Reklama

Brytyjskość: co to jest?

Brytyjskość: co to jest?

07.11.2006
Czyta się kilka minut
"Myślę, że mamy już za sobą czas, gdy Wielka Brytania musiała przepraszać za swą przeszłość. Dziś powinniśmy raczej upamiętniać wydarzenia naszej historii, niż się za nie kajać. Powinniśmy głośno mówić o wartościach brytyjskich. A jądro naszej historii i naszej brytyjskości stanowi imperium brytyjskie.
Brytyjskie imperium wielu narodów, kultur i religii; mapa z 1886 r.
S

Słowa te wypowiedział kanclerz skarbu Gordon Brown w programie telewizyjnym na temat brytyjskości. Było to ponad rok temu i od tego czasu minister, który za parę miesięcy powinien zostać premierem - następcą Tony'ego Blaira - nie pomija żadnej okazji, by mówić o historii i o wartościach brytyjskich.

Nawet jeśli, jak sądzą niektórzy, jego zapał może mieć podtekst polityczny, tak otwarte i uparte zarazem poruszanie tych kwestii bez wątpienia świadczy, że Brytyjczycy zmieniają podejście do własnej przeszłości. To odwrót od przemilczania, unikania tematów drażliwych, a nawet tłumaczenia się z tego, co było. Co więcej, te uniki dotyczyły nie tylko dyskusji i poglądów prezentowanych publicznie, ale także nauczania historii. Jak zauważył historyk Simon Schama, "w szkołach średnich nauka historii ogranicza się do Henryków [królów Anglii - red.] i Hitlera. Między nimi nie ma nic".

A przecież w Wielkiej Brytanii historia to naprawdę żywy temat. Są zajmujące się nią kanały telewizyjne; BBC produkuje znakomite filmy historyczne (zarówno seriale fabularne, jak dokumenty); w prasie toczą się zażarte dyskusje o przeszłości - by odnotować tylko najnowszą inicjatywę dziennika "Guardian", który zwrócił się do czytelników, aby zdecydowali, które z wydarzeń historii ludowej, rewolucyjnej, radykalnej najbardziej zasługuje na upamiętnienie (wybrano pięć).

W żadnym razie nie można więc mówić o braku zainteresowania przeszłością. Ale jednocześnie sami historycy i publicyści przyznają, że są takie pola, których świadomie unikano. Po pierwsze: imperium. Pomijano je, by eksponowaniem podbojów kolonialnych nie ranić uczuć imigrantów, w ogromnej większości przybyłych z dawnych posiadłości brytyjskich. Po drugie: wojny Anglii z Irlandią, Szkocją, a w dawniejszej przeszłości także z Walią. Takie tematy, przy skomplikowanej strukturze Zjednoczonego Królestwa (w którego skład wchodzą cztery narody) mogły tylko zaogniać konflikty, które po prawdzie nie wygasły do dziś.

Dyskusja na temat brytyjskości i wartości brytyjskich to poniekąd odpowiedź na owe przemilczenia. Brytyjskość bowiem, jeśli nie zostanie z góry odrzucona, może stać się spoiwem łączącym Anglików, Szkotów, Walijczyków i Irlandczyków. A jednym z aspektów rozważań o spuściźnie imperialnej jest podkreślanie, że Brytania dalekie ludy nie tylko ujarzmiała i eksploatowała, ale też cywilizowała i uczyła demokracji.

I że pożegnała się z imperium (prawie) bez wojen.

Straszne słowo "imperium"

Ów pozytywny pierwiastek historii imperialnej z pewnością będzie eksponowany podczas uroczystości 200. rocznicy położenia kresu niewolnictwu, do których władze przygotowują się już teraz, choć odbędą się dopiero za pół roku. 25 marca 1807 r. parlament w Londynie przyjął ustawę zakazującą handlu niewolnikami w całym imperium brytyjskim. Wielka Brytania była pierwszym na świecie krajem, który zdobył się na taki krok, w dodatku - co się teraz mocno podkreśla - z pobudek moralnych.

Jeśli dla Brytyjczyków jest to temat bez mała egzotyczny, to głównie dlatego, że problematyka imperium, w tym handlu niewolnikami, w ostatnich kilkudziesięciu latach zeszła na daleki plan. Niewolnictwo to jedna z najbardziej przemilczanych spraw w historii kraju, uważa BBC. Większość Brytyjczyków o wiele więcej wie o niewolnictwie na amerykańskim Południu niż w Wlk. Brytanii własnym kraju. Dlatego telewizja stara się wypełnić tę lukę.

