Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Sztuka znikania

Sztuka znikania

18.06.2018
Czyta się kilka minut
Ernest Wilimowski – jeden z najwybitniejszych piłkarzy w historii futbolu – znikał kilka razy. Zanim zniknął ostatecznie, zdobył 1175 bramek, zajmując trzecie miejsce w światowym rankingu strzelców wszech czasów.
Ernest Wilimowski (pierwszy z prawej) Świętochłowice, 3 maja 1935 r. NAC
N

Najpierw zniknął z 1FC Kattowitz, niemieckiego klubu działającego na polskim Śląsku, gdzie na jego talencie poznał się Georg Joschke, były piłkarz, żołnierz Freikorpsu i prezes klubu. Zniknął, ale z miejsca wypłynął, i to zwycięsko: najpierw w Ruchu Wielkie Hajduki (obecnie Chorzów), a zaraz potem w reprezentacji Polski. Zgarnął z Ruchem cztery tytuły Mistrza Polski. Podczas Pucharu Świata w Strasburgu strzelił Brazylijczykom cztery bramki. Triumfował, był gwiazdorem, ale po kolejnych sześciu latach z powodu wojny znowu zniknął, zresztą razem z Ruchem Chorzów, reprezentacją i całą Polską, dla której w 21 meczach zdążył zdobyć 21 bramek.

Niebawem znowu wypłynął: w kolejnych niemieckich klubach na niemieckim już Śląsku i w reprezentacji III Rzeszy. I znów triumfalnie. Pomógł zrehabilitować się Fussball Nationalmannschaft, która wcześniej ośmieliła się przegrać mecz ze Szwajcarami i to w dniu urodzin Adolfa Hitlera. Wyrwał ją z kryzysu tak skutecznie, że nie przegrała żadnego spotkania z jego udziałem. W ośmiu meczach strzelił 13 bramek. W tym samym czasie z jedenastką TSV 1860 München zdobył Puchar Tschammera. Ale i tak zniknął. Tym razem z III Rzeszą. Zniknął z okładek „Kickera” i innych pism, choć po wojnie jeszcze grał w niemieckiej lidze. Chciał wziąć udział w zwycięskich dla Fussball Nationalmannschaft Mistrzostwach Świata w 1954 r., ale nie został powołany.

Inskrypcja

Wojna się skończyła, a znikanie bynajmniej. Choć zepchnięty na margines, Wilimowski wciąż znikał, jakby odstawka nie wystarczała. Znikał radykalnie, tak że do dziś w zasobach niemieckiej federacji piłkarskiej (DFB) trudno znaleźć jakiekolwiek materiały na jego temat. Z Polski też zniknął, i też z instytucjonalną pomocą: w latach 50. z premedytacją wymazano go z mediów, a bezpieka spreparowała jego nekrolog. Usunięto go też ze zdjęcia upamiętniającego wielki mecz z Brazylijczykami w Strasburgu (pierwszy mecz reprezentacji Polski na mundialu), a we wzmiankach pomijano jego nazwisko, było niebyło strzelca 4 bramek (wymieniano co najwyżej autora pierwszej, Fryderyka Scherfkego, zawodnika Warty Poznań, skądinąd Niemca). Próżno go również szukać w księdze pamiątkowej 1FC Kattowitz, wywiezionej z Polski do Niemiec.

Znikanie i pojawianie się – podobnie jak przypomnienie i zapomnienie – działa jak chiazm albo jak idiom. Coś otwiera, ale od razu też zapętla i zamyka. Figura znikania i pojawiania się jest niedostępna, ale za to nieźle służy opowiadaniu. Łączy bowiem to, co wprost niełączliwe. Potrzebuje jednak wypełnienia, a to oczywiście zależy od układu współrzędnych. Ten zaś chyba dobrze wyznacza POP, patronujący tegorocznej edycji Festiwalu Conrada. Popęd, popyt, populacja, populizm, popłoch, popularność, popkultura tworzą inskrypcję, która pozwala w jakiejś mierze uchwycić zachowanie organizmów żywych w kulturze, a zarazem jest symptomem tego zachowania. Co ważniejsze, inskrypcja ta odsłania tkankę, na którą rzuca się żądny przygód opowiadacz i która szczęśliwie pozwala mu spełnić wolę opowiadania, skoro narrare necesse est. Co przyjemniejsze, pozwala zajmująco opowiedzieć o kimś, kto dzięki popędowi wchodzi w świat i albo zyskuje popularność, albo z miejsca wywołuje popłoch.

