Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nie żyje Tomasz Stańko

Nie żyje Tomasz Stańko

11.02.2013
Czyta się kilka minut
Przypominamy rozmowę z muzykiem, którą na łamach „Tygodnika" publikowaliśmy w 2013 roku: „Często sobie mówię, że w życiu można popełniać błędy i się tym w ogóle nie przejmować, bo jak się puści instynkt, żeby on to naprawiał, to będzie coś dużo lepszego”.
Fot. Robert Król / REPORTER
T

Tomasz Stańko kolekcjonuje dywany, więc przy drzwiach prosi, bym wytarł buty. Gdy przed samą rozmową wyłączam telefon, wyłącza również – przecież jest w kraju tylko przez chwilę i jego aparat właściwie nie milknie. Każde pytanie wyzwala impuls. Stańko co i rusz wstaje, by przepełnionym emocjami głosem odpowiadać, krążąc po pokoju niczym drapieżnik. Kiedy rozmawiamy o Lautréamoncie, zrywa się nagle i ilustruje swą wypowiedź uderzeniami w klawiaturę pianina. Nie sposób powiedzieć, w jakim jest humorze, formie i wieku. Jest żywiołem, który hula po przyjemnym poddaszu na warszawskim Powiślu.
JAN BŁASZCZAK: Najpierw sprawdziłem, na jakich poetów zwykł się Pan powoływać, później spojrzałem na Pańską dyskografię, w której jest coraz więcej liryzmu, i pomyślałem sobie, że we wcześniejszych latach taki hołd dla Wisławy Szymborskiej byłby zadziwiający albo i niemożliwy.

TOMASZ STAŃKO: Wie pan, nagrywam taką samą muzykę przez całe życie. Tworzywo, które wykorzystuję, jest bardzo podobne pomimo upływającego czasu. Mam skłonności do melodyjnych rzeczy. Może inaczej – do rzeczy skrajnych. Z jednej strony piękno, z drugiej anarchia i zniszczenie. To jest wyznacznik mojego sposobu komponowania i mojego stylu grania. W tonie mam równie dużo słodkości, co brudu. Rzeczywiście, na stare lata trochę mi się to wygładza, ale są ku temu różne powody.

Ale ten Baudelaire, Burroughs to trochę inna stylistyka niż u naszej Noblistki... 

Sztuka zawsze stanowiła podstawę moich inspiracji. Życie i sztuka – może to trochę trywialne, ale nie da się ukryć. Jestem konsumentem sztuki i bardzo sobie cenię tę sferę ludzkiej działalności. Zwłaszcza że ona jest niespotykana w naturze. My to stworzyliśmy. To jest nasz porządek. Symfonie Mahlera, muzyka Milesa Davisa i Bartoka – to pewien układ fal powołany przez nas. Nowy, kreatywny porządek. Ja szukam w nim pewnych połączeń, takiego kleju. Już parę lat wcześniej oddałem hołd panu Kawalerowiczowi, nagrywając płytę „Matka Joanna”. Przecież to jest jeden z najlepszych polskich filmów w historii. Taki gest wynika również z poczucia tożsamości. Przecież my nie mamy znowu aż tak wielu wybitnych artystów! Jesteśmy młodym narodem i wszystko jeszcze przed nami.

Spotkał się Pan wcześniej z Szymborską...

Miałem przyjemność i honor dwukrotnie spotkać się z panią Szymborską, kiedy pozwoliła mi komentować swoje wiersze muzyką. Na tym ostatnim wieczorze autorskim, który jest zresztą zarejestrowany na płycie, miałem okazję przedstawić to trochę pełniej. Już od dłuższego czasu pracowałem nad albumem dla ECM, ale nie miałem scaliwa. Zespół muzyków też nie był jeszcze dokładnie znany – wiele niewiadomych. Dlatego też pozwoliłem sobie na zrobienie takiego hommage’u. Później, w czasie nagrywania, dobrałem tytuły. Na początku myślałem wręcz, że włożę też głos pani Szymborskiej, ale to byłoby chyba zbyt trywialne. Poza tym czułem, że jakoś nie wypada mi tego zrobić.

