Ani Druga, ani Czwarta

Wysokie notowania PO są wynikiem trzeźwej kalkulacji obywateli. Lepiej, żeby władza nic nie robiła, niż robiła coś źle i tylko nas denerwowała. W warunkach dobrej koniunktury wolimy zaniechania władzy niż jej nadgorliwość.

23.09.2008

Czyta się kilka minut

/rys. Mirosław Owczarek /
/rys. Mirosław Owczarek /

Wkrótce minie 20 lat od narodzin III RP. Warto zastanowić się nad sprawami Rzeczypospolitej, pamiętając, że rządzili nią już wszyscy, którzy przekonują nas, że źli byli ci inni. Patrząc na tę, dla jednych krótką, dla innych długą historię Polski i Polaków od wyborów 4 czerwca 1989 r., odpowiedzmy na dwa pytania. Co nam się udało dla państwa polskiego zrobić? Co spowodowało napięcia, które do dziś ciążą na naszym życiu społecznym? Nie konstytucję, ustawy czy ordynację wyborczą chcę tutaj rozważać, lecz relację państwo-obywatel.

Co jest istotą państwa, która przetrwa wszystkie koleje globalizacji; istotą, z której nie sposób zrezygnować? Na czym polega to minimum, poniżej którego Polska zniknie? Otóż marką Polski, w którą państwo nie inwestowało, są wybitni Polacy i polska kultura. Jest więc nią były prezydent Wałęsa, którego obecny prezydent postponuje. I nasz największy dramaturg Mrożek, który wyemigrował, gdyż uznał na stare lata, że za wolny kraj niepoważnych ludzi nie chce się wstydzić. Polska nie ma innej marki niż "Solidarność", która zwyciężyła komunizm, i nie ma innych poetów niż Herbert, Szymborska i Miłosz, niezależnie od tego, kto z nich jakie ludzkie błędy popełnił. O Czwartej RP będzie mogło myśleć dopiero pokolenie, które stać będzie na obiektywne osądzenie zasług i przewin tych, którzy spierają się o kształt tej Trzeciej.

Paraliż postępowy

Do czego Polakom potrzebne jest państwo u progu XXI wieku? W niesuwerennym Pe­erelu wybierali mniejsze zło. Teraz robią to samo w kraju już niepodległym, którego klasa polityczna znów stawia przed nimi marny wybór.

Aparat państwowy nie umie zreformować szkół, szpitali czy przychodni, aby zbliżyć je do poziomu tych niepublicznych. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro aparat państwowy nie potrafi sobie poradzić sam ze sobą. Powszechne narzekania na procedury urzędowe - przetłumaczone na ludzki język - oznaczają po prostu, że urzędnicy nie umieją działać w sposób, który powoduje, iż Polska jest krajem skutecznego stosowania prawa, krajem sprawiedliwości.

Próby odbiurokratyzowania gospodarki, podjęte za rządów AWS-UW przez Leszka Balcerowicza, czy komisja "Przyjazne Państwo" Janusza Palikota zmierzały do uproszczenia prawa. Stawiam tezę bardziej radykalną: tu chodzi nie tyle o zbędne przepisy krępujące obywateli, ile o ludzi władzy i sposoby ich działania. O permanentną asekurację urzędników, o czytanie ustaw z prawa na lewo, o grzech pierworodny polskiej administracji od szeregowego urzędnika po premiera: każdy brak decyzji jest lepszy niż decyzja.

Po co więc Polakom państwo? Dla obrony, dla bezpieczeństwa, dla sprawiedliwości, dla pozytywnej identyfikacji w zglobalizowanym świecie, czyli dla wspomnianej już marki. Polacy świetnie sobie radzą sami i lepiej żeby państwo nie marnowało zbieranych podatków na wtrącanie się w ich sprawy. Wysokie notowania PO są wynikiem trzeźwej kalkulacji. Lepiej żeby władza nic nie robiła, niż robiła coś źle i tylko nas denerwowała. Słowem: w warunkach dobrej koniunktury wolimy zaniechania władzy niż jej nadgorliwość.

Ale nadchodzą czasy trudniejsze (patrz: kryzys gruziński), w których nie można bez końca dyskutować o zakupie paru samolotów dla rządu. Od 20 lat polska kultura i nauka są niedoinwestowane, w miastach narasta chaos, służba zdrowia jest zaniedbanym sowchozem z małymi działkami przyzagrodowymi dla prywatnych praktyk, a stan bezpieczeństwa wewnętrznego i obronności budzi uzasadnione obawy.