Popęd i popularność

Popęd Wilimowskiego uruchomiła matka. Wypchnęła go na boisko 1FC Kattowitz, niemieckiego klubu na polskim już Śląsku, gdzie dziewięcioletnim chłopakiem zajął się Georg Joschke. Wilimowski wspierał klub, który ambicje sportowe łączył z kulturalnymi i może politycznymi, trwając przy swojej niemieckości. Niedługo jednak wspierał, bo w 1933 r. zgarnął go Ruch Wielkie Hajduki i to zaraz po meczu, w którym Ezi – taki przydomek zyskał ze względu na swe umiejętności – fenomenalnie ogrywał obrońców swojego przyszłego zespołu.

W inskrypcji POP historia ta układa się niemal sama. Matka Niemka, primo voto Pradella, po śmierci pierwszego męża wychodzi za Polaka Romana Wilimowskiego, gorliwego polskiego patriotę działającego na Śląsku, na który wkracza odrodzona Polska. Młody chłopak chce się przebić, ale szybko sobie uświadamia, że w niemieckim klubie grającym na terenie Polski nie ma szans, że wielkiej kariery w nim nie zrobi. Upewnia się o tym po wielkim skandalu z 1927 r., gdy drużyna 1FC Kattowitz opuszcza boisko, protestując przeciwko matactwom sędziego w meczu decydującym o mistrzostwie Ligi. Wilimowski przechodzi więc do klubu polskiego. I to takiego, który grupuje byłych powstańców śląskich, zwalczanych wcześniej przez prezesa 1FC. Przy okazji załatwia pracę bezrobotnemu ojczymowi.

Jego popęd nie znał oporu. Ezi wskoczył do klubu, który był na wznoszącej fali. Jak wspomniałem: z Ruchem zdobył cztery Mistrzostwa Polski. Od razu też trafił do reprezentacji. Popularność, media – stał się bohaterem kiełkującej wtedy popkultury. Nikomu nie przeszkadzało, że był brzydki: z odstającymi uszami, krępy, niski. Gdy zniknął z 1FC Kattowitz, przepadła też jego brzydota. Przestała się liczyć. Podobnie jak to, że ponoć bywał chamski. Portret został z czasem uzupełniony o szyderczy śmiech, którym częstował pokonanych bramkarzy. Do tego sześć palców u prawej stopy. Może dzięki temu ustanowił do dziś niepobity rekord 10 bramek strzelonych w jednym meczu (przeciwko łódzkiej drużynie). Potem, już podczas wojny, 7 golami rozłożył drużynę SS. To tworzyło aurę niezwykłości.

Nie miało znaczenia, że popęd nierzadko wzmacniał alkoholem, skoro w pojedynkę potrafił okiwać całe formacje obronne przeciwników i strzelać bramki. Zdarzało mu się nie pamiętać, komu i ile, ale dzięki temu stawał się bardziej „nasz”: polski i swojski. Popularność z kolei wzmagała popęd, również wybujały popęd płciowy. Wilimowski miał niebywałe powodzenie i kolejne partnerki znajdował nawet w najbardziej, jeśli tak wolno powiedzieć, ekstremalnych sytuacjach.

Popyt i popłoch

Ta popularność wywołała popyt. Po pamiętnym meczu w Strasburgu widzieli go u siebie Francuzi i Brazylijczycy. Zachwycał się nim słynny Leonidas, zęby ostrzył Sepp Herberger, który po Anschlussie montował wunderteam dla Tysiącletniej Rzeszy. Ale nie tylko piłkarski rynek obserwował Wilimowskiego. Popyt był powszechny.

Ezi twierdził, że nie interesuje się polityką. Do wolności wystarczał mu może hektar zielonej murawy i dwa razy po 45 minut plus, przy odrobinie szczęścia, dogrywka. Myślał, że wykorzysta nacjonalizmy i je przeskoczy, że zatrudni do swoich celów szowinizm, którym była podszyta popularność. Nie przewidział jednak, że to polityka się nim posłuży. W Polsce był bożyszczem; kreowano go na bohatera narodowego. W konsekracji przeszkadzało jednak pochodzenie. Bo Ślązak, a do tego Niemiec. Nie on jeden. Niechęć do mocnych śląskich klubów pielęgnowali niektórzy działacze PZPN, mimo że z klubów tych rekrutowała się ponad połowa reprezentacji. Wilimowski padł ofiarą tych konfliktów. Odwołano go z drużyny na olimpiadę w Berlinie, decyzję motywując jego pijaństwem.

