Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Amerykańska wojna z sędziami (zagranicznymi)

Amerykańska wojna z sędziami (zagranicznymi)

15.09.2018
Czyta się kilka minut
USA, które przed laty były zagorzałym orędownikiem Międzynarodowego Trybunału Karnego, grożą jego sędziom i prokuratorom, że wtrącą ich do więzień, jeśli ośmielą się oskarżyć amerykańskich obywateli o wojenne zbrodnie.
John Bolton podczas konferencji prasowej w Genewie, sierpień 2018 r. / Fot. Xu Jinquan / Xinhua / East News
John Bolton podczas konferencji prasowej w Genewie, sierpień 2018 r. / Fot. Xu Jinquan / Xinhua / East News
J

Jeśli spróbują ścigać nas, Izrael lub jakiegoś innego z naszych sojuszników, niech wiedzą, że nie będziemy przyglądać się temu z założonymi rękami – zapowiedział John Bolton, doradca prezydenta Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego. – Nie wpuścimy ich do naszego kraju, zamrozimy ich pieniądze trzymane w amerykańskich bankach, a jeśli zajdzie potrzeba, będziemy ich ścigać, jak się ściga u nas przestępców. Tak samo postąpimy z każdym, kto będzie pomagał trybunałowi w ściganiu Amerykanów. Nie będziemy współpracować z Międzynarodowym Trybunałem Karnym, nie udzielimy mu żadnej pomocy. Pozwolimy mu raczej, by umarł śmiercią naturalną. Dla nas zresztą już jest martwy”.

Bolton nazwał też międzynarodowy trybunał instytucją groźną dla bezpieczeństwa Ameryki oraz ogłosił, że Stany Zjednoczone nie pozwolą, by ich obywatele byli sądzeni przez instytucję tak „nierzetelną” i „bezprawną”.

Wściekłość doradcy amerykańskiego prezydenta wywołały napływające z Hagi wieści, że sędziowie Międzynarodowego Trybunału Karnego mogą się wkrótce przychylić do zeszłorocznej prośby pani prokurator Fatou Bensoudy i zezwolić jej na wszczęcie oficjalnego śledztwa w sprawie zarzutów o wojenne zbrodnie, jakich mieli się dopuścić amerykańscy żołnierze i oficerowie CIA w Afganistanie oraz izraelscy na okupowanych terytoriach palestyńskich.

Według londyńskiego „Guardiana” Bolton dał jasno do zrozumienia, że pod rządami Trumpa Ameryka odrzuca nie tylko międzynarodowe sądy, ale cały dotychczasowy porządek międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości, a w polityce zagranicznej nie będzie się kierować zasadami wielostronności, współpracy i kompromisu, ale wyłącznie własną korzyścią.

Kiedy historia miała się skończyć

Czasy, gdy Ameryka zaliczała się do głównych orędowników powołania Międzynarodowego Trybunału Karnego należą już do zamierzchłej przeszłości. Gospodarzem w Białym Domu był wtedy demokrata Bill Clinton (1993-2001), a po epoce globalnej zimnej wojny, nadeszły porządki liberalne i ogłoszono koniec historii. Zwolennikiem trybunału był też pierwszy czarnoskóry prezydent Południowej Afryki Nelson Mandela, uważany w tamtych czasach za jeden z największych autorytetów moralnych.

Międzynarodowy Trybunał Karny miał być pierwszym, stałym i niezależnym sądem zajmującym się zbrodniami ludobójstwa, wojennymi, przeciwko ludzkości i zbrojnej napaści. Powszechny entuzjazm i nadzieja, jakie towarzyszyły jego powołaniu (1998) i inauguracji (2002) sprawiły, że jakby nie dostrzeżono, iż od dnia narodzin cierpiał on na groźną, a kto wie, czy nie śmiertelną chorobę. Poddania się jego jurysdykcji od razu odmówiły bowiem polityczne i zbrojne potęgi: Rosja, Chiny, Indie i Izrael.


Gruzja, Kirgistan, Afganistan - polecamy inne teksty Wojciecha Jagielskiego w serwisie "Strona Świata"


Clinton podpisał, co prawda, Trakt Rzymski, powołujący trybunał do życia, ale nawet on od początku robił wszystko, że uniemożliwić trybunałowi sądzenie obywateli USA. Przekonywał m.in., by Rada Bezpieczeństwa, w której Ameryka ma prawo weta, miała decydujący głos w sprawie przedmiotu i obiektu śledztw i procesów trybunału.

Amerykanie nie toczyli jednak w tamtych czasach wojen, a jeśli je podejmowali, to wydawały się słuszne: w obronie demokracji czy krzywdzonej ludności cywilnej (np. atak na Irak w odwecie za jego agresję na Kuwejt, lądowanie w Somalii, interwencje na Bałkanach). Stany Zjednoczone, jedyne i ostatnie – jak sądzono – światowe mocarstwo nie obawiało się napaści i zajmowało się zaprowadzaniem na całym świecie zachodniej demokracji, liberalnych porządków i wolnego rynku.