Rząd PO, określający się jako liberalno-konserwatywny, nie zdobył się na zdefiniowanie prerogatyw Silnego Państwa Minimum. I nie rozumie nadal charakteru narodu, którym chce rządzić. A wystarczyłoby parę jasnych zasad na wstępie ustawy regulującej daną dziedzinę; zasad, do których obywatel może się odwołać, broniąc się przed zakusami państwa. Z drugiej strony, dla urzędnika te same zasady muszą być jednoznaczną dyrektywą działania, aby nie miał pola manewru, które z każdego przepisu czyni kij o dwóch końcach. Dziś Kodeks Postępowania Administracyjnego nakazuje załatwiać zwykłą sprawę urzędową w terminie 30 dni. W całej Polsce urzędnicy - oczywiście dla dobra petenta, żeby nie dać mu decyzji odmownej - zawieszają procedurę w celu uzupełnienia dokumentów. W ten sposób można miesiąc przeciągać w nieskończoność. Urzędnik musi się bać, że nie podejmując decyzji na czas, zahamuje obywatela w jego inicjatywie. Szedłbym dalej: poza ciasno zakreślonymi prerogatywami Silnego Państwa Minimum brak decyzji urzędnika po upływie miesiąca oznaczać powinien automatyczną zgodę.

Przyczyna impotencji państwa leży w jego omnipotencji przeniesionej z Peerelu. Nie tkwi w prawie ani w złych strukturach, lecz w niezmiennych sposobach działania i doborze kadr. Zmieniają się prezydenci, premierzy, rządy, nie mówiąc już o samorządach, a państwo choruje na niemożność. I wciąż "my" uważamy, że winni są "oni", dopóki nie znajdziemy się po drugiej stronie - u władzy. Ten sam zbuntowany obywatel czy pełen wigoru przedsiębiorca wybrany do Sejmu czy mianowany ministrem staje się swarliwym członkiem załogi łodzi podwodnej. A okręt, o nazwach dwu- lub trzyliterowych, schodzi do czasu kolejnych wyborów w zanurzenie i obserwuje przez peryskop władzy, co też się dzieje na powierzchni: czy znowu się zbiera na obywatelską burzę?

Okopy

Spójrzmy serio na te 20 lat. Miłe były złego początki. Dyskretnie zacierano granice między starym reżimem a nowym. Jeśli nawet postanowiono iść na tak głęboki kompromis po wyborach 4 czerwca, dlaczego nie przeczołgano parę razy Jaruzelskiego, zanim Sejm wybrał go prezydentem?

Różnice nastrojów między Dniami Niepodległości 11 listopada a 4 czerwca są wyraźne. Zwycięstwo przeraziło tych, którzy uważali się za autorów kompromisu zawartego przy Okrągłym Stole. Znaleziono wyjście awaryjne i pod hasłem, że układy zobowiązują, rozpoczęto wielkie zamazywanie win połączone z obłapianką prześladowanych i prześladowców, by użyć terminu wielkiego stylisty - Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Okrągły Stół i jego kompromis od początku miał szerokie poparcie społeczne, ale łączyły się z nim słuszne, jak dziś widać, obawy. Okrągłostołowcy żądali bezdyskusyjnego zawierzenia ich taktyce. Piętnowano każdego, kto nie uznał słuszności jedynej linii kompromisu. Nie było żadnej tajnej umowy w Magdalence. Była jawna i niejawna fraternizacja, która uniemożliwiła zwrot po 4 czerwca, gdy widać już było, że Moskwa nie będzie bronić Peerelu, bo ma własne kłopoty. Nie było spisku, dogadywania się różowych z czerwonymi i tym podobnych historii, które jedni drugim po odejściu od stołu przypisywali. Zdrada nastąpiła dużo wcześniej i zatruwa nasze życie społeczne do dziś. Była to zdrada solidarności. Solidarności z tymi, którzy przez długie siedem i pół roku od 13 grudnia ’81 tworzyli antytotalitarny ruch oporu. Zdrada tych, którzy odłożyli na bok swoje kariery aktorów i kolejarzy, lekarzy i techników, i nie bacząc na ryzyko dla swoich rodzin i dla samych siebie uznali, że napaść rządu na społeczeństwo jest niewybaczalna.

