Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Od sztetla do Syjonu

Od sztetla do Syjonu

18.06.2018
Czyta się kilka minut
Trzydzieści lat Festiwalu Kultury Żydowskiej nie budzi we mnie tkliwej potrzeby podsumowań. Znacznie ważniejsze jest bowiem, jakie będą jego dzieje przez kolejne trzy dekady.
Janusz Makuch / FOT. FKŻ
Janusz Makuch / FOT. FKŻ
F

Festiwal Kultury Żydowskiej trwa dzięki nieustannej przemianie. Dzięki temu, że zachował czułość dla sztetla i miłość do Syjonu. Przy czym przez „sztetl” rozumiem tutaj umownie tradycję Żydów aszkenazyjskich, żyjących do 1939 r. na obszarach Europy środkowej i bardziej Wschodniej, na co dzień posługujących się językiem jidysz. Zaś „Syjon” to umownie biblijne dziedzictwo Żydów zamieszkujących niegdyś Królestwo Izraela, skupionych wokół instytucji Świątyni zburzonej w 70 roku, wygnanych ostatecznie z Jerozolimy po upadku powstania Bar Kochby w 135 roku naszej ery, którym dane było powrócić po dwóch tysiącach lat na swoją ziemię i stworzyć na nowo z marzeń i piasków pustyni Państwo Izraela.

Przez 30 lat, świadomie i niejako wbrew wyrokom Historii, Festiwal stara się, rzecz jasna podług własnych możliwości, zdjąć klątwę z polskiej ziemi. Starania to bezskuteczne, bo żadnym ogniem nie da się z niej wypalić piętna Holokaustu. Nie uciekniemy od tego. Zamiast więc przeklinać, trzeba nauczyć się godnie żyć w jego cieniu. Zamiast wypierać winy, trzeba się uczyć, jak wyrażać skruchę i zmieniać mentalność. Bo jeśli jest odkupienie, to tylko dzięki przemianie ducha.

Nie oznacza to nieustannego rozpamiętywania śmierci i winy. Cywilizacje rozkwitały i upadały. Ziemia niejedno widziała i zniosła, a zapewne niejednego jeszcze doświadczy. Dziwi mnie, że doszukujemy się nieustannie w ludzkiej naturze nadmiaru boskiego pierwiastka. Nie jesteśmy aniołami – jesteśmy potomkami Kaina. Bardziej niż zagłada cywilizacji i ludzi ją tworzących fascynuje mnie ich odrodzenie. Zwątpiłem w trwałość wszelkich mostów pojednania między narodami, w ich zbawczą moc łączenia ludzi z przeciwległych brzegów. Pojedynczy ludzie może mostem przejdą, ale żeby narody? Idąc wzdłuż brzegu rzeki, kładę na niej chleb. Idąc po przeklętej ludzkim złem ziemi, układam kamienną drogę w nadziei, że po mnie przyjdą inni, budowniczowie traktu do Syjonu. Ot i cały Festiwal...

Zrodził się on z poczucia współwiny i z fascynacji żydowskim życiem. I pozostał wierny życiu. Wobec życia, które przeminęło, mamy najczulszy szacunek i jasną jak ner tamid pamięć. Zaś życie, które się odrodziło, wychwalamy nigunem miłości. Sześć lat Zagłady nigdy nie przyćmi tysiąca lat sztetla i wiecznego światła Syjonu.

Atlantyda i Jerozolima

Wróćmy na moment do czasów sprzed Festiwalu, bo one rzucają światło na to, co z perspektywy trzech dekad wydaje się wręcz nieuniknione.

Lata 80. to początek poszukiwań zasypanych fundamentów świata, który przeminął. Ten proces dotyczył pospołu Żydów i nie-Żydów jednocześnie. Zainteresowanie młodych Polaków kulturą żydowską w tym czasie nazwałbym „syndromem zatopionej Atlantydy”. Nagle przyszło olśnienie – po potopie utraciliśmy nieodwracalnie ten tajemniczy, piękny świat. Z kolei zainteresowanie młodych Żydów swoją własną kulturą nazwałbym „syndromem zburzonej Jerozolimy”. Zarówno jednym, jak i drugim towarzyszyło olśnienie i uczucie smutku, które rodziło fascynację, tęsknotę, miłość i nową świadomość.

Największa zachowana w Europie Środkowo-Wschodniej dzielnica żydowska, czyli Kazimierz, który dzisiaj zachwyca turystów niezliczoną liczbą knajp i hoteli, wyglądał wówczas jak uśpiony wiecznym snem. Niby ten sam jak przed wiekami, a zarazem boleśnie i niepokojąco inny: opustoszały, ze snującymi się ludźmi z innego pejzażu, jakby Gierymski i Gottlieb ustąpili miejsca poetyce Boscha...