Ale mimo podjazdów i utarczek, wciąż o niego zabiegano – respektując reguły poprawności lub nie. Zbliżała się wojna, nastąpiło patriotyczne wzmożenie, populizm uruchomił popyt na popularność. W meczu z Węgrami, ostatnim meczu przed wojną, Wilimowski uratował reprezentację Polski przed klęską, strzelając 3 bramki. Z miłości do Polski? Przed kolejną klęską, pięć dni później, 1 września 1939 r., nikt nikogo już uratować nie mógł. Planowany na 3 września mecz z Bułgarią już się nie odbył. Powstał popłoch, ale popęd został.

Reprezentant III Rzeszy

Jak działa popęd na wojnie, gdy dominuje popłoch, gdy populacje są dziesiątkowane, gdy o popularność trudno, a popyt jest tylko na mięso armatnie?

Dawny patron Eziego, Georg Joschke triumfował. Został miejscowym kreisleiterem, reaktywował 1FC Kattowitz i mógł spełnić marzenie o wielkiej drużynie, nie tylko na miarę śląskiej Gauligi. Kazał zamknąć Ruch i zgarnął część zawodników. Niewykluczone, że dla Wilimowskiego miał specjalne zadanie. Ten wolał jednak nie czekać i czmychnął w głąb Rzeszy. Podobno obawiał się zemsty Joschkego.

Gra w reprezentacji III Rzeszy była nie tylko zaszczytem i honorem, choć do jego obrony zbyt wielu okazji nie było, skoro Fussball Nationalmannschaft mógł grać jedynie z reprezentacjami krajów satelickich i neutralnych, takich jak Szwecja i Szwajcaria. Przede wszystkim gra chroniła przed wysyłką na front. Herberger, sam członek NSDAP, któremu w 1934 r. Führer powierzył misję zbudowania drużyny narodowej, bardzo dbał o piłkarzy, którzy mieli zwyciężać i świecić przykładem. Z męstwem na boisku też jednak nie mogli przesadzać, bo jako wzorowi synowie Niemiec mogli zostać powołani do wojska, czego domagali się niektórzy działacze NSDAP. Na początku popularność rzeczywiście ratowała przed wysyłką na front i stawiała tymczasową barierę popytowi na mięso armatnie, ale później wydatnie temu popytowi sprzyjała. Ta zależność między popularnością i popytem (i, pośrednio, populacją) – tyleż wygodna, co kłopotliwa – została jednak kategorycznie anulowana, gdy minister Joseph Goebbels ogłosił wojnę totalną, zapewne nieprzypadkowo w Pałacu Sportów, zawieszając przy tym rozgrywki piłkarskie.

Swoją karierę piłkarską podczas wojny Wilimowski tłumaczył inaczej: chciał uratować matkę, która choć Niemka, trafiła do obozu koncentracyjnego, rzekomo za romans z jeńcem, rosyjskim Żydem. Faktem jest, że z obozu udało się ją wydostać, prawdopodobnie dzięki Hermannowi Grafowi, asowi Luftwaffe, a zarazem piłkarzowi i pupilowi marszałka Göringa. A może za jego decyzjami stały wszystkie wymienione wyżej powody?

Wilimowski pompował swoją popularność i wielokrotnie pozował fotografom „Der Kicker” czy „Sport Illustrierte”. Czy robił to z miłości do futbolu? Rozgrywki piłkarskie na poziomie korpusów trwały nieomal do końca wojny, pod ostrzałem nacierających aliantów. Ezi konsekwentnie w nich uczestniczył, choćby jako zawodnik Pariser Soldatenelf. Ale tu inskrypcja POP chyba już nie działa.

Herold nowej Europy

Po wojnie nagle wszystko znieruchomiało. Popęd był, ale do Wilimowskiego – w Polsce – przylgnęła etykietka zdrajcy. Podobnie patrzono na innych kolegów z przedwojennego Ruchu. Niektórzy po kłopotach czy nawet represjach, które objęły cały Śląsk, jakoś się spełniali w niższych ligach. Gerard Cieślik, wiadomo, mimo służby w Wehrmachcie został bohaterem narodowym, bo strzelił Sowietom pamiętną bramkę. W Niemczech z kolei Fritz Walter, kolega Wilimowskiego z Fussball Nationalmannschaft, sięgnął w 1954 r. jako kapitan niemieckiej drużyny po Mistrzostwo Świata, drużyny prowadzonej przez Seppa Herbergera, który kontynuował świetną trenerską karierę i nikt mu nie wypominał aktywnego członkostwa w NSDAP. Chyba tylko Hermann Graf przepadł, bo po wyjściu z gułagu dał się zaprząc do sowieckiej propagandy. I nie pomogło to, że przed wojną był piłkarską gwiazdą.