Solidarność głosiła, że nie da się podzielić ani zniszczyć. Tę właśnie solidarność jednego procenta, który zawsze jest gotów zaryzykować wszystko, a zatem 300-400 tys. ludzi, najpierw podzielono (jeszcze przed Okrągłym Stołem), a potem zignorowano. Dziś z rąk prezydenta Kaczyńskiego posiwiali legioniści Solidarności otrzymują państwowe odznaczenia, niezależnie od tego, w którym oddziale walczyli. A ci, którzy sami uznali się za Pierwszą Kadrową, mają to za złe.

O ile Drugą Rzeczpospolitą budowali członkowie "Sokoła", peowiacy, legioniści i ci, którzy kierowali administracją C.K. Galicji, to w Trzeciej RP stało się zupełnie inaczej. Kilkudziesięciotysięczna rzesza działaczy, którzy przez lata 80. za swoje życiowe zadanie uważała obronę Solidarności, usłyszała w nowej Polsce, że teraz potrzebni są profesjonaliści. A profesjonalistami byli tylko ludzie dawnego reżimu. Tak: oni umieli przekładać papiery z biurka na biurko. I nawet nauczyli tego nowych.

W ten sposób elita wyłoniona od góry w ramach strategii negocjacyjnej przed i po Okrągłym Stole uznała, że III RP będzie przebudowywaniem odziedziczonego pe­erelowskiego państwa. Przejmując tę atrapę i obsadzając jej centralne urzędy, ekipa solidarnościowa mogła rządzić tylko w pierwszej fazie rewolucyjnego zamieszania i szoku reformy Balcerowicza. Drugim ruchem, który pozwolił utrzymać impet zmian, była jeszcze reforma samorządowa z 1990 r., oddająca część władzy i pieniędzy gminom. Ale już rok później, wychodząc z kryzysu gospodarczego, weszliśmy w nieuchronny kryzys polityczny. Legioniści przestali być potrzebni naszym, pożal się Boże, profesjonalistom. Stare zaczęło pożerać nowe (wówczas, przypomnę, opublikowałem w "Pulsie" moje krótkie memento "Upadek Trzeciej Rzeczypospolitej"). Wtedy właśnie zaczęły się okopywać dwa obozy polityczne, które kolejno reprezentowały UD i PC, potem UW i AWS, a dziś PO i PiS. Ze strony obrońców przyjętej taktyki uwłaszczania nomenklatury, odmowy reprywatyzacji, niezgody na lustrację słyszeliśmy, że inna taktyka jest i była nierealna, a kto się z tym nie zgadza, jest odwetowcem z ciemnogrodu, nierozumiejącym istoty historycznego kompromisu. Obóz przeciwny twierdził, że stoi za tym zmowa starych i nowych elit, lekceważenie tradycji narodowych i wiary katolickiej, spisek służb, obcego kapitału i rodzimych oligarchów.

Własność i pieniądz

Jak pokazały lata rządów PiS-u z przystawkami, i jak pokazują dzisiejsze rządy PO z PSL-em, jak nie było apolitycznej służby cywilnej, która administrowałaby krajem w imieniu demokratycznie wybranych polityków, tak nie ma jej do dziś. Mamy nadal dwie Polski. Jedną tworzą przedsiębiorcy i obywatele, którzy przeszli trening rewolucji Solidarności i skorzystali z wolności gospodarczych, które stworzył upadający reżim Rakowskiego. Drugą tworzy klasa polityczna, rządowa i samorządowa, opętana obłędem doskonalenia i uściślania prawa. Nawet gdy elementarne doświadczenie i prosta obserwacja pokazują, że jesteśmy na granicy zrozumiałości samego języka.

Weźmy choćby dzisiejszy spór o kompetencje prezydenta i premiera. Nie ma żadnej szansy na konstytucyjne wymuszenie porozumienia w sprawach państwowych, gdy problemem jest charakter. Egotyzm i manie powinny wykluczać z polityki już na wstępie. Niepotrzebny jest protokół dyplomatyczny tam, gdzie politycy wymyślają sobie publicznie od chamów czy agentów.

Walka o władzę jest sztuką konkurowania z adwersarzami i współpracowania z sojusznikami. Zdobywszy władzę w kraju demokratycznym - a zatem musząc się nią dzielić i poddawać się kontroli innych organów władzy - trzeba umieć współpracować, czyli porozumiewać się dla dobra wspólnego. Polityk, spierając się, dokąd nawa państwowa ma żeglować, nie ma prawa niszczyć koła sterowego.

