno w NRD, jak i w RFN, a potem w Zjednoczonych Niemczech. Do dziś nasi zachodni sąsiedzi wybijają się pod tym względem na tle zafiksowanej na kupnie własnościowego mieszkania reszcie Europy.

Do niedawna było więc spokojnie. Jednak od mniej więcej dekady na fali najnowszego małego cudu gospodarczego Berlin zaczął się zmieniać. Przyciągał przybyszów, a wraz z nim kapitał spekulacyjny. To właśnie przytrafiło się alei Marksa.

Stojące tu budynki do 1990 r. były własnością NRD-owskich spółdzielni mieszkaniowych. W czasie przełomu i one popadły w tarapaty finansowe. Takie kłopoty zazwyczaj towarzyszą integracji dwóch obszarów o bardzo odmiennym potencjale gospodarczym. Zazwyczaj zaczyna się od pożyczki na bieżące potrzeby, remonty etc. Pożyczały i spółdzielnie. W ramach wdzięczności oddając część zasobu mieszkaniowego zachodnim inwestorom. Inwestorzy z początku deklarowali, że nie interesuje ich spekulacja, tylko stabilny najem. Więc nie ma kłopotu, bo będą się przecież trzymać reguł, np. kontroli czynszów przed nadmiernym wzrostem. W takich krajach jak Niemcy to wciąż standard.


Polecamy: "Woś się jeży" - autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie "TP"


Przez dłuższy czas model funkcjonował. Przestał, gdy Berlin zaczął się gentryfikować. Dwa lata temu okazało się, że zarządca mieszkań przy alei Marksa przekształcił się w spółkę-córkę większego funduszu, który z kolei należy do największego prywatnego funduszu deweloperskiego w Niemczech. Wielkiej korporacji, która trzyma rękę na 100 tys. mieszkań w Berlinie (dla porównania największy komunalny właściciel ma ich w niemieckiej stolicy 65 tys.). Niedawno prywatny fundusz przesłał mieszkańcom alei Marksa list, że zgodnie z prawem wypowiada im najem, bo będzie mieszkania sprzedawał. Cena? Średnio 3,5 tys. euro za metr.

I tu zaczyna się robić ciekawie. Mieszkańcy zaczynają pisać listy i wywieszać flagi. Pojawia się zbieranie podpisów pod referendum miejskim o wywłaszczenie giganta. Na właścicielach nie robi to, rzecz jasna, większego wrażenia. Czas działa wszak na ich korzyść: doczekają do końca terminu wypowiedzenia najmu i zaczną monetyzować.

Tak właśnie stałoby się u nas. Ale w Niemczech do gry wchodzi polityka. Propozycji pada kilka. Na dziś wygląda to tak, że zwycięży plan berlińskiego ministra (tu się to nazywa senator) ds. budownictwa. Zgodnie z prawem długoletni najemcy mają prawo pierwokupu po preferencyjnej stawce. Miasto powoła więc fundusz powierniczy, który przygotuje pieniądze potrzebne do wykupu i pożyczy je mieszkańcom na chwilę (oczywiście notarialnie). Ci zaś w tym samym momencie scedują własność na miasto. W ten sposób rekomunalizacja zasobu mieszkaniowego zostanie przeprowadzona, interes kilkuset mieszkańców uratowany, a społeczny problem rozwiązany.

Przywołuję te historie nie dlatego, że da się ją skopiować. Nie mówię też, że w Niemczech wszystko jest cudowne i sto razy lepsze. Chodzi o prostą naukę, płynącą z nastawienia kluczowych aktorów tej historii. Głównie lokalnej polityki oraz relacjonujących to mediów. I jedni, i drudzy faktycznie zdają się w tym sporze brać stronę słabszego. To znaczy mieszkańców. A nie inwestora. I z tym nastawieniem poszukują skutecznego rozwiązania kłopotu.

Mam wrażenie, że w Polsce byłoby odwrotnie. Media (inspirowane bądź nie) przez inwestora donosiłyby raczej o darmozjadach próbujących się utrzymać w mieszkaniach, na które ich nie stać. A politycy rozłożyłby ręce, bo przecież nic się nie da zrobić. A gdyby przedstawiciele jakiejś siły politycznej chcieli się wtrącić, natychmiast by ich okrzyknięty populistami, którzy za nic maja święte instytucje demokratycznego państwa prawa.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np. Grand Press, Nagrody im. Barbary...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

jeśli jest wola, sposób się znajdzie :)