Wilimowski chciał do Francji. Coś go ciągnęło do Strasburga, gdzie przed laty wbił 4 gole Brazylijczykom, ale tam wytrzymali z nim tylko dwa tygodnie. Podobno pił. Grywał w pomniejszych klubach. W późniejszych latach prowadził kolekturę totalizatora. Grał, grał namiętnie. I zniknął. Miał może szansę ponownie pojawić się w Polsce, ale go odepchnęli. I to najwięksi. Kazimierz Górski nie wykazał się refleksem, gdy Wilimowski zagadnął go w Niemczech; Górski tłumaczył się potem, że pilnował go agent bezpieki. Ezi dostał też na odlew od wielkiego Bohdana Tomaszewskiego, który nazwał go zdrajcą (właśnie dlatego Wilimowski nie przyjechał na planowany na Śląsku jubileusz).

W Niemczech też nikt nie chciał o nim pamiętać. Może przez Helmuta Schöna, którego Wilimowski wygryzł z pozycji lewego łącznika w reprezentacji III Rzeszy? Tak, tego Helmuta Schöna, który po Seppie Herbergerze objął Fussball Nationalmannschaft i zdobył Mistrzostwo Świata (kosztem Polaków!) w 1974 r. Schön ani słowem nie mówi o swoim rywalu we wspomnieniach. Jedynie wielki Fritz Walter ciepło go wspomina.

Czy można by nieco inaczej odczytać POP inskrypcję? Czy w tym nowym, innym odczytaniu Wilimowski pozbyłby się etykietki zdrajcy i nie zostałby wymazany? Taką sugestię podsuwa ­Karl-Heinz Haarke, zięć Wilimowskiego, a zarazem współautor (obok Georga Kachela) poświęconej mu książki „Die Lebensgeschichte des Fussball-Altnationalspielers Ernest Willimowski”. Kreuje bowiem Wilimowskiego na herolda nowej Europy, Europy bez granic, czyli – w domyśle – bez państw narodowych. I robi to tym łatwiej, że pomija milczeniem wojenną historię Wilimowskiego, o której wciąż niewiele wiadomo, choć na pewno – jak wynika z dokumentów poświadczających jego służbę wojskową – nie był on strażnikiem w obozie koncentracyjnym, co zarzucały mu komunistyczne władze Polski, budując jego czarną legendę.

A więc może rzeczywiście był heroldem nowej Europy? Niektórzy kibice dzisiaj łatwiej wybaczają zmianę barw narodowych niż klubowych. A może to zły kierunek, skoro są też kibice, zdecydowanie utrudniający inną lekturę inskrypcji POP, broniący uparcie tej obowiązkowej? Lektury obowiązkowe są, jak wiadomo, najtrudniejsze, a na pewno najmniej wdzięczne. Zresztą sama inskrypcja POP pozwala, co prawda, opisać zachowanie żywych organizmów w kulturze, ale zarazem kasuje wszystko, co wykracza poza jej wirtualności: walory, pieniądze i pożądania. Kasuje np. swobodę, niebywałą piłkarską swobodę, którą chłonęli Ślązacy, niemieccy i polscy, gdy Wilimowski podczas wojny przyjeżdżał na Śląsk rozgrywać mecze jako reprezentant III Rzeszy.

Inskrypcja kasuje swobodę, ale tym samym umożliwia i promuje sztukę znikania. Stawia wszak przed kategorycznym wyborem: albo świat, albo opowieść, albo romans, albo roman. Uśmierca, ale unieśmiertelnia. ©

ERNEST WILIMOWSKI grywał w polskich i niemieckich klubach piłkarskich. Więcej: występował z sukcesami zarówno w reprezentacji Polski, jak i reprezentacji III Rzeszy. Uwielbiany i lżony, wynoszony na piedestał i odrzucany, podejmował decyzje, które na zmianę przynosiły mu korzyści i kłopoty. Przypominamy jego historię, by wyciągnąć z niej lekcję na temat mechanizmów, które wciąż determinują nasze życie – tak prywatne, jak i publiczne. Wilimowski jest figurą, za pomocą której można ukazać najważniejsze napięcia kulturowe, społeczne, polityczne i ideologiczne XX i XXI w. W dyskusji na temat Wilimowskiego wezmą udział Andrzej Gowarzewski, Wojciech Kuczok, Janusz Margański i Thomas Urban.