Ameryka na wojnach

Kres prezydentury Clintona i czasu końca historii przypieczętował atak Terrorystycznej Międzynarodówki Al-Kajdy na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 r. Następca Clintona, George W. Bush (2001-2009) posłał w odwecie wojska do Afganistanu, w którym Al-Kajda urządziła sobie główną kwaterę. Dwa lata później Amerykanie najechali na Irak, słusznie oskarżając tamtejszego prezydenta Saddama Husajna o tyranię i fałszywie o powiązania z Al-Kajdą oraz ukrywanie broni masowego rażenia.

O ile wojna w Afganistanie została na Ameryce wymuszona, to na iracką wyruszyła mając jasny plan. Nowe porządki, jakie zamierzała zaprowadzić w Bagdadzie, jednej z najważniejszych arabskich metropolii, miały stać się przykładem dla całego Bliskiego Wschodu. Kopiując irackie wzory, z krainy satrapów i wrogich Zachodowi religijnych fanatyków, Bliski Wschód przemieniłby się w region Zachodowi przyjazny, a przy okazji obdarowany przez naturę najbogatszymi na świecie złożami ropy naftowej i gazu ziemnego. Krótkie i zwycięskie – w zamierzeniu Busha i jego doradców – wojny w Afganistanie i Iraku przerodziły się jednak w przewlekłe, krwawe i barbarzyńskie konflikty partyzanckie, w których cierpiała głównie ludność cywilna.

Tocząc jednocześnie dwie wojny i nie chcąc narażać swoich żołnierzy na procesy sądowe przed międzynarodowym trybunałem, Bush – od początku sceptycznie odnoszący się do Międzynarodowego Trybunału Karnego (jak większość prawicowych republikanów widział w nim emanację liberalnych wartości) – ogłosił, że Stany Zjednoczone, jak Rosja, Chiny czy Izrael, również nie będą uznawać jego jurysdykcji. Niemałą rolę w tej decyzji odegrał Bolton, pełniący wówczas obowiązki ambasadora USA w ONZ. Dodatkowo, Bush podpisał z ponad setką krajów umowy, wyłączające amerykańskich żołnierzy spod jurysdykcji lokalnych i gwarantujące, że będą też wydawani międzynarodowym trybunałom.

Nie będzie obcy pluł nam w twarz

Pod rządami Baracka Obamy (2009-2017) wiele się pod tym względem nie zmieniło. A za prezydentury Trumpa Stany Zjednoczone zaczęły zaś odnosić się wrogo do wszystkich międzynarodowych organizacji i układów, uważając, że naruszają one suwerenność amerykańskiego państwa. Potwierdził to John Bolton, który przemawiając na spotkaniu konserwatywnego Towarzystwa Federalistycznego stwierdził, że „Ameryka nie uznaje żadnej władzy stojącej ponad amerykańską konstytucją” i amerykańską suwerennością. „Powiadam wam, że ten prezydent nie pozwoli, żeby obywatele amerykańscy byli ścigani przez cudzoziemskich urzędników i nie dopuści do tego, żeby obcy dyktowali nam, co mamy robić” – zapowiedział Bolton.

Przemówienie Boltona miało być ostrzeżeniem dla międzynarodowego trybunału, by nie śmiał wszczynać śledztwa w sprawie amerykańskiej wojny w Afganistanie. A żeby dać do zrozumienia, że nie rzuca słów na wiatr, następnego dnia po jego przemówieniu w Waszyngtonie zamknięto „ambasadę” Organizacji Wyzwolenia Palestyny, która zabiega w Hadze o śledztwo w sprawie zbrodni, jakich wobec palestyńskiej ludności cywilnej dopuszczają się izraelscy żołnierze.

Trybunał jak świat

Amerykańska wojna z międzynarodowym trybunałem już bardzo zaszkodziła jego reputacji. Wystrzegając się otwartej konfrontacji z Ameryką, trybunał – gorąco zachęcany do tego przez tę samą Amerykę – zajął się zbrodniami wojennymi popełnianymi w biednej i politycznej słabej Afryce (pisaliśmy o tym jesienią). W stan oskarżenia postawiono urzędujących prezydentów Sudanu i Kenii Hassana Omara al-Baszira i Uhuru Kenyattę, byłego prezydenta Wybrzeża Kości Słoniowej Laurenta Gbagbo, byłego wiceprezydenta Konga Jean-Pierre’a Bembę, partyzanckich watażków z Konga, Ugandy, Republiki Środkowoafrykańskiej, Mali, Libii. W ciągu piętnastu lat istnienia trybunał zajmuje się wyłącznie Czarnym Lądem, jakby tylko tam tylko wybuchały wojny i dochodzi do zbrodni. Wzburzona tym Afryka (żaden inny kontynent nie poparł tworzenia światowego sądu tak zgodnie i licznie), w zeszłym roku zagroziła, że się z niego w komplecie wycofa. Skończyło się na tym, że z trybunału wystąpiło jedynie Burundi, ale wniosek rozwodowy złożyła także (potem wycofała) Południowa Afryka, ojczyzna Mandeli. Dopiero Gambijka Fatou Bensouda, powołana w 2012 r. na stanowisko prokuratora trybunału wszczęła wstępne śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych na wojnie w Afganistanie (trybunał prowadzi też wstępne śledztwo w sprawie zbrodni, popełnionych podczas rosyjsko-gruzińskiej wojny w 2008 r.).