Koniunktura gospodarcza i geopolityczna dwudziestolecia po Okrągłym Stole jest najlepsza, jaką mieliśmy w dziejach. I jeśli jej nie wykorzystujemy, jeśli w Trzeciej RP wciąż jest tak wiele swarów rodem z Drugiej, a za to wiele miałkości i oportunizmu z późnego Peerelu, to winić możemy tylko siebie.

Spójrzmy na nasze niedokonania w dziedzinie politycznej przez pryzmat dokonań społecznych. Jesteśmy krajem sukcesu gospodarczego. Powtórzmy to: odnieśliśmy jako Polacy sukces indywidualny i zbiorowy. Nie umieliśmy natomiast uzdrowić sektora państwowego. Wciąż panoszą się monopole - drogie, niesprawne, a często deficytowe. Władze polityczne nie umieją przenieść doświadczeń sektora prywatnego do własnej administracji ani do przedsiębiorstw będących własnością skarbu państwa. Dlaczego? Politycy podają wiele przyczyn, ale na ogół pomijają dwie najważniejsze: własność i pieniądz.

Bez własności rynek nie działa. Każda administracja gospodarcza będzie prywatyzować zyski i nacjonalizować straty. Urzędnicy dzielący pieniądze nigdy nie zapomną o sobie. W II RP państwowe zakłady działały wzorowo, gdyż poddano je konkurencji sektora prywatnego. Nie jest to proste, gdy mamy do czynienia z wielkimi strukturami, ale problem właścicielski jest kluczowy. Rady nadzorcze spółek skarbu państwa są u nas klasycznymi synekurami. Ich władza stanowiąco-kontrolna ma się nijak do odpowiedzialności finansowej.

Druga przyczyna niesprawności sektora usług państwowych: nie działa w nich pieniądz. Np. każda kolejna reforma służby zdrowia bierze za punkt wyjścia inne niż monetą sposoby rozliczania. Centralne ogrzewanie, materiały opatrunkowe, lekarstwa i sterylizacja narzędzi są ważniejsze niż honoraria chirurga i jego zespołu. Państwo lekceważy kapitał intelektualny i kapitał ludzki tych, którymi rządzi. W tym braku wizji i metody uczynienia własności państwowej i służb społecznych bardziej skutecznymi, przyjaźniejszymi i tańszymi skłócone obozy polityczne na równi uciekają od konkretów.

Bezpieczeństwo i mowa trawa

Są funkcje państwa, w których żadna grupa obywateli ani przedsiębiorców go nie zastąpi: bezpieczeństwo wewnętrzne i sądownictwo, obrona narodowa oraz tworzenie technicznej i społecznej infrastruktury. I tu, w zestawieniu z Drugą Rzecząpospolitą, mamy do czynienia z prawdziwym blamażem. Nie umieliśmy przez 20 lat rozstrzygnąć spraw oczywistych, mając wzorce postępowania i standardy wyznaczone przez sojusze i międzynarodowe struktury, których jesteśmy częścią.

Dyskusje o siłach zbrojnych niezmiennie pomijają kluczowe kwestie. Choćby taką, że wzajemna obrona członków NATO nie zdejmuje z Polski obowiązku powstrzymania ataku agresora w ciągu pierwszych dni. Gotowość do natychmiastowej obrony własnego terytorium i do niesienia pomocy poza jego granicami wyznacza minimalny pułap zobowiązań sojuszniczych. Tego nie zastąpią patriotyczne mowy. W ciągu 10 lat naszej obecności w NATO misje poza granicami kraju były jedynym czynnikiem, który wymusił na nas minimalne reformy zarządzania wojskiem. Awantury o GROM w czasach rządów AWS-UW były dowodem, że chory organizm sił zbrojnych odrzucał zdrowy przeszczep. A sprawa Nangar Khel, w której politycy żadnego z obozów nie wykazali się odwagą cywilną, osłabiła morale żołnierza zawodowego. Armia dowiedziała się, że nawet błąd (jeśli w ogóle błąd) na polu walki może być osądzany jako zbrodnia.