Zrobił Pan podobną rzecz z Witkacym na płycie „Peyotl”. 

Tekst Witkacego nie ma takiej wartości literackiej jak poezje pani Szymborskiej. Wyszedł bardzo dziwny produkt, który obrazuje raczej jego malarską wyobraźnię, jego kolorystykę, jego niezwykłe poczucie formy. Te wszystkie skojarzenia, ten „potworny negr” – to są rzeczy, które raczej pan widzi niż rozumie. Bezładne peyotlowe wizje.
Parokrotnie podchodziłem też do „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, rozmawiałem nawet o tym z panem Maciejem Słomczyńskim [tłumaczem „Ulissesa” – przyp. red.]. Rozmyślałem, jak by się na nim osadzić muzycznie, bo ta chwiejna narracja Joyce’a wywarła na mnie bardzo duży wpływ.

Wróćmy do Szymborskiej. Za co Pan ją najbardziej cenił?

Nie tylko za poezję, choć oczywiście dobrze ją znam – jasna sprawa. Ostatni tomik rzeczywiście towarzyszył mi przy komponowaniu tej płyty i wiele zawartych tam elementów jest mi bliskich. Choćby te kontrasty między pospolitością a transcendencją. To jest piękne!

Metafizyka i kluski ze skwarkami.

Tak, to jest wspaniałe i bardzo dzisiejsze!

Właśnie. Zastanawiałem się nad elementem, który najwyraźniej łączy Pana twórczość z poezją Szymborskiej. Doszedłem do tego, że Państwa sztuka wyjątkowo dobrze współżyje z popkulturą.

Proszę pana, świetnie żyje! Niby powinienem być na uboczu, poezja tak samo... Ale nie jesteśmy! Jak się dobrze przypatrzyć popkulturze, to się widzi, że ona jest niesłychanie pojemna. Nie można jej płytko oceniać! To jest bardzo poważne zjawisko w kulturze dzisiejszych społeczeństw. Co więcej, ona zakłada szacunek dla różnego typu poglądów, ale w jakimś sensie także skromność artystyczną. Pokazuje, że nie wolno oceniać sztuki!

Co Pan ma na myśli?

W czasach, gdy jeszcze nie było komputerów, robiłem sobie takie eksperymenty. Sklejałem dwie taśmy: Jamesa Browna i słynne „Adagio” Gustawa Mahlera. I tak to leciało: chwilka tego, chwilka tego, chwilka, chwilka. Puszczałem sobie to na full na słuchawkach, żeby sprawdzić, jak to razem działa. Mahler mnie momentalnie wzruszał, ale ten drugi koleś też wywoływał głębokie emocje. Mam dość szeroką pojemność estetyczną...
I wie pan co? Waga mojej subiektywnej oceny ani drgnęła. Mimo że – mój Boże! – dokonania Mahlera, z tą orkiestracją, która jest szczytem precyzji ludzkiego umysłu, powinny zwyciężyć z amerykańskim prymitywizmem! Oczywiście „prymitywizmem” w europejskim pojęciu. A tu ani drgnie! Tylko percepcja przeskakiwała jak gdyby do innej części mózgu. Wartość się nie zmieniała.

Czy rozumienie popkultury pomaga osiągnąć sukces?

Tak, podejrzewam, że dlatego pani Wisława jest tak bardzo znana na świecie. Umówmy się, ona miała jak najmniej predyspozycji, żeby tak czuć popkulturę. A jednak. Stąd może moja tak wielka admiracja dla pani Wisławy. I podejrzewam, że żaden poeta w naszej historii nie był tak znany jak ona.

Pytam, bo Państwo spotkali się w momencie swojej największej sławy: Pan właśnie wydał „Litanię” dla ECM, Szymborska dostała Nobla. Czy poczucie sukcesu pomaga się wzajemnie zbliżyć?