Na początku 1987 r. przeżyliśmy szok, moralny wstrząs: „Tygodnik Powszechny” opublikował esej Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto”. Profesor powiedział w nim wprost: nawet jeśli nie jesteśmy odpowiedzialni za wszystkie zbrodnie popełnione na Żydach, jesteśmy tym zbrodniom wpółwinni. Współwinni przez zaniechanie. Dla wielu z nas było to nie do przyjęcia. Wszak to my, dobrzy i niewinni Polacy, byliśmy ofiarami faszyzmu i komunizmu. Błoński jako pierwszy tak otwarcie objawił nam bolesną prawdę o nas samych.

Lata 90. to okres „archeologii”. Zdaliśmy sobie sprawę, że żyjemy w świecie popiołów i zaczęliśmy ten zasypany świat odkrywać na nowo. Odkopywaliśmy jego fragmenty, próbowaliśmy składać w całość, a jak się nie udawało – a tak było najczęściej – to na podstawie fragmentów budowaliśmy zmyślony obraz całości, na który projektowaliśmy własne marzenia i wizje. Niektórzy zarzucali nam, że tworzymy świat wirtualny, świat Żydów bez Żydów. I że tańczymy na grobach. I że jako goje nie mamy do tego prawa, jakby w dziedzinie miłości panowało prawo wyłączności tylko dla wybranych.

Okazało się jednak, że nie tylko mamy prawo, ale mamy też rację i obowiązek. Zamiast budować „żydowski Disneyland” na Kazimierzu, uparliśmy się z Krzysztofem Gieratem, że tchniemy autentyczne życie w kazimierski „pustostan”. Byliśmy równie zdeterminowani, co naiwni. Mimo to zamiast przebierać polskich muzyków w czarne kapelusze z doklejonymi pejsami, a przaśnych kelnerów w jedwabne jarmułki, zaprosiliśmy na Kazimierz różne generacje żydowskich artystów ze świata – z Diaspory i z Izraela. Z jednej więc strony nad Kazimierzem unosił się (i wciąż się unosi) karykaturalny duch sztetla wykreowany przez zapobiegliwych restauratorów i lokalnych biznesmenów, z drugiej – żydowscy twórcy wypełniali tę niewielką przestrzeń żydowskiego miasta nieujarzmioną, twórczą, niejednokrotnie „heretycką” energią autentycznego życia. Klasyczne brzmienie muzyki klezmerskiej przeplatało się z awangardą i pieśniami z Maghrebu. Jidysz mieszał się z ladino i hebrajskim. Festiwal stworzył przestrzeń na tyle pojemną, że odnaleźli się w niej bez trudu żydowscy artyści oraz uczeni ze wszystkich zaułków i archipelagów świata. W rzeczy samej był to, jest i będzie żywy żydowski festiwal. Lub, jak by powiedział Felek Scharf, dumny Żyd krakowski – festiwal „pięknie zażydzony”.

Życie zwycięża śmierć

Szybko, w ślad za żydowską kulturą, powróciło na Kazimierz coś znacznie ważniejszego – żydowskie życie. W całej jego różnorodności, sprzeczności, nieustannym dążeniu do wyrażenia swego na nowo odbudowanego status quo. Od zawsze istniała tu instytucja Gminy Żydowskiej, która była i jest ostoją krakowskich Żydów. Ale czas płynął i oto pojawiły się kolejne pokolenia, powstały nowe żydowskie instytucje, do których zaliczam Hotel Eden, Stowarzyszenie Czulent, Żydowskie Muzeum Galicja, organizację Żydów reformowanych Beit Kraków, Jewish Community Center, żydowski klub studencki Hillel Gimel, środowisko ultraortodoksów Chabad Polska, żydowskie przedszkole, żydowskie wydawnictwo Austeria czy wreszcie Centrum Kultury Żydowskiej. Jeszcze niedawno nie było tu ani jednego rabina – dziś niemal trudno ich zliczyć. Jest w tym chaotyczna próba uporządkowania, scalenia na nowo żydowskiego świata. Nie ma sensu porównywać go z tym, czym był przed Zagładą. Tamten świat już nie wróci. To, z czym mamy do czynienia, nie jest kwestią matematyki, ale wyłącznie etyki. Jesteśmy bowiem świadkami odrodzenia życia żydowskiego w Polsce po Zagładzie. Jesteśmy świadkami, w jaki sposób życie zwycięża śmierć. Jest, co jest.