Zgadzam się z autorem. U nas liberałowie z liberalna lewicą typu SLD tak by powiedzieli i umyli ręce w imie wolności gospodarczej. Może partia Razem by innaczej zareagowała no imoże PIS co udowodnił swoimi programami społecznymi

Zgadzam się z autorem. U nas liberałowie z liberalna lewicą typu SLD tak by powiedzieli i umyli ręce w imie wolności gospodarczej. Może partia Razem by innaczej zareagowała no imoże PIS co udowodnił swoimi programami społecznymi

Skoro w latach 90. wybrano za nas XIX w. kapitalizm, to po to, aby kto ma większy kapitał miał większe prawa. I taka panowała ideologia co najmniej do 2015 r. Powoli i u nas będzie się to zmieniać. W Niemczech (Francji) liberalizmem się już przesycili...

Tak na marginesie to do doświadczonych w prowadzeniu biznesów i „uporządkowanych” Niemców nie pasują mi praktyki tak słabo sformalizowane (żeby nie powiedzieć realizowane w formule „na gębę”) : „w ramach wdzięczności oddawanie części zasobów mieszkaniowych” czy poleganie na deklaracjach inwestorów, że nie interesuje ich spekulacja tylko stabilny najem. Ale rozumiem, że zdarzenie miało służyć jako zajawka dla pytań o relacje między etyką a demokracją. I nie chodzi mi tylko o etykę zawodu dziennikarza, ale o szerszy zdecydowanie kontekst, który pozwala zauważyć, że jedna z głównych zasad demokracji jaką jest zasada większości musi ustąpić miejsca ważnym zagadnieniom etycznym, takim jak prawa człowieka, godność człowieka, prawda, dobro etc. Gdyby jednak zasada większości nie ustąpiła pierwszeństwa wartościom etycznym, wówczas prawdą czy dobrem byłoby to, co uznałaby większość za prawdę lub za dobro. A większość można uzyskać w różny sposób. Przy takiej analizie zdiagnozowana w artykule różnica w sposobie postępowania (Polska versus Niemcy) wypływałaby z różnicy w fundamentach moralnych, które są bazą dla nadbudowy jaką stanowi rodzaj demokracji (rodzaje wg rodzaju relacji demokracji do etyki). Jeśli tak czy to oznacza, że zdaniem autora nasza polska demokracja kształtuje się jako demokracja relatywistyczna ?

dysponentów nie swojego majątku, po części działających pod ekonomicznym przymusem, po części spieniężających nie tyle spółdzielcze nieruchomości, co najzupełniej prywatną "moc decyzyjną". Ale nie na tym polega główne nieporozumienie. Rzecz w tym, że w artykule nie chodzi o konflikt demokracji z etyką, lecz demokracji - tutaj akurat będącej po tej samej stronie, co etyka ("prawa człowieka, godność" itp.) - ze świętym prawem własności, które mówi: to moje, i zrobię z tym, co mi się żywnie podoba. Naturalnie w granicach prawa, bo w niemieckim Rechtsstaat jednak ZAWCZASU pomyśleli o zabezpieczeniu wykupu po cenach preferencyjnych. No i mają kasę, żeby te preferencyjną cenę zapłacić. Pozytywna rola demokracji polega na tym, że jej reguły przymuszają polityków, by ugadywali się nie tylko z tymi, którzy mają pieniądze, ale i z tymi, którzy mają tylko głos wyborczy. Odpowiednio i masowo użyty znaczy on wiele, o czym od jakiegoś czasu przekonuje się establishment, który już zdążył uwierzyć, że masy są i pozostaną absolutnie sterowalne za pomocą prymitywnych socjotechnik ery przedinternetowej. Stąd dąsy i oskarżenia o populizm już nie tylko populistycznych polityków (mniejsza o słuszność uważania ich wszystkich za manipulatorów), ale i - absurdalnie - samego "populi". Mówi m.in. o tym Prof. Frank Furedi w rozmowie z red. Rosiakiem w tym numerze TP. Prawda, dobro itp. to kategorie mało użyteczne, bo ktoś musi je interpretować, a pozostali muszą się z tym w jakiś sposób zgodzić. I, niestety, lepszego od demokracji narzędzia tutaj nie wymyślono.