Myślę, że to nie miało znaczenia dla tej współpracy. Raczej wskazuje na wspólne źródło. W pewnym sensie to wyjaśnia naszą współpracę. Powiem panu szczerze, gdy dobieram muzyków, samo słuchanie ich nagrań mało mi daje. Coś tam mi mówi, ale nie tyle, żeby ich od razu zapraszać. To musi iść w parze z ich pozycją. Oni muszą sobie sami zdobyć reputację w branży. Muszą być po prostu znani i już! Zawsze tak było. Dopiero wówczas, słuchając ich płyt, mając opinie krytyków, zaczynam z nimi grać. Dlatego, gdy poeta ma Nobla, wie pan, to ma siłę. Siłę jak nie wiem co!

Mikołaj Trzaska opowiadał mi kiedyś, że nagrywając ścieżkę dźwiękową do „Domu złego”, zastanawiał się, czy nie powinien najpierw wytłumaczyć muzykowi z Australii, jak to jest być góralem. Czy Pan w jakiś sposób namawiał swoich nowojorczyków do czytania Szymborskiej?

W żadnym wypadku. Po pierwsze tak się nie robi, po drugie na tym polega klasa muzyków – im to jest niepotrzebne. Sztuka tłumaczy się sama. Poza tym ja nie wiem, czy oni mają predyspozycje do poezji. Żeby odbierać jakąkolwiek dziedzinę sztuki, trzeba poświęcić jej czas. Głupio byłoby wymagać, żeby oni nagle zaczęli czytać poezję, bo mają nagranie. To jest nierealne. Nierealne i niepotrzebne. Oni przez swoje fantastyczne granie zrobili dla nas po prostu dobrą robotę. Dla nas, dla polskiej sztuki, bo będzie się o niej więcej mówiło.

Zapytałem, bo Pana pianista, David Virelles, wydał w tamtym roku album, na którym pojawia się poezja kubańska. Zastanawiałem się, czy to jest jeszcze zbieg okoliczności.

On to robi! Teraz go widziałem i to jest szczyt! Widzi pan, na czym to wszystko polega?! Jak pracuje intuicja. My sami nie wiemy, jak ona działa, ale jakież przynosi efekty! Wróciłem ostatnio do Nowego Jorku i grał to swoje „Continuum”. Ja nawet nie wiedziałem, nie byłem pewny, że to jest poezja. Teraz pan mnie dopiero oświecił. Ten bębniarz mówił, ale Latynosi mają taki zwyczaj – trochę slang, trochę co innego... No, ale jeśli tak, jeśli to poezja, to bomba!

Zadziwił mnie Pan doborem wierszy z „Tutaj”. Pominął Pan ten jedyny, który bezpośrednio odnosi się do muzyki, do jazzu. Dlaczego nie wykorzystał Pan wiersza o „Elli w niebie”?

Nie mogłem. No, nie mogłem. To jest jej prywatna ocena Elli i bardzo inna od mojej. W związku z tym nie mogłem. Nawet niespecjalnie mogę to wyjaśnić, ale to była pierwsza rzecz, którą wykreśliłem. Pani Szymborska była bardzo oddalona od tego stylu, ona widziała w Elli inne rzeczy. Zupełnie inne niż my – jazzmani. Wiązała z nią inne wartości. Odległe od tego, co czuję. Nie chciałem naruszyć tej równowagi.
Ale muszę powiedzieć, że poezja jakoś coraz bardziej mi pasuje. Do tej pory stawiałem na sztuki wizualne, ale ostatnio coraz więcej książek pojawia się w moim domu.

No właśnie: sztuki wizualne. Plastyka i jazz, te światy jakoś się przenikają. Istnieje jakieś większe pokrewieństwo tych dziedzin? A jeśli tak, to z czego ono wynika? Z ciążenia ku abstrakcji?

Nie, nie istnieje. Wszystko jest takie samo. Tylko przypadek decyduje, od czego pan zacznie. Jest tego tyle... no, nie da się wszystkiego chwycić. Zwłaszcza dzisiaj, gdy świat wwala nam cały dorobek ludzkości przez okno. Wystarczy nacisnąć guzik.

Mówił Pan, że inspiruje Pana chodzenie do galerii. Opowiadał Pan Rafałowi Księżykowi, że wpatruje się Pan w Modiglianiego czy Kokoschkę i prowokuje się w ten sposób do tworzenia. Czy tak samo jest z poezją, czy ona też tak na Pana działa?