Przez wiele lat dziedzictwo sztetla, szczególnie to muzyczne, stanowiło fundament programu Festiwalu. Wierzyłem, że muzyka klezmerska ożywia – sprawia, że powraca na Kazimierz nowy duch „tamtego świata”. Dopiero trzeźwa uwaga Stevena Greenberga, jednego z najwybitniejszych współczesnych klezmerów, ostudziła moją gorączkę. „Ja nie tworzę nowej muzyki, ja jedynie rekonstruuję stary świat” – powiedział. Kolejnym, który uwrażliwił mnie na niemożność powrotu do „tamtego świata”, był David Krakauer: „Możesz czerpać z Tradycji, ale musisz robić swoje. Musimy iść z duchem czasu i nie zamieniać muzyki żydowskiej w muzeum”. Kropkę nad „i” postawił zaś nie kto inny, jak sam Andy Statman. Tak, ten sam, który pod koniec lat 70. przyczynił się do odrodzenia muzyki klezmerskiej w Stanach i na świecie. Statman powiedział: „Klezmer is finished”, dodając, że jako muzyka adresowana do określonej społeczności w tejże społeczności nie znajduje już zapotrzebowania. Coś się skończyło. Zmieniła się społeczność i choć muzykę klezmerską wciąż się jeszcze gra, to jest ona dzisiaj ozdobą skansenu.

Powrót do sztetla jest niemożliwy, bo sztetl po prostu już nie istnieje. Tęsknota za minionym jest uporczywą formą wszechobecnej nostalgii, nachalnym hymnem na cześć, pięknego skądinąd, „Miasteczka Bełz” czy „A Jidisze Mame”. Ale ileż można grać w kółko to samo i tak samo? Jeśli jako Festiwal mamy być emisariuszami kultury żywej, musimy zmieniać się razem z nią. I na nic szloch miłośników Anatewki i kolekcjonerów drewnianych „żydków”. To se ne vrati.

Ważniejsza jest przyszłość

Historia Kazimierza nieustannie skłania do refleksji nad przeszłością, czyli Tradycją, czyli Dziedzictwem. Zaiste, przeszłość to imponująca i godna uwiecznienia. Ale dla mnie ważniejsza jest przyszłość. Tej zaś przewidzieć nie umiem. Skoro nikt nie przewidział, że odrodzi się tu żydowskie życie – wieszczono, że Kazimierz na zawsze pozostanie symbolem żydowskiej nieobecności – to jak przewidzieć, co stanie się za dziesięć, piętnaście czy pięćdziesiąt lat? Patrząc na współczesną Polskę i Europę, nie umiem zmusić się do dzielenia z innymi optymizmu i wiary w żydowską przyszłość w tej części świata. Obym się mylił.

Fascynuje mnie żywioł żydowskiego życia, tego sprzed i tego po Zagładzie. Wiem, że sześć lat Zagłady nie oznacza i nie może oznaczać końca żydowskiej cywilizacji życia. Wielu do dziś opłakuje ów stracony świat tak, jakby obok nie istniał świat odrodzony – Izrael.

Czyż nie jest tak, że przywykliśmy myśleć o Żydach w kontekście Holokaustu, jako o ofiarach? Tymczasem Jom Ha-Szoa jest dniem, w którym nie chodzi wyłącznie o solidarność z ofiarami, ale także o manifestację przynależności do narodu, który już nigdy ofiarą nie będzie.

Najważniejszą przyczyną powstania Izraela nie był ani antysemityzm, ani Holokaust. Izrael powstał dlatego, że przez dwa tysiące lat Żydzi nie mieli swojego państwa. Po prostu. Więcej – sądzę, że powstanie Państwa Izraela było najważniejszym momentem w całej historii narodu żydowskiego. Rozproszeni po świecie nieustannie tęsknili i modlili się o powrót do Syjonu. Najwidoczniej miał on boską moc przyciągania swoich wyznawców, niezależnie od okoliczności, w jakich znajdowali się przez wieki. Sam do tych wyznawców należę.

Gdzieś na styku wyobraźni, mitów, nadwrażliwej pamięci, olśnienia fragmentem świata odczytanego z popiołów i podziwu dla owoców trudu ponad ludzką miarę; w odczytywaniu Biblii jako świadectwa współczesności, a nie czasów na tyle odległych, że niemal zmyślonych; w wyborze drogi, która jest na przekór, a także w poczuciu winy, która nie zmienia niczego, zrodziła się we mnie miłość do Ziemi Izraela.