Trwają obecnie dyskusje między obozem prezydenckim a rządowym na temat wielkości armii zawodowej. Proponuję inny zestaw pytań: jaka ma być proporcja żołnierzy i podoficerów do oficerów? Ilu pracowników cywilnych ma mieć zawodowa armia, aby oficerowie nie uciekali z poligonów do biur? Jaka jest proporcja kosztów stałych do kosztów sprzętu i uzbrojenia? Jaka część rocznego budżetu przeznaczana jest na ćwiczenia i gry wojenne?

Odwaga cywilna

Kwestia lustracji jest recydywą zaniedbań III RP. Jest normalne, że od polityków i funkcjonariuszy państwa (ale już nie aktorów czy naukowców) żądamy autolustracji. Jako wyborcy mamy prawo wiedzieć, komu służyli, co dla siebie lub innych robili w starym reżimie ci, którzy chcą nami rządzić. To sprawa odwagi cywilnej. Jeśli broniliśmy się przed kłamstwem komunistycznym, nie możemy dziś rezygnować z prawdy.

Jedno już wiemy: żaden z kłamców lustracyjnych sam nie przyznał się do winy. Ale też znajmy proporcje. "Dziady", "Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego" czy Legion Polski przekreśliły znaczenie faktu, że uwięziony w Wilnie Adam Mickiewicz podpisał, jak to dziś powiedzielibyśmy, kwity carskiej Ochrany. Podobnie dokonania Lecha Wałęsy, jego kierowanie ruchem Solidarności od Sierpnia’80 do Okrągłego Stołu przekreśliło wielokroć moment, w którym podpisał zobowiązanie do współpracy z SB. Szkoda, że ci, którzy głosowali w 1990 r. przeciw niemu, teraz zaś rezonują w jego obronie, nie zdobyli się w swoim czasie na cywilną odwagę przekonania Lecha w tej sprawie. Dwa zdania publicznego stwierdzenia prawdy byłyby lepsze niż 20 lat wykrętów.

Sprawa lustracji polityków - czy nie byli donosicielami lub agentami-prowokatorami jak Maleszka - ma się nijak do weryfikacji zawodowców. Jest skandalem, że likwidując WSI opublikowano listę pracowników i współpracowników służb. Przeciętnie inteligentny widz filmów szpiegowskich wie, że logika gier operacyjnych wywiadu i kontrwywiadu nakazuje nie odkrywać ich personaliów. Poza oczywistymi zdrajcami. A i to nie zawsze.

Właśnie nieumiejętność przeprowadzenia bilansu zamknięcia i otwarcia na progu niepodległości spowodowała, że obsesje Macierewicza znajdują kolejnych wyznawców. Na początku była nielojalność wobec najwierniejszych, jeśli nie byli posłuszni. Dzisiaj zastąpiła ją nielojalność wobec lojalnie nawróconych, nawet jeśli byli posłuszni. Tak III RP uczy wciąż konformizmu, nie patriotyzmu.

Wciąż jest nam potrzebna zwyczajna solidarność i prosta prawda, zakrzyczana przez doraźny kompromis przed i po wyborach ’89. Wiemy - jak to w polityce - tyle, ile wiedzieć chcemy. Symbolem rozumienia prawa i sprawiedliwości w III RP jest ostatni proces wytoczony generałowi Kiszczakowi i pierwszy, w którym jest szansa, że zapadnie wyrok skazujący. Skarżącym jest były milicjant wyrzucony ze służby ponad 20 lat temu za to tylko, że zawarł ślub kościelny w tajemnicy przed zwierzchnością. Jak wiadomo, Al Capone był skazany nie za gangsterstwo, lecz za niepłacenie podatków.

Jeśli w III RP większość nie wie, co stało się 17 września 1939 r., to dlatego, że 50 lat później rządzący nie zrozumieli, iż Polakom potrzebne jest katharsis. Przeżywamy je dopiero teraz, dwie dekady po zbyt głębokim kompromisie z przeszłością. Chciałbym, żeby częścią tego narodowego oczyszczenia było zrozumienie, jak wielkim sukcesem była pokojowa zmiana beznadziejnej despotii w demokrację trudnych nadziei.

Czesław Bielecki jest architektem, publicystą i politykiem. Działacz opozycyjny, autor paryskiej "Kultury" (jako Maciej Poleski), w latach 1990-95 doradca Lecha Wałęsy. Założyciel Ruchu Stu, poseł na Sejm III kadencji.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 39/2008