Zdecydowanie. Na sto procent! Chyba nawet jeszcze bardziej. Kto wie, czy nie najbardziej? Dlatego że dwa słowa, kawałeczek wiersza może być taki piękny. Przecież oni pracują nad wierszami całymi miesiącami! Poeta cyzeluje wszystko. Cyzeluje, a chyba jednocześnie – tak mi się przynajmniej zdaje – oni biorą coś z techniki improwizacji. Ten „kudłaty Wandal” – to jej wyszło! Tak myślę: napisała – pach! – i jest. I potem sobie dopiero to układała, znajdowała sens. Ja tego nie wiem. Oni tego nie wiedzą. Dlatego pracuję nad techniką improwizacji, bo ona jest absolutnie niezwykła, antyrozumowa. Wykorzystuję tę niewiarygodną wiedzę i intuicję, którą dało nam pół miliarda lat ewolucji. Nie wiadomo, jak ją wydobyć, ale ona sama czasem wpycha się sztuką.

Improwizacja muzyczna i literacka to taki sam proces?

Ta improwizacja zawsze była obecna w literaturze. Zna pan Lautréamonta i jego „Pieśni Maldorora” – przecież to jest free! On walił klastry na fortepianie i ten pierd...nięty tekst improwizował. No wie pan, w tamtych czasach to skąd... jak to mogło inaczej wyjść?! Takie skojarzenia! W jazzie też coraz mniej się pisze. David w „Continuum” robił sobie tylko takie strzępy kompozycji. Ja jestem już piekielnym tradycjonalistą, bo piszę całe struktury melodyczne, które służą właściwie jako przerywniki do grania i inspiracji.

Vijay Iyer, którego Pan zna, a który jest nie tylko świetnym pianistą, ale także doktorem fizyki, powiedział mi niedawno, że u ludzi improwizujących bardzo słabo działają ośrodki mózgu odpowiedzialne za autokorektę. Takim graniem wypracowuje się naturalną skłonność do popełniania błędów.

I to się wszystko zgadza! Mamy tę skłonność. To też jest wartość. Wszystko ma wartość. Zależy tylko w jakim kontekście. Wracając do tego, co pan mówi, to tłumaczy, dlaczego wielcy muzycy są często nieutalentowani w wielu muzycznych dziedzinach. Już tłumaczę. Słynna jest opowieść o tym, jak Miles walnął taki dźwięk, że Hancock prawie zleciał z krzesła. Zupełny fałsz! To jest zresztą na płycie. Ale wtedy on jeszcze mocniej go walnął i ci wielcy muzycy musieli go gonić. Coś się tak zawirowało w tej muzyce, powstała taka energia i ekspresja, że to był szczyt. Dlatego często sobie mówię, że w życiu można popełniać błędy i się tym w ogóle nie przejmować, bo jak się puści instynkt, żeby on to naprawiał, to będzie coś dużo lepszego.

Błędy też inspirują?

Improwizacja polega na tym, że każdy popełniony błąd uzasadnia pan następnym ruchem tak, żeby to wszystko miało sens. Dzięki temu ona jest niesłychanie świeża. Prawdopodobnie tak działał Mozart. Przecież on nie poprawiał partytur, a nie mógł się nie mylić! Nie chciało mu się mazać, więc jego geniusz następnym akordem uzasadniał wcześniejszy i wszystko odbywało się zgodnie z regułami harmonii.

Kiedyś Pan powiedział: „Kiedyś dojdzie do tego, że gdy będzie dwóch bokserów tak dobrych jak Tyson, to jeśli jeden będzie czytał Prousta, a drugi nie, zwycięży ten, który czytał Prousta”...

Chciałem przez to powiedzieć, że konkurencja na świecie jest coraz większa i to widać na każdej płaszczyźnie. Obserwuję te walki w Stanach i zaraz potem robią wywiady z bokserami. I oni płynnie sukinsyny mówią! Przed chwilą bili się jak zwierzęta, a zaraz odpowiadają takim pięknym językiem. Jak z tym Jamesem Brownem – my sobie wmawiamy, że te ostatnie wykwity popkultury są gorsze niż to, co było kiedyś... a tu nie ma żadnej różnicy. My jesteśmy ostatnim etapem ewolucji. Właściwie wszystko, co robimy, jest dobre.