ANDRZEJ GOWARZEWSKI (ur. 1945) – dziennikarz i historyk sportowy. Był reporterem i publicystą „Sportu” i „Sportowca”. Akredytowany przy wszystkich najważniejszych imprezach sportowych lat 70. i 80. Od 1991 r. jako pomysłodawca i założyciel wydawnictwa GiA w Katowicach wydaje cykl książek „Encyklopedia piłkarska”. Jest autorem kilkunastu książek publicystycznych i historycznych poświęconych piłce nożnej. Za swoją pracę wyróżniony nagrodą klubową Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (1978, 1979).

WOJCIECH KUCZOK (ur. 1972) – prozaik, poeta, scenarzysta, krytyk filmowy, absolwent filmoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim. W latach 90. współtworzył śląską grupę poetycką „Na Dziko”. Debiutował w 1996 r. tomikiem poetyckim „Opowieści samowite”. W 1999 r. wydał zbiór opowiadań „Opowieści słychane”, za który był nominowany do Nagrody Nike. Otrzymał ją w 2004 r. za głośną powieść „Gnój”, nagrodzoną także Paszportem „Polityki”.

W 2003 r. powstał na jej podstawie film „Pręgi” Magdaleny Piekorz, do którego stworzył scenariusz. Reżyserka i pisarz spotkali się na planie jeszcze dwukrotnie – przy pracy nad filmem „Senność” na podstawie powieści Kuczoka o tym samym tytule (2008) oraz przy „Zbliżeniach” (2014), którego pisarz był współscenarzystą. Autor wydał w sumie kilkanaście książek, w tym zbiory opowiadań, esejów, szkiców podróżniczych oraz sennik; ostatnio powieść „Czarna” (2017). Jest również znanym speleo­logiem – ma na swoim koncie kilkanaście odkrytych jaskiń w Polsce i Europie. Kibic Ruchu Chorzów.

JANUSZ MARGAŃSKI (ur. 1956) – tłumacz, literaturoznawca i scenarzysta, członek Polskiej Akademii Filmowej. Przetłumaczył kilkadziesiąt książek z zakresu filozofii, teologii oraz teorii literatury, filmu, teatru i literatury pięknej (m.in. J. Derridy, R. ­Rorty’ego, P. Ricoeura, G. Deleuze’a, E. Levinasa, G. Didi-Hubermana, Z. Baumana, M. Prousta, P.K. Dicka). Laureat nagrody „Literatury na Świecie”. Jest autorem książek: „Gombrowicz, wieczny debiutant” (2001) i „Geografia pragnień. Opowieść o Gombrowiczu” (2005). Współredaktor wydania krytycznego dzieł Witolda Gombrowicza. Pisze teksty dla teatru i filmu. Za scenariusz „Wymyku” (2011) otrzymał nagrodę na 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz nominację do Polskiej Nagrody Filmowej „Orły” 2012.

THOMAS URBAN (ur. 1954) – niemiecki dziennikarz i pisarz, były korespondent gazety „Süddeutsche Zeitung” w Warszawie i Kijowie. Studia podyplomowe w latach 80. kończył w Moskwie, gdzie współpracował z radzieckimi dysydentami, za co został aresztowany przez KGB. Pracował dla agencji prasowych Associated Press (AP) w Nowym Jorku i Deutsche Presse-Agentur (dpa) w Hamburgu. Jest autorem kilkunastu książek naukowych i publicystycznych opisujących historię relacji polsko-niemieckich, m.in.: „Niemcy w Polsce. Historia mniejszości w XX wieku” (1994), „Od Krakowa po Gdańsk. Wędrówka przez dzieje polsko-niemieckie” (2002) czy „Utracone Ojczyzny. Wypędzenia Niemców i Polaków w XX wieku” (2007).

Galeria zdjęć
  • ANDRZEJ GOWARZEWSKI / FOT. MATEUSZ WŁODARCZYK / FORUM
  • WOJCIECH KUCZOK / FOT. WOJTEK LASKI / EAST NEWS
  • JANUSZ MARGAŃSKI  / FOT. WOJCIECH STROZYK / REPORTER
  • THOMAS URBAN / FOT. DAWID CHALIMONIUK / AG

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Przedwojenne piłka to kopalnia tematów. Może np. coś o Józefie Klocu (jeśli dobrze pamiętam) z Jutrzenki Kraków, kory zdobył pierwszą bramkę dla polskiej reprezentacji. I w ogóle o żydowskich klubach?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]