Kocham Polskę. I kocham Izrael. Kocham tę ziemię, powietrze, niebo, wodę. Szanuję ludzi. Jestem dumnym, polskim syjonistą. A Festiwal, który organizuję już od 30 lat, jest niczym innym, jak wyznaniem mojej złożonej tożsamości. W przyszłym świecie nie zapytają mnie, czy byłem Mojżeszem. Zapytają mnie, czy byłem sobą.

Budujemy współczesność

Miłość, jaką darzę Syjon, nie przesłania czułości, jaką mam dla sztetla. Jednak to Syjon – wyśniony i realny – jest dla mnie o niebo ważniejszy niż najwznioślejsze hymny pamięci o świecie, „którego już nie ma”. Dlatego niemal od początku Festiwalu, dbając o dynamiczną równowagę pomiędzy kulturą Diaspory a biblijną i współczesną kulturą Izraela, zwracam się ku źródłu, z którego czerpię coraz więcej.

Festiwal trwa dzięki nieustannej przemianie. Zmienia siebie i tych, którzy są otwarci na zmianę. Nie budujemy przyszłości – budujemy współczesność, nasze jutro zaczyna się bowiem dziś. Pragniemy przemiany poprzez wzajemny szacunek i poznanie. Edukacja jest procesem stałym. Jak powiada Kohelet: „Posyłaj twój chleb na oblicze wód, a znajdziesz go po dniach wielu” (Koh 11, 1).

Jestem pewien, że nasz Festiwal jest jednym z nielicznych, który przeniesiony gdzie indziej, umarłby. Z nami jest dokładnie tak, jak ze starymi drzewami – jesteśmy wrośnięci w tę ziemię, w to miasto, w te mury, w tę historię, w tę codzienność. Zakorzenieni tu od wieków i na wieki. Możemy tworzyć i rozwijać się jedynie w tym miejscu, czerpiąc soki z ukrytych źródeł, rozgałęziając się, rozrastając się wyżej i w różnych kierunkach. Przypomina to drzewo oliwne – nawet jeśli je zetniesz, odrodzi się z najmniejszego fragmentu korzenia i ponownie będzie piąć się w górę.

Nasze drzewo oliwne ma zaledwie 30 lat, lecz z układu gałęzi widać, że najważniejszym kierunkiem podążania i pożądania jest Izrael. Mocno zakorzenieni w tradycji, otwieramy się coraz bardziej na światło Syjonu. Można to nazwać drogą powrotu, wszak to tam wszystko się zaczęło i tam się wszystko dokona. W każdym razie tak mówi Biblia i kilku mądrych ludzi. A ja ufam Biblii. ©

JANUSZ MAKUCH jest współzałożycielem i dyrektorem Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie.


 

Dodatek do „Tygodnika Powszechnego”

Redakcja: Michał Sowiński

Projekt graficzny: Marek Zalejski

Fotoedycja: Edward Augustyn

Okładka: Marek Zalejski

 

Na okładce: Masada, Pustynia Judejska. W oddali Morze Martwe.

Fot. Andrew Shiva / Wikipedia / CC 4.0

 

Partner dodatku Festiwal Kultury Żydowskiej

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Czyli Starsi Bracia są także w Drodze...Hej Psowie, co niesienie żagiew od Pana w swoim pysku-oświećcie także im tę drogę.

Czy Autor jest pewien, że tam, gdzie założono Państwo Izrael, przedtem była jeno pustynia? Co do marzeń - zgoda. W każdym razie marzeń Ojca Założyciela. Jeśli wnosić z jego myśli i sentencji utrwalonych w parku kibucu Sde Boker, gdzie spędził ostatnie lata życia i znalazł wieczny odpoczynek, Ben Gurion pragnął, aby nowy, choć zaszczepiony na starym korzeniu Naród zasiedlił (prawie) bezludną ziemię Negewu i zmienił ją w żyzny ogród. Za tym marzeniem poszło jednak tylko kilka procent Izraelczyków, chociaż drogą nr 6, jedyną płatną w tym kraju, można na południe pojechać za darmo, poniekąd na zachętę ;) Pozostali woleli równinę Szaron, zieloną Galileę i wzgórza Golan, które bezludne nie były. Inni od kilkudziesięciu lat kolonizują Samarię i Judeę na wschód od Jerozolimy, teoretycznie pozostawione Palestyńczykom, tak że mapa Autonomii z uwzględnieniem żydowskich osiedli legalnych i nielegalnych wygląda jak ser szwajcarski. Co do festiwalu, mimo wszystko nie wykluczałbym przeniesienia albo chociaż zorganizowania spin-offu na Syjonie. Przaśnych - jakżeby inaczej! - kelnerów, przebranych w jedwabne jarmułki, można by zastąpić autentykami. Miłej zabawy!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]