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Trybunał i Afrykanie


W oskarżycielskim przemówieniu Bolton wytknął trybunałowi, że choć działa szesnasty rok, a jego praca pochłonęła ponad półtora miliarda dolarów, wydał ledwie osiem wyroków, „a w Kongu, Sudanie, w Libii i Syrii wciąż dochodzi do bestialstw”.

Obrońcy trybunału odpierają to oskarżenie twierdząc, że właśnie po to został powołany, żeby sądzić zbrodnie w krajach, w których nie sposób dochodzić sprawiedliwości, w tyraniach, państwach upadłych i ogarniętych wojnami. Dodają też, że trybunał nie jest samoistną instytucją, ale działa według zasad i uprawnień, jakie ustaliły dla niego państwa, które powołały go do życia. Nie może im niczego narzucić i zależy wyłącznie od ich dobrej woli i współpracy. Podobnie więc jak krytykowana za nieskuteczność, rozrzutność i kumoterstwo Organizacja Narodów Zjednoczonych jest poniekąd lustrzanym odbiciem współczesnego świata.

Jeśli trybunał wycofa się ze śledztwa w sprawie wojennych zbrodni w Afganistanie i w Palestynie, dowiedzie swojej słabości i bezradności, zachęci inne państwa do lekceważenia jego wyroków, opinii i próśb. Jeśli nakaże wszczęcie śledztw, narazi się na sankcje ze strony Ameryki i zostanie zignorowany przez tych wszystkich, którzy biorąc przykład z USA, przekładać będą jednostronność nad wielostronnością, własne nad wspólnym, państwowe nad międzynarodowym. Przegra na tym Europa Zachodnia i Unia Europejska, wygrają Chiny, a przede wszystkim Rosja i jej prezydent Władimir Putin, marzący o rozbiciu zachodniej solidarności i ponownym sprowadzeniu międzynarodowej polityki do „koncertu mocarstw”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Z tamtego kurzu to błoto.

"Bujać to my, ale nie nas" - cytując klasyka, i nigdy nie było inaczej.

podobnie zachowuje się dziś, z zachowaniem proporcji oczywiście, bolszewicka władza w Polsce - i o ile Stanom o wiele więcej ujdzie i mogą sobie pozwolić, o tyle pisowski amok chwilowego monopolu władzy na pewno nie wyjdzie na dobre nikomu z nas

Panie Redaktorze, odrobina litosci wobec czytelnikow. Pisze Pan:"Poddania się jego jurysdykcji od razu odmówiły bowiem polityczne i zbrojne potęgi: Rosja, Chiny, Indie i Izrael." Klasyczna polprawda, wprowadzajca czytelnikow w blad. 1. Indie, Chiny a z innych wazniejszych krajow Turcja , Pakistan czy Indonezja nie podpisaly akcesu do ICC 2. Rosja i Stany Zjednoczone podpisaly ale dokumentu akcesyjnego nie ratyfikowaly. Nie jest rowniez prawda, ze USA w tamtych czasach nie prowadzily wojen, jak najbardziej prowadzily a pisanie o wojnach sprawiedliwych to "intelektualna wydmuszka". Na dodatek twierdzenie o interwencji na Balkanach jako "wojnie sprawiedliwej" jest kiepskim zartem - dzialanie poza wszelkim prawem miedzynarodowym. Zreszta USA zawsze stalo na stanowisku, ze przedstawiciele sil zbrojnych Stanow Zjednoczonych moga byc sadzeni tylko i wylacznie w USA. Nic sie nie zmienilo. Sam ICC nie jest calkielm niezalezny, gdyz jego dzialnie jest uwarunkowane dodatkowo przez decyzje Rady Bezpieczenstwa ONZ. Prosze sobie rowniez darowac wzmianke o Putinie, gdyz akurat nie on, nie Rosja jest zaangazowana czy wspierajaca permanentne wojny, niszczace cale polacie kontynentow. Nie przypadkiem, nawet wsrod komentatorow amerykanskich, mowi sie i pisze o militaryzacji polityki Stanow Zjednoczonych siegajacej wstecz do kadencji kilku prezydentow. A czesc solidarnosci zachodniej przejawia sie udzialem krajow zachodnich wlasnie w amerykanskich konfliktach. Tak Rosja ma swe cele polityczne i dziala w ich obronie ale wszystko to ma sie nijak do dzialan jedynego supermocarstwa. Prosze miec odrobine szacunku dla czytelnikow. Pozdrawiam

Pozdrawiam serdecznie Szanownego Pana.

Vandermerwe - bardzo dobrzy komentarz, dużo lepszy od artykułu. Panie Redaktorze - oczekiwałem profesjonalnego artykułu a nie narracji do bajki. Proszę pozostawić możliwość wyciągania wniosków czytelnikom, albo pisać swoje artykuły na WP.

:)
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]