Nic dodać nic ująć, świetnie to pan wyartykułował. W pełni się też pod tym podpisuję. Zaskoczony ? :)))

Chyba nikt nie pisał o konflikcie demokracji z etyką tylko o relacji, a relacja nie jest równoznaczna z konfliktem. Co więcej cała wypowiedź odnosiła się nie tyle do kwestii rozwiązania problemu własności , i do postawionego na koniec wniosku, podsumowanego pytaniem czy w naszej rodzimej demokracji taka sytuacja byłaby możliwa czy raczej zamiast bronić słabszych (mniej zamożnych) opinia publiczna usłyszałaby argumenty za tym, ze prawo jest po stronie silniejszych (zamożniejszych) i to pytanie retoryczne zrozumiałam jako zachętę do zastanowienia się czy w kraju i narodzie, który latami podkreślał wagę wartości nadrzędnych (etyka) zmierzamy bardziej do demokracji relatywistycznej niż ci, którzy z różnych względów postrzegani byli (w stosunku do Polski i Polaków) jako bardziej liberalni. (Nie śmiałabym podważać dobroci narzędzia jakim jest demokracja - ale lubię doprecyzować kto co ma na myśli, bo pojęcia abstrakcyjne bywają zwodnicze:)

wola większości "musi" ustąpić (czyli chyba ustępuje niedobrowolnie) jakimś wartościom etycznym, to mamy właśnie konflikt, ponieważ warunkiem koniecznym i wystarczającym, żeby dany system rządów nazwać demokracją, jest uznanie woli większości obywateli za jedyne źródło władzy. W Anglii, gdzie o demokracji mają chyba niezłe pojęcie, w podręcznikach prawa przytacza się pewien drastyczny, choć na szczęście tylko hipotetyczny przykład, jak należy rozumieć suwerenność większości (chodzi o słynny Blue-Eyed Babies Act). Oczywiście w intencji szczerych demokratów demokracja ma ostatecznie służyć dobru wszystkich, a nie tylko suwerena, stąd musi się ona samoograniczać a także być ograniczana przez własne, ale wystarczająco trudno zmienialne prawa. Nawiasem mówiąc, jeśli napisałem, że demokracja stanęła w tym konkretnym przypadku po stronie etyki przeciw prawu właśnie (prawu własności), to już założyłem określone i nieoczywiste rozumienie etyki. Zgodzimy się chyba bowiem, że zdecydowanie nieetyczne jest zarówno eksmitowanie ludzi na mróz w środku zimy, jak i zmuszanie właściciela, by sponsorował ludzi życzących sobie dowolnie długo mieszkać tanio w drogiej lokalizacji. Prawdziwie etyczne rozwiązanie jest gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami, ale... znów jest to sprawa rachunku sił politycznych i materialnych stojących za sprzecznymi interesami i oczywiście prawa, które poza absolutnie wyjątkowymi sytuacjami (jak wojna czy inne potencjalnie śmiertelne dla społeczności klęski) nie powinno być ustanawiane ad hoc. Różnica między Polską a Niemcami polega na tym, że ich prawodawcy z różnych przyczyn mogli i chcieli lepiej zabezpieczyć interesy "masy wyborczej" przeciw silniejszym, zaradniejszym etc., a władza wykonawcza ma dość pieniędzy, by skorzystać z tych zabezpieczeń. Charakter narodowy nie ma tu nic do rzeczy i akurat WIĘKSZOŚĆ Polaków wcale nie entuzjazmuje się nieskrępowanym liberalizmem, tj. bardziej pragnie sprawiedliwości społecznej (miękkiej) niż bezwzględnie broniącej takich praw, jak prawo własności, podczas gdy większość ich elit - odwrotnie. Ponieważ używa Pani marksistowskiego języka (baza, nadbudowa itd.), to i ja pozwolę sobie po marksistowsku nazwać to alienacją elit, postępującą zresztą w sposób naturalny tym wyraźniej, im więcej elity mają czasu, by spokojnie odnawiać się przez chów wsobny. U nas było i jest oczywiście inaczej, a dlaczego - to już inna historia.

Hmmmmmmm. Doprawdy nie jestem pewien, czy w przypadku Niemiec to tylko hipotetyczny przykład? ps. pewne przekłamanie w tytule celowe.

Mogę tylko napisać: pięknie powiedziane, z klasą i wdziękiem, zachęca do dzielenia się refleksjami. Żałuję że jednak nie na temat mojego komentarza.

Jednak coś się zmienia! Teraz Polak ma się wstydzić nie swojej roszczeniowości, a wprost przeciwnie ;) http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,24353222,bezdomnosc-wszedzie-ludzie-mowia-stop-coraz-drozszym.html#s=BoxWyboMT

Zgadzam się z autorem. U nas liberałowie z liberalna lewicą typu SLD tak by powiedzieli i umyli ręce w imie wolności gospodarczej. Może partia Razem by innaczej zareagowała no imoże PIS co udowodnił swoimi programami społecznymi
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]