Sięgnąłem po tego boksera, bo Szymborska napisała kiedyś z przekąsem: „Muzo, nie być bokserem to nie być wcale”. 

No oczywiście, że tak jest. Ona pięknie powiedziała.

Zastanawiam się, czy Pan jest takim bokserem, bokserem, który czyta Prousta?

Jestem dziwnym fighterem, bo ja nie lubię walczyć. Szukam innych dróg do osiągnięcia celu. Jeśli już walczę, to z samym sobą.

Bardzo mnie Pan ucieszył, sięgając po tego „kudłatego Wandala w drodze do muzeum”­ – to jedna z 3-4 linijek, które sobie wynotowałem na to spotkanie. Bo z nim jest tak samo, jak z tym Pańskim proustowskim bokserem. Ten sam styl.

Nie wpadłbym na to. Może rzeczywiście jesteśmy trochę podobnie skonstruowani. Dopiero pan szuka i to się zaczyna łączyć.

A jak Pan połączył ten swój nowy skład?

Tym razem było trochę czujem. Ja panu powiem. Nowy Jork. Duża scena, dużo ludzi, dużo muzyków. Vijay jest świetny! Ethan Iverson z The Bad Plus rewelacyjnie gra nowoczesną muzykę. Jest Aaron Parks, który sam jeszcze nie wie, jak świetnie gra free. Teraz ci nowocześnie wyedukowani muzycy mają zupełnie inną tolerancję. Otwartość artystyczna jest czymś obowiązkowym. Nigdy wcześniej tak nie było. Teraz każdy szanuje Brötzmanna, Trzaskę. Wszyscy grają wszystko. Muszą grać wszystko.

A jednak Virelles...

Wie pan, chciałem grać z Tabornem, bo on gra twardo i jest świetnym improwizatorem. Jednak ja bardzo lubię romantyczność i te bardzo tradycyjne akordy – mam w sobie starą muzykę Milesa i „Nóż w wodzie” Komedy. Grałem z Chrisem Potterem, więc poszedłem kiedyś na jego koncert i on grał z Davidem. Zobaczyłem, że on gra pusto. Zna akordy, ale umie też ciszę. Potem Manfred [Eicher – przyp. JB] mi mówił: „To jest świetny pianista! To jest pianista dla ciebie!”. A ja bardzo cenię jego zdanie, bo on się, sukinsyn, w ogóle nie myli. Potem pomyślałem: to jest Kubańczyk, klasycznie edukowany... Musiał być uczony tradycyjną ruską szkołą pianistyczną. Inną niż anglosaska. Stwierdziłem, że ta brudna jazzowa muzyka w połączeniu z romantycznym fortepianem... Jeszcze z tą jego predyspozycją do ciszy. Może być zaskakująco. Było bardziej, niż myślałem.

Znów ma Pan bardzo młody skład, można powiedzieć, że to Pański patent na nieśmiertelność?

Ci muzycy znają to wszystko, co i ja, ale patrzą na to z zupełnie innej perspektywy. I jest tak, jak w fizyce kwantowej – mamy dwóch obserwatorów. Dwóch obserwatorów tego samego zjawiska. Poza tym mnie zawsze drażniło, jak wielcy artyści mówili: „bo w naszych czasach...”. Ja czuję to samo, ale wiem, że nie można tak do tego podchodzić. Dlatego stwarzam sytuacje, które pozwalają mi ominąć taką mieliznę. Może to nie jest takie ważne, ale ja wciąż chcę ją omijać. Nie chcę uczestniczyć w jakichś „czasach”, tylko po prostu być... Niezależnie od czasów.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

zmarlo nagle 3 znakomitych winiarzy, pomyslalem na pewno Bog buduje sobie winnice i bedzie pil tylko swego boskiego Rieslinga zbieranego w twmperaturze pom 6 a 8 stopni,ale minus.Najlepsze-boskie. Flaszka kosztuje czasem 100 euro. Teraz zapewne Stworca zechce posluchac pieknego jazzu i spiewu P Kory. Alleluja!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]