Ale choć 60 proc. Brytyjczyków mówi, że jest dumnych z dokonań imperium, połowa z nich przyznaje się do niewiedzy w tej kwestii. Tym większe zadanie ma więc do spełnienia Muzeum Imperium Brytyjskiego i Wspólnoty Narodów, powstałe zaledwie cztery lata temu w Bristolu - gdzie w XVIII w. zwożono niewolników schwytanych w Afryce, by przeładować ich na statki do Ameryki. Muzeum rodziło się w wielkich bólach. Inicjatorzy stworzenia go musieli przebijać się przez prawdziwy mur niechęci. - "Imperium" to było straszne, niepoprawne politycznie słowo. Mieliśmy wrażenie, że nas oplują, gdy je wymawialiśmy. Nie sposób też było dostać żadnych funduszy rządowych - wspominała Katherine Hann, współzałożycielka muzeum.

Wrażenie pani Hann było jak najbardziej zasadne. "»Imperium« to słowo anachroniczne, lekceważące uczucia ludzi" - stwierdzał sporządzony przed dwoma laty parlamentarny raport poświęcony systemowi odznaczeń. Jego autorom nie podobała się nazwa Orderu Imperium Brytyjskiego.

Już teraz roztrząsana jest kwestia, czy przyszłoroczne uroczystości powinny być okazją do przeproszenia ludów skolonizowanych za niewolnictwo i za wszystkie krzywdy, jakie wyrządziło im imperium. Takie przeprosiny sformułował już Kościół anglikański i władze Liverpoolu (drugiego portu, przez który szły transporty niewolników). Ale nic nie wskazuje na to, by rząd zamierzał pójść tą drogą. Wicepremier John Prescott ujawnił we wrześniu, że gabinet rozważa wydanie oświadczenia z wyrazami ubolewania, ale nie posunie się do przepraszania. Bo i po cóż miałby to robić? - stanowisko rządu podzielał konserwatywny dziennik "Daily Telegraph". Świat w okresie niewolnictwa był przecież taki, jaki był.

Dzieci piszą do lorda

Dla wielu uczniów wycieczka do muzeum to najlepsza czy zgoła jedyna szansa na zapoznanie się z historią imperium. W programach szkolnych bowiem temat ten również okrojono, do tego stopnia, że Ofsted (inspektorat oświaty dla Anglii) uznał za konieczne zabrać głos w tej sprawie. Ofsted ocenia, że kosztem imperium zanadto rozbudowano inne tematy i okresy historyczne, zwłaszcza II wojnę światową. Po przeciwnej stronie barykady znalazł się dziennik "Guardian", który ubolewa nad "niebezpiecznym negowaniem historii" przez media i część historyków. "Kolonializm - historia niewolnictwa i rabunku - staje się w ich wydaniu łagodną misją na rzecz rozwoju, w której tylko nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności dochodzi do nadużyć" - pisze "Guardian".

Po latach zaniedbań problemem staje się wypracowanie metody nauczania o imperium. Wielu nauczycieli otwarcie daje wyraz rozterkom. Co robić, gdy w klasie obok Brytyjczyków jest kilku uczniów kolorowych? Jak prowadzić lekcję, by ci ostatni nie stali się obiektem drwin i szykan? Wreszcie, jak podać całą prawdę o imperium, jego blaskach i cieniach? Nowy podręcznik autorstwa Michaela Rileya sugeruje metodę praktyczną: dzieci, ucząc się np. o obecności brytyjskiej w Indiach, mają napisać do lorda Mountbatten (ostatniego wicekróla Indii) list, w którym przedstawią argumenty za przyznaniem Indiom niepodległości.

Przedmiotem żywych dyskusji jest jednak nie tylko nauczanie historii imperium, ale nauczanie historii w ogóle. Rzecz w tym, że jest ono obowiązkowe do 14. roku życia, później ma charakter fakultatywny. Tę kwestię podnieśli ostatnio konserwatyści, bijąc się zresztą w piersi i przyznając, że sami nie są bez winy. To oni bowiem ograniczyli czas nauki obowiązkowej, a rząd laburzystowski tylko to utrzymał. Teraz konserwatyści uważają, że źle się stało, bo większość brytyjskich uczniów ma w głowie chaos - nie potrafią wymienić królów ani premierów, nie znają chronologii, a jedna trzecia uczniów, jak wykazały badania, żywi przekonanie, iż Oliver Cromwell (wiek XVII) był uczestnikiem bitwy pod Hastings (1066 r.). Dlatego konserwatyści postulują, by naukę historii przedłużyć do 16. roku życia.

Do chóru głosów krytykujących stan nauczania historii przyłączył się nawet książę Karol, łamiąc zasadę, że rodzina królewska zachowuje wstrzemięźliwość w wypowiadaniu się na tematy publiczne. "Uczniom brakuje zasadniczej wiedzy i rozumienia historii i dziedzictwa własnego kraju" - zauważył następca tronu, podkreślając, że "znajomość przeszłości jest bardzo ważna".

Magna Charta i Dzień Tożsamości

Gdy przeszłość imperialna staje się przedmiotem coraz żywszych dyskusji, historia Wysp Brytyjskich jest nadal tematem tabu. Nic dziwnego: są to sprawy jeszcze bardziej delikatne. Nie ma chyba wydarzenia, na które cztery narody Zjednoczonego Królestwa patrzyłyby jednakowo, może z wyjątkiem II wojny światowej i wojennego premierostwa Churchilla. Bohaterowie Szkocji, jak William Wallace (znany z filmu "Braveheart"), nigdy nie znajdą uznania w Anglii, przeciw której walczyli. Henryk VIII, choć wywodził się z Walii, przez Walijczyków nie tylko nie jest uważany za swego, ale wręcz uchodzi za władcę, który przypieczętował podbój kraju przez Anglię. Dla Anglików jest wielkim królem, twórcą Kościoła Anglii. Cromwell, przez Anglików szanowany, dla Irlandczyków jest katem ich ojczyzny.

O wspólnym spojrzeniu na historię nie ma więc mowy i nikt, po prawdzie, nie podejmuje się tak karkołomnego zadania jak szukanie wspólnych punktów odniesienia. W tej sytuacji jednak wyjściem oczywistym staje się sięgnięcie po ideę "brytyjskości". "Wszyscy jesteśmy częścią Zjednoczonego Królestwa - mówił Gordon Brown w przemówieniu wygłoszonym we wrześniu w Edynburgu. - Ja przez całą swą karierę polityczną byłem za Wielką Brytanią, brytyjskością i wartościami brytyjskimi".

Jakie to wartości? Wiara w wolność, tolerancja, uczciwość, fair play, podejście obywatelskie. Brown, historyk z wykształcenia, wraca do tego wątku od dobrych kilku lat i zapewne nie dzieje się to przypadkiem. Przyszły premier jest Szkotem, ale nie akceptuje szkockiego nacjonalizmu i chętnie to przypomina. Szkot, który czuje się Brytyjczykiem - to brzmi bardzo dobrze. A brzmiałoby jeszcze lepiej, gdyby nie to, że w dyskusjach na różnych forach Szkoci niezmiennie deklarują, iż z brytyjskością nie chcą mieć nic wspólnego. Podobnie Walijczycy. Irlandczycy w dyskusje w ogóle się nie wdają, bo brytyjskość irlandzka to dla nich zupełna abstrakcja, a Anglicy coraz częściej zastanawiają się, jak określić "angielskość". Bo ich własna tożsamość nakłada się na brytyjską, w dodatku zaś im samym wydaje się bardzo słaba w porównaniu z tożsamością innych nacji Zjednoczonego Królestwa.

Być może należy zawierzyć dziennikowi "Daily Telegraph", który pisał tak: "Nigdy nie było jednego narodu brytyjskiego. Naszą narodowość przez stulecia ukształtowały fale osadników, z których każda coś wniosła do tożsamości brytyjskiej. Dlatego brytyjskość należy definiować w kategoriach obywatelskich, a nie rasowych".

Wiosną tego roku BBC przeprowadziło wśród pięciu tysięcy osób ankietę, która z rocznic historycznych powinna stać się Dniem Brytyjskości. Rezultat zaskoczył: zwyciężył 15 czerwca, dzień uchwalenia Magna Charta Libertatum w 1215 r. Wybrało go aż 27 proc. pytanych. Za nim znalazł się 8 maja (zwycięstwo w 1945 r.), 6 czerwca (lądowanie w Normandii), 11 listopada (zawieszenie broni w I wojnie), wreszcie daty bitwy pod Trafalgarem, zniesienia handlu niewolnikami i urodzin Churchilla. "Widać, że Brytyjczycy przestają widzieć w II wojnie krytyczny punkt naszej historii. A najciekawsze jest to, że wybrano wydarzenie konstytucyjne, a nie militarne" - komentował Dave Musgrove, szef kanału BBC History.

Dzień Tożsamości Brytyjskiej to pomysł Gordona Browna. Uważa on, że taki dzień dobrze zrobi wzmocnieniu brytyjskości. Ale czy odważy się go wprowadzić jako premier?

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, współpracowniczka działu „